Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 8/10 grafika: 8/10
fabuła: 7/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 17 Zobacz jak ocenili
Średnia: 8,47

Ocena czytelników

9/10
Głosów: 578
Średnia: 8,51
σ=1,2

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Fate/Zero 2nd Season

zrzutka

Ciąg dalszy krwawej konfrontacji magów, w której nagrodą jest artefakt mogący spełniać życzenia. Kontynuacja dla autorów niełatwa, bo stająca w obliczu rozbudzonych oczekiwań fanów poprzedniczki.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Odnieść sukces jest zazwyczaj łatwiej niż go powtórzyć. Przekonują się o tym rok w rok sportowcy, politycy czy też artyści wszelkiej maści. W środowiskach filmowych jest to szczególnie odczuwalne, gdy zarówno widzowie, jak i krytycy z trudem przywołują z pamięci nieliczne przypadki, w których to ciąg dalszy znanej serii okazał się równie dobry, co prequel, o próbach przewyższenia go niemalże nie wspominając. Gdy serialowa adaptacja Fate/Zero wchodziła na ekrany, punktem odniesienia był „jedynie” wychwalany powszechnie pierwowzór w postaci light novel. Oczekiwania fanów udało się w dużej mierze spełnić, a czasem wręcz przekroczyć, przez co paradoksalnie nadzieje związane z serią o numerze drugim były tym bardziej wyolbrzymione.

Ciążącą na studiu ufotable presję i chęć stawienia czoła wyzwaniu widać już od pierwszych minut. Akcja zaczyna się dokładnie w momencie, w którym urwała się ostatnim razem, czyli nad brzegiem morza w mieście Fuyuki, tuż przed konfrontacją części magów i ich sług z gigantyczną bestią. Początek nie daje zbyt wiele czasu na myślenie – akcja pędzi jak na złamanie karku, a widz co chwila raczony jest widowiskowymi animacjami zaklęć i urozmaiconymi pomysłami na przebieg walki. Chwilami wyobraźnia bierze wręcz górę nad rozumem, skutkiem czego możemy zaobserwować m.in. powietrzne surfowanie na myśliwcu Sił Samoobrony i Gilgamesza latającego czymś na kształt statku kosmicznego. Rozumiem, że zadecydowała chęć wierności oryginałowi, ale reżyser powinien mimo wszystko przystopować zapędy zarówno swoje, jak i podwładnych, gdyż wspominane fragmenty zamiast zachwytu budzą raczej salwy śmiechu. Na szczęście podobnych chwil zapomnienia jest w serialu niewiele, a scen godnych zapamiętania i nakręconych z dbałością o każdy szczegół nie zabrakło. W gruncie rzeczy różnica między obiema częściami jest raczej symboliczna, gdyż nie uświadczy się ani nowych bohaterów, ani tym bardziej zmiany stylu, w jakim utrzymana jest akcja.

Ponieważ widownia miała już dość czasu, by zapoznać się ze specyfiką wojny o Graala oraz osobowościami większości bohaterów, tym razem nieco więcej miejsca poświęcono wyjaśnianiu motywów, które pchnęły ich do udziału w zmaganiach. Najwięcej, bo aż dwa pełne odcinki retrospekcji, zużyto na opowiedzenie przeszłości Kiristsugu i czas ten, jak i w przypadku historii pozostałych postaci, nie został zmarnowany. W sposób zwięzły, jednoczenie unikając uproszczeń, twórcy dokładnie nakreślili wiarygodne portrety psychologiczne wszystkich uczestników turnieju. Trudno tu co prawda mówić, poza kilkoma wyjątkami, o bohaterach sympatycznych, ale to wynika z pesymistycznej, przygnębiającej atmosfery towarzyszącej wydarzeniom. Rzeczywistość jest brutalna i bezwzględna, wypadnięcie z rywalizacji niemal w każdym przypadku równoznaczne jest z zejściem z tego świata. Autor oryginału nigdy nie miał problemów z uśmiercaniem nawet najważniejszych bohaterów, dlatego można być pewnym, że i tym razem nie ocaleje ich zbyt wielu.

Ciąg wydarzeń zmierzających do zakończenia utrzymany został w dość fatalistycznym tonie, ale samo rozstrzygnięcie nie jest wcale tak oczywiste i potrafi zaskoczyć. Anime zalicza się do produkcji mających ambicje przekazania pewnego morału na koniec i czyni to w sposób przejrzysty, nie zagłębiając się w meandry filozoficznych rozważań i nie komplikując niczego na siłę. Nie obędzie się czasami co prawda bez grania na emocjach zamiast posługiwania się stuprocentowo sprawdzonymi i logicznymi faktami, ale nawet wówczas trudno autorom zarzucić łopatologię. Wszystko nakręcono z szacunkiem dla inteligencji widza. Co najwyżej tu i ówdzie wydarzenia stają się nieco zbyt rozwlekłe, ale odniosłem wrażenie, że wynikało to raczej ze specyfiki procesu produkcyjnego niż z braku chęci. Zwyczajnie tak wiele pracy włożono w kluczowe sceny, że miejscami zabrakło czasu i środków, by z równą skrupulatnością zająć się pozostałymi elementami.

Najlepiej widać to na przykładzie oprawy wizualnej, wykazującej oznaki oszczędności nakładu pracy, gdy tylko pojawiała się taka możliwość. W efekcie o ile walki potrafią z miejsca zachwycić starannością przygotowania, płynną animacją i zróżnicowanymi efektami specjalnymi, tak niemal wszystkie dłuższe dialogi „okraszono” statycznymi i rozmazanymi ponad miarę tłami, a także mało ruchliwymi bohaterami. Ogólne wrażenia są dalej jednoznacznie pozytywne, ale widzowie mający w pamięci starsze Kara no Kyoukai mogą czuć pewien niedosyt, i to nawet uwzględniając różnicę w sposobie emisji, w oczywisty sposób przemawiającą na niekorzyść Fate/Zero.

Za ścieżkę dźwiękową odpowiada Yuki Kajiura, która choć po raz kolejny staje na wysokości zadania i tworzy jakościowo najwyższej próby utwory, zaczyna wyczerpywać swój repertuar. Muzycznie anime prezentuje się świetnie, ale po warunkiem, że ktoś dopiero rozpoczyna swoją przygodę z aranżacjami kompozytorki. Bardziej przyzwyczajeni do jej twórczości słuchacze nie odkryją niczego stylistycznie nowego, co powoli staje się źródłem irytacji. Najlepszym przykładem jest opening w wykonaniu zespołu Kalafina, założonego właśnie przez Kajiurę i od pewnego czasu niczym Ali Project grającego do znudzenia wyłącznie na jedną nutę.

Jak to zazwyczaj w recenzjach kontynuacji bywa, wszystko, co najważniejsze, zostało już wyjaśnione przy okazji opisu pierwszej części. Sam tytuł podąża wyznaczoną przez poprzednią odsłonę ścieżką, twardo trzymając się obranych wcześniej zasad, a wydarzenia rozwijają się zgodnie z oczekiwaniami, choć nie w sposób przewidywalny. Jest równie udany i mimo oczywistych niedoskonałości zasługuje na uwagę i wysoką ocenę. Osoby świeżo po seansie części pierwszej lub też lekturze light novel mają prawo odczuwać niedosyt, ale wynikać on będzie niemal jednoznacznie z nadmiernych emocji. Niewielu znajduje się zatwardziałych krytyków Fate/Zero, którzy swe wnioski argumentują inaczej niż właśnie odwołując się do własnych oczekiwań. Warto więc przed seansem na chwilę zejść z chmur i realistycznie podejść do tematu. To nie kandydat na najlepsze anime w historii ani tym bardziej pretendent do miana kulturalnego wydarzenia roku, a „jedynie” świetnie nakręcony produkt rozrywkowy z odrobiną ambitniejszej tematyki i prostym przesłaniem. Zaś to w zupełności wystarczy, by polecić obie części Fate/Zero każdemu.

Tassadar, 3 lipca 2012

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Ufotable
Autor: Gen Urobuchi, Type-Moon
Projekt: Atsushi Ikariya, Takashi Takeuchi, Tomonori Sudou
Reżyser: Ei Aoki
Scenariusz: Gen Urobuchi