Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Gakkon 4 - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 5/10 grafika: 7/10
fabuła: 4/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 5 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,20

Ocena czytelników

5/10
Głosów: 75
Średnia: 5,39
σ=1,67

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek, Tassadar)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Sasami-san@Ganbaranai

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2013
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • ささみさん@がんばらない
Gatunki: Komedia
Postaci: Nauczyciele; Pierwowzór: Powieść/opowiadanie; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Harem, Magia
zrzutka

Nastoletnia spadkobierczyni rodu obdarzonego mocami bogini Amaterasu i jej desperackie próby prowadzenia normalnego życia w obliczu niedźwiedzich przysług innych bóstw, usiłujących przypodobać się przywódczyni szintoistycznego panteonu.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Im bardziej studio SHAFT usiłuje zerwać z typową dla siebie formułą, tym większą najczęściej ponosi klęskę. Charakterystyczna narracja i styl graficzny, powtarzane do znudzenia w kolejnych anime, już dawno utraciły wszelkie znamiona świeżości. Sprawdzały się jedynie w niektórych przypadkach pokroju Bakemonogatari czy Sayonara Zetsubou Sensei. Okazjonalnie twórcom udawało się wykazać kreatywnością i zerwać z utartymi schematami, by potem natychmiast powrócić do znanego sobie światka i powielanych w nieskończoność błędów. Wynika to z notorycznego wyciągania złych wniosków i pogoni za oryginalnością za wszelką cenę, nawet kosztem przejrzystości fabuły. Błędne założenie, że im bardziej skomplikowana i zakręcona koncepcja, tym lepiej, owocowało tytułami chaotycznymi i niespójnymi, które po obiecującym początku miały tendencję do gubienia koncepcji i bezcelowego żonglowania wątkami. Podobnie, ku memu rozczarowaniu, jest z Sasami­‑san@Ganbaranai. O ile założenia anime wydawały się zachęcające, a w początkowych odcinkach nie brakło ciekawych pomysłów, to akurat pochwały za nie powinien zebrać autor książkowego pierwowzoru.

Wydarzenia obracają się wokół Sasami Tsukuyomi, nastoletniej hikikomori, której jedynym „produktywnym” zajęciem jest szpiegowanie starszego brata. On z kolei dwoi się i troi, by spełniać wszelkie zachcianki siostry, choć w swym oddaniu bywa wyjątkowo natarczywy. Oboje nie mają, przynajmniej w swym mniemaniu, specjalnego wyboru i są zmuszeni do takiego stylu życia. Pochodzą bowiem z rodu od pokoleń obdarzonego mocami bogini Amaterasu, która zapewnia ochronę i wsparcie pomniejszych bóstw, a także powoduje spełnianie wszelkich życzeń. Nietypowa zdolność przynosi więcej szkody niż pożytku. Kami traktują wszystkie pragnienia, nawet te podświadome, bardzo dosłownie, i nie przejmują się tym, co przy okazji może spotkać postronnych ludzi. Rodzeństwo robi więc wszystko, by ograniczyć szkody, wiodąc życie proste i pozbawione osobistych ambicji. Nie zawsze się to jednak udaje, a wtedy do akcji wkraczają siostry Yagami – trzy dziewoje wyspecjalizowane w pacyfikowaniu szalejących bóstw i przywracaniu świata do normalnego stanu.

Zajęcia bohaterom nie brakuje. Już w pierwszym odcinku z okazji Walentynek okolica zamienia się w czekoladę, a to ledwie początek problemów. Na scenie pojawiają się rozmaite indywidua, pragnące mocy Amaterasu dla siebie, a także inni członkowie klanu, którzy nieco inaczej wyobrażają sobie przyszłość Sasami i chcą mieć na nią decydujący wpływ. Uczciwie przyznam, że wątków nie brakuje, ale problem polega na tym, że są one poupychane byle jak i na dłuższą metę męczą. Widz zmuszony jest przetrawić masę całkowicie zbędnych faktów, w których rozmywają się ważniejsze informacje. Co więcej, wiele fragmentów jest całkowicie zbędnych. Próbowano dzięki nim stworzyć skomplikowaną sieć zależności między postaciami i urozmaicić intrygę, ale ostateczny rezultat przypomina stajnię Augiasza. Teoretycznie warto, bo intryga jest przemyślana, spójna i mimo pojawiających się na każdym kroku zjawisk nadprzyrodzonych, wiarygodna. By jednak się nią nacieszyć, trzeba iście heroicznego wysiłku, pozwalającego przebrnąć przez wszechobecny chaos. Byłoby łatwiej, gdyby wydarzeniom towarzyszyła jakaś konstruktywna puenta, ale poza oczywistą zachętą do bycia kowalem swojego losu i odważnego zmagania się z codziennymi problemami, anime nie ma nic więcej do zaoferowania. Morał został przedstawiony łopatologicznie, z użyciem przytłaczających dawek tandetnego dramatyzmu.

Z trudem przychodziło mi też potraktowanie Sasami­‑san@Ganbaranai jako niezobowiązującej rozrywki z efektownymi walkami i zakręconym humorem. Eksplozje dość szybko stają się monotonne, a przeciwników równie absurdalnych, co czekoladowy smok, wbrew pozorom nie ma zbyt wielu. Nawet spektakularna demolka przy świątyni z udziałem czołgów, śmigłowców i zrobotyzowanej Yagami jest tylko jednorazowym przypływem weny, którego już nie udaje się potem powtórzyć. Z humorem bywa różnie (żenujący pomysł z dziewczyną, której wyrastają męskie genitalia), repertuar dość szybko się zużywa, ale godne odnotowania wyskoki zdarzają się przez cały czas.

Akiyuki Shinbou nie byłby też sobą, gdyby nie pokusił się o solidną porcję nawiązań. Część z nich dotyczy religijnych i mitologicznych przekazów, łatwych do odszyfrowania nie tylko dla Japończyka, ale i dla każdego, kto tamtejszą kulturą choć trochę się interesuje. Nietrudno odgadnąć, dlaczego jedna z bohaterek nazywa się Tsurugi, albo jaką rolę pełni nieco szalona wersja baśni o białym króliku z Inaby. Powyższe motywy udało się w sposób naturalny wpleść do serialu, ale niewielka w tym zasługa twórców anime. Wystarczyło jedynie wykorzystać zawartość light novel, nie ingerując w nią przesadnie. Sasami­‑san@Ganbaranai odwołuje się także do innych anime (końcówka parodiuje film The End of Evangelion), gier i innych wytworów popkultury. Większość tych zagrań dość szybko powszednieje i wydaje się dodana na siłę, z braku innych pomysłów na zapełnienie czasu ekranowego. W tym samym celu pojawia się też zatrzęsienie nudnych dialogów o niczym i fanserwisowych wstawek na mizernym poziomie. Zamiast pomagać, stają na drodze narracji, wydłużają rozwój wypadków i utrudniają skupienie się na właściwej fabule. Na pewno podbiją wyniki sprzedaży, bo „elokwentny” charakter tworów SHAFT­‑u zdobył już spora rzeszę fanów, których teraz próbuje się wydoić przy jak najmniejszych nakładach.

Pewną pociechę stanowi oprawa audiowizualna, będąca odmianą od zwyczajowych zabiegów studia. Ilość dziwnych kątów, pod którymi rysowane są ujęcia, i nagłych przejść pomiędzy kadrami została mocno ograniczona. Pod wieloma względami serial bardziej przypomina „zwykłe” anime, co jest o tyle pozytywną zmianą, że dotychczasowy styl był już w użyciu zdecydowanie zbyt długo. Wykorzystanie ziarnistych filtrów obrazu jest ciekawym, choć nienowym pomysłem, który do historii pełnej zjawisk paranormalnych i magii pasuje jak ulał. W trakcie seansu łatwo zauważyć regularne wahania jakości i środki oszczędnościowe (dalekie ujęcia, spadek szczegółowości, zaburzenia proporcji), ale nie są one na tyle znaczące, by mogły zirytować kogokolwiek poza największymi purystami. Również ścieżka muzyczna jest dobrze dopasowana, łącząc nowoczesność z dźwiękami tradycyjnych japońskich instrumentów. Niespecjalnie za to udało się jej zgranie z dialogami i resztą odgłosów. Cały czas miałem wrażenie, że elementy udźwiękowienia chaotycznie nachodzą na siebie i wzajemnie się tłumią, przez co nie można ich w pełni docenić.

Gdyby Sasami­‑san@Ganbaranai trafiło pod skrzydła innej ekipy, miałoby zapewne większą szansę wykorzystania swego potencjału. SHAFT skorzystał z gotowego szablonu, jaki Akiyuki Shinbou swego czasu z powodzeniem wprowadził. Ten zdolny reżyser niepokojąco szybko z obiecującego wizjonera stał się głównym hamulcowym, na nieszczęśnie biorącym udział w każdym projekcie studia. Ma niewątpliwie oko do brania na warsztat ciekawych pomysłów, ale ich realizacja pozostawia często wiele do życzenia. Sasami­‑san@Ganbaranai to nie pierwsza, i zapewne nie ostatnia, ofiara takiego stanu rzeczy. Mimo rozmaitych zabiegów mających uatrakcyjnić formułę, to kwintesencja nijakiej reżyserii i chybionych decyzji, która co prawda utrzymuje się w granicach oglądalności, ale czyni to z niemałym trudem.

Tassadar, 25 maja 2013

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: SHAFT
Autor: Akira
Projekt: Hidari, Hiroki Harada
Reżyser: Akiyuki Shinbou, Naoyuki Tatsuwa
Scenariusz: Katsuhiko Takayama
Muzyka: Yukari Hashimoto