Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 8/10 grafika: 9/10
fabuła: 7/10 muzyka: 10/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 5 Zobacz jak ocenili
Średnia: 8,20

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 35
Średnia: 7,69
σ=1,14

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Eire)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Lupin III ~Mine Fujiko to Iu Onna~

zrzutka

Nowa odsłona Lupina III. Mine, co robimy dzisiaj?

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Zdanie o piosenkach, które już znamy, należy chyba do stwierdzeń najczęściej powtarzanych na tej stronie. Jednak cytatowi z kultowego filmu rzeczywistość świata rozrywki dopisuje dalszą część: piosenka zbyt często śpiewana w jednej aranżacji w końcu znudzi się nawet najwierniejszym fanom. Dobrze jest od czasu do czasu rzucić na żer wygłodniałym rzeszom coś lekko odmiennego od spodziewanego produktu. W przypadku marek utrzymujących się na rynku przez dziesięciolecia zawsze następuje ten moment, kiedy produkcja poważna kilka razy mrugnie do widza okiem, komedia uderzy w poważniejszy ton, a seria o sztampowych superbohaterach zacznie gmerać w psychologii postaci. W najgorszym razie otrzymujemy ciekawostkę dla fanów, ale jeśli akcenty uda się przesunąć umiejętnie, zachowując jednocześnie przyciągający ludzi rdzeń, możemy mieć do czynienia z całkowitą zmianą jakości.

Czy „Kobieta zwana Fujiko Mine” będzie dla Lupina III właśnie taką chwilą powagi, czy jest to element zamierzonego planu, mającego na celu przywrócenie serii dawnej popularności? Co to właściwie jest ten Lupin, czym to się je i dlaczego fan mangi i anime miałby się nim przejmować? Żeby odpowiedzieć na te pytania, musimy cofnąć się w czasie i przestrzeni, do Japonii lat 60., gdzie rosnący w siłę nurt komiksowy wydał na świat Lupina Trzeciego, wnuka słynnego dżentelmena- włamywacza. Choć nieco ustępujący literackiemu przodkowi pod względem elegancji, Lupin Trzeci na pewno dorównywał mu pod względem sprytu i rozmachu działania. Łupem genialnego złodzieja padały wyłącznie rzeczy rzadkie i cenne, a biorąc pod uwagę wysiłki i koszta, jakich nie szczędził nasz bohater, właściwą zdobyczą był nie zysk, a emocje towarzyszące kradzieży. Jeśli naprzeciw takiego bohatera postawimy potykającego się o własne nogi policjanta, otrzymamy znakomitą komedię kryminalną z naciskiem na komedię, gdzie logika odstąpiła przesadzie miejsce na liście płac, nielogiczności fabuły pchają się drzwiami i oknami, a wszyscy błaźnią się na potęgę.

Mangowy Lupin szybko podbił serca czytelników, trochę gorzej wypadły początki anime. Choć pierwsza, 23­‑odcinkowa ekranizacja została zakończona przed czasem, kolejne kilkusetodcinkowe serie odniosły spodziewany sukces. Na świat przychodziły filmy, odcinki specjalne, musicale i wszystko kręciło się aż do lat 90., kiedy nagle produkcja przystopowała, a fani musieli zadowolić się jednym odcinkiem specjalnym na ruski rok. Mimo to Lupin III zapisał się w pamięci jako jedna z najlepiej rozpoznawalnych serii z gatunku seinen, dzięki czemu po latach producenci odważyli się zaryzykować powrót. Czemu jednak o tak znanej serii przeciętny zachodni fan nigdy nie słyszał? Poza granicami Japonii Lupin III nie radził sobie najlepiej z oczywistych względów. W Europie i Ameryce prawnicy spadkobierców Maurice'a Leblanca niezbyt przychylnie patrzyli na nieautoryzowane wykorzystanie nazw i motywów, a zasłona dymna w postaci zmiany imienia nie przysporzyła serii popularności. Jeśli wspomnimy przy tym, że Lupin III humorem i stylistyką wyraźnie celuje w starszą część widowni, to dostajemy pełen obraz sytuacji, gdzie zdubbingowane na języki europejskie serie mignęły i przepadły, a mangę wydano w USA w niewielkim nakładzie na początku XXI wieku.

Skoro już wiemy, kim był Lupin, to co w tytule robi Fujiko Mine? Dość powiedzieć, że drogi Lupina nieustannie krzyżowały się ze szlakami innych person działających na granicy prawa. Niesamowity strzelec Daisuke Jigen, zabłąkany w XX wieku samuraj Goemon Ishikawa XIII i żeńska rodzynka Fujiko Mine. Często dzielił ich wspólny cel, czasem łączył wspólny wróg – wszelkie więzy, jakie między nimi się rodziły, były wyjątkowo kruche, a działający wyłącznie we własnym interesie przestępcy nieraz zmieniali sojusze z zastanawiającą szybkością. Poza paroma charakterystycznymi rysami niewiele było o nich wiadomo – ludzie bez przeszłości albo przeszłość chroniący, rzadko myślący o jutrze, w dniu dzisiejszym żyjący łapaniem chwili i skoków adrenaliny.

Na samym początku serii los styka dwoje mistrzów w złodziejskim fachu. Lupin kradnie dla zabawy, ale co takiego w złodziejskim interesie robi Fujiko Mine, ta uwięziona w zjawiskowym ciele niebezpieczna mieszanka urody i sprytu, od wielu lat zawsze o krok przed słynnym złodziejem? Kobieta taka jak ona bez wysiłku odziera z pieniędzy bogatych sponsorów, ale bez mrugnięcia okiem odtrąca życie luksusowej utrzymanki i rzuca się w najniebezpieczniejszą przygodę. Dla zabawy ? Ambicji? Chwili ekscytacji? Bo przecież nie dla fantów, które cieszą niezwykłych złodziei tylko przez krótką chwilę, zanim opadnie adrenalina. W trakcie kolejnych przygód Fujiko napotka inne znane fanom postacie i odkryje rąbek tajemnicy, która otacza ją od kilkudziesięciu lat. Za czym goni? Kto ją wyszkolił? Dlaczego nic nie pamięta z dzieciństwa i wczesnej młodości?

Oryginalne przygody Lupina III od lat brały na warsztat tradycyjną bajkę o policjantach i złodziejach, bezlitośnie wykrzywiając ją na wszystkie strony. Lupin III ~Mine Fujiko to Iu Onna~ nie rezygnuje z tej konwencji, ale zapuszcza się krok dalej, niemal w każdym odcinku przystosowując odpowiednie dekoracje do nowej przygody. Będzie i Upiór w operze, i klasyczna gangsterka z wątkiem miłosnym, kradzież kolonialnych skarbów, zwiedzanie piramid, pełna lesbijek katolicka szkoła żeńska, zawsze w klimatach już nie radosnej gonitwy w oparach absurdu, ale filmu noir przechodzącego w dziwaczny, surrealistyczny sos. A wszystko to nawinięte na rdzeń, jakiego w Lupinie III dotąd nie było – ciągłą fabułę zahaczającą o poważne wątki.

Początek sugeruje, że rzecz dzieje się przed „właściwą” akcją Lupina III, ukazując okoliczności pierwszego spotkania Fujiko z kolejnymi postaciami znanymi z komiksu i animacji. Znając jednak tę markę wiadomo, że nie ma sensu zawracać sobie głowy chronologią czy krępować się jakimkolwiek kanonem. Znajomość poprzednich serii jest również całkowicie zbędna do zrozumienia czegokolwiek, tak że nic nie stoi na przeszkodzie, by właśnie Lupin III ~Mine Fujiko to Iu Onna~ potraktować jako wprowadzenie do świata.

Główny wątek, choć sygnalizowany od samego początku, zaczyna być wyraźnie widoczny dopiero w połowie serii, by skumulować się w wielkim finale. I tu niestety pojawia się problem w ocenie fabuły. Samo skupienie się na Fujiko, poszerzenie konwencji czy ukazanie początków znajomości bohaterów okazało się strzałem w dziesiątkę. Sam główny wątek też rozegrany został ciekawie i z pomysłem, ale czy musiano uderzyć przy nim w tak wysokie tony? To jakby Dragon Ball miało się okazać manifestem spóźnionych luddystów albo jakby starą dobrą Jolene wykonano na orkiestrę symfoniczną i stuosobowy chór. Można, tylko po co? I jak tu dalej oglądać zblazowanych bohaterów, gdy wiemy już, że kryją w sobie takie traumy?

Bohaterowie w większości zachowali przypisane im cechy, lekko podkreślone lub zmienione w zależności od sytuacji. Najwięcej czasu ekranowego dostaje oczywiście Fujiko – jeśli chcecie jej pełnej charakterystyki, poczytajcie o typie kobiety­‑uwodzicielki, która manipulując otoczeniem, stara się opanować lęk przed krzywdami z dzieciństwa. Nie można odmówić jej sprytu, nie można powiedzieć, by zawsze do końca zachowywała się rozsądnie – jest jednak postacią spójną i dość dobrze odpowiadającą oczekiwaniom widza.

Pozostałe postacie dostają jakieś wprowadzenie, ale ze zrozumiałych względów wypadają trochę słabiej w porównaniu do głównej bohaterki. Jeden Lupin unika poważniejszych zmian, pozostając samolubnym, acz niepozbawionym zasad draniem. Daisuke Jigen wyjrzał na chwilę zza swojego pistoletu, dostając dość interesującą historię, ale szybko cofa się do szeregu. Goemon Ishikawa XIII pozostaje jak zwykle honorowy, zawzięty i lojalny (aczkolwiek zawsze wydawał mi się on najmniej interesującym członkiem obsady). Bohaterowie są, teraz pora na antagonistę – zgodnie z tradycją, rola ta winna przypaść inspektorowi Zenigacie. W oryginale ciapowaty policjant, bezustannie krok za Lupinem, tutaj przeistacza się w zasępionego stróża prawa, pełnego mrocznych tajemnic. Już nawet poły płaszcza łopoczą mu nie zabawnie, a złowieszczo. Towarzyszy mu wyjątkowo upierdliwy chłoptaś o imieniu Oscar, który zdolnością wzbudzania negatywnych emocji widza dorównuje najbardziej wkurzającym animowanym dzieciakom. Ni to wychowanek, ni to kochanek, w zasadzie nic nie wnosi, ale za to bezbrzeżnie irytuje.

Uważny widz szybko wywącha, że inspektor to małe piwo w porównaniu z Prawdziwym Przeciwnikiem. Dobrze, że pokazywano go tak rzadko i pozostał enigmatyczny, bo gość wyraźnie do serii nie pasuje – zamiast bowiem zgodnie z lupinowską tradycją zastawiać wymyślne pułapki na naszych bohaterów, traci czas na zabawę w Pana Boga i inne nieprzyjemności. Na szczęście te niedociągnięcia kompensuje cała galeria postaci drugoplanowych, zazwyczaj bohaterów „kradzieży odcinka”. Mafiozi, koronowane głowy, śpiewaczki operowe – ukazanie dość skomplikowanych charakterów w kilkunastu minutach odcinka to trudna sztuka, która tu się w pełni udała.

Za same technikalia serii należy się duży plus. Jest na czym zaczepić oko – już mocno nietypowa animacja z rysowanymi tłami i jakby naklejonymi postaciami bardzo pozytywnie zaskakuje. Spore ilości stop­‑klatek zaaranżowano umiejętnie, tak by służyły budowaniu nastroju, a dynamiczne sceny nie sprawiają wrażenia, jakby na nich oszczędzano. Postacie narysowane są w charakterystycznej lupinowskiej manierze nieproporcjonalnego wydłużenia, ale na szczęście dla Fujiko zrobiono wyjątek. W porównaniu do swoich dawniejszych wcieleń kobieta określana jako olśniewająca piękność nareszcie ma wyróżniającą się twarz i sylwetkę. Biorąc pod uwagę, że we wcześniejszych seriach jedynym, co miało ją czynić piękną w oczach widzów, były zmieniające się fryzury i wielkie piersi, jest to fakt wart uwagi.

Skoro już o ciele mowa – od czasu wprowadzenia na kartki mangi Fujiko wiedziała, że znajduje się w posiadaniu skutecznej broni, wykorzystując swój sex­‑appeal często i bez poczucia wstydu, a najnowsza seria nie zamierza zrywać z tą tradycją. Bohaterka co chwila pozbywa się ciuchów, nieraz przyłapujemy ją z mężczyznami w stanie upojnego sam na sam, ale mimo erotyzmu wylewającego się z ekranu ani razu nie miałam poczucia, że goły biust pokazano na ekranie bez sensu. Mimo dość niezwykłej otoczki ta seria przywraca wiarę, że istnieją jeszcze ludzie zajmujący się animacją, którzy potrafią pokazać nagie ciało i seks, nie popadając przy tym w wulgarność.

Muzyka dorównuje oprawie graficznej – w dobie skrzeczącego j­‑popu sam opening w formie melorecytacji podwyższa ocenę, a na 10 seria wspięła się dzięki połączeniu klasycznego dla Lupina III jazzu z tradycyjną muzyką japońską, rytmami z filmów i śpiewem operowym (niestety, nie jestem w stanie zweryfikować plotki, że do współpracy zaproszono prawdziwą śpiewaczkę operową).

Miłośnicy Lupina III ze zrozumiałych względów rzucili się na Mine Fujiko to Iu Onna i – mimo narzekań na zbytnią powagę – odnaleźli w serii ową specyficzną atmosferę, jaka przez lata przyciągała ich do ekranu. Cieszy mnie też, że proces poszedł w drugą stronę – „Kobieta zwana Fujiko Mine” przypomniała młodszym pokoleniom o istnieniu dość zapomnianej dzisiaj marki. Nie tylko ja przy tej serii dobrze się bawiłam, więc jeśli jeszcze znalazł się ktoś, kto wiosnę 2012 przeżył pod kamieniem i o tym tytule nie słyszał – czujcie się zachęceni.

Eire, 7 sierpnia 2012

Twórcy

RodzajNazwiska
Autor: Monkey Punch
Projekt: Hiroshi Moriyama, Takeshi Koike
Reżyser: Sayo Yamamoto
Scenariusz: Mari Okada
Muzyka: Naruyoshi Kikuchi