Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 7/10 grafika: 7/10
fabuła: 4/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,00

Ocena czytelników

5/10
Głosów: 95
Średnia: 5,37
σ=2,34

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kanojo ga Flag o Oraretara

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2014
Czas trwania: 13×24 min
Tytuły alternatywne:
  • If Her Flag Breaks
  • 彼女がフラグをおられたら
zrzutka

Czy ktoś ma ochotę na przesłodzoną haremówkę z chaotyczną fabułą i dość sztampowymi postaciami? Nie? Tak myślałam…

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Na początek wyjaśnienie dla tych, którzy (tak jak ja) mają słabe pojęcie o grach komputerowych. Określenie „flaga” wzięło się od pojawiającego się w niektórych grach symbolu oznaczającego jakiś punkt zwrotny, zadanie do wykonania – lub też ukończenie takiego zadania. Potocznie i fandomowo (szczególnie w fandomie angielskim) zwykło się w ten sposób nazywać pewne punkty fabuły wyraźnie sygnalizujące, że coś ma nastąpić. Na przykład ktoś, kto idzie na niebezpieczną misję, a wcześniej pokazuje wszystkim prezent, który zaraz po misji da swojej małej córeczce, ustawia sobie „flagę śmierci”. Z kolei w grze randkowej bohater, wykonując życzliwy gest pod adresem dziewczyny, stawia jej flagę, czyli robi kolejny krok na ścieżce wiodącej do jej zdobycia (lub ignoruje flagę, jeśli zamierza oczarować inną pannę)… I tak dalej.

Właśnie takie flagi widzi nad głowami niektórych ludzi bohater tego anime, Souta Hatate. Dlatego z góry wie, komu może grozić niebezpieczeństwo, ale także może sam unikać pułapek nowej szkoły, takich jak natarczywy przyjaciel czy potencjalna sympatia. Zaraz – dlaczego miałby ich unikać? Kiedy go poznajemy, Souta, mówiąc najłagodniej, nie tryska radością życia. Jest zdania, że właśnie ta zdolność miała pośrednio wpływ na katastrofę promu, z której tylko on wyszedł z życiem, i najlepiej zrobi, jeśli będzie się trzymał od wszystkich z daleka. Jednak oczywiście jego plany to jedno, a złośliwa rzeczywistość to zupełnie co innego. Jako pierwsza mur, którym chłopak odgrodził się od świata, pokonuje jego koleżanka z klasy, energiczna i rzeczowa Nanami (skądinąd księżniczka małego królestwa Bladefield). A potem jest już z górki… Do zapuszczonego (przynajmniej do czasu) dormitorium, w którym ma zamieszkać Souta, stopniowo wprowadza się stadko dziewcząt: panienka z dobrego domu, „starsza siostra”, przyjaciółka z dzieciństwa… I o wiele, wiele więcej. Ale w jakim celu bohater został właściwie obdarzony zdolnością widzenia flag i jaki jest tak naprawdę zakres jego możliwości?

Jedno można powiedzieć na pewno: Kanojo ga Flag o Oraretara nie jest takie, jakie się na pierwszy rzut oka wydaje. Niestety od początku do końca wygląda, jakby się kompletnie nie mogło zdecydować, czym właściwie jest. Wyjściowy pomysł, kojarzący się z grą randkową, mógł zapowiadać parodię szkolnych komedii romantycznych, wyśmiewającą gatunkowe schematy, jednak to wrażenie bardzo szybko znika. Przez pierwsze odcinki seria wędruje dobrze udeptanymi ścieżkami, dołączając pospiesznie kolejne dziewczęta do haremu i odpracowując obowiązkowe wydarzenia z życia szkolnego i prywatnego bohaterów. Kiedy jednak dojdziemy do wniosku, że wspomniana na wstępie tragedia (i pojawiające się potem aluzje) to tylko mechanizmy fabularne, potrzebne może w dalekiej przyszłości, ale niemające wpływu na bieżącą fabułę, okazuje się, że… No dobrze, tego się tak prosto nie da napisać, szczególnie jeśli nie chcę zdradzić wszystkiego, co się ma wydarzyć. W każdym razie zaczynają dominować wątki przygodowo­‑dramatyczne, zahaczające nawet o coś w rodzaju (mistycznego) science­‑fiction, w którym, słowo honoru, da się zauważyć odległe echa Neon Genesis Evangelion. Nie, nie nabieram szanownych czytelników. Fabuła ma zdecydowany potencjał i z determinacją godną lepszej sprawy marnuje go niemal całkowicie.

Jestem bardzo daleka od idealizowania light novel i zrzucania wszelkich wad scenariusza na błędy popełnione w czasie adaptacji – w znakomitej większości przypadków wynikają one z wad wrodzonych oryginału. Nie da się jednak ukryć, że Kanojo ga Flag o Oraretara to seria, której dobrze zrobiłoby ograniczenie liczby postaci o połowę albo dwukrotne zwiększenie liczby odcinków, a najlepiej jedno i drugie. Trzeba przyznać, że fabuła zostaje doprowadzona niemal do końca lub przynajmniej do punktu, który może pełnić taką rolę (light novel nie jest jeszcze zakończona), co jest rzadkością we współczesnych adaptacjach. Jednak ceną za to jest kompletny chaos na ekranie – wprowadzanie niemal do ostatniej chwili nowych postaci, rzucanie bohaterów z jednej sceny wydarzeń na inną i wplatanie wątków, które nie doczekują się ani porządnego rozwinięcia, ani zakończenia. Ocena tego aspektu stanowi wypadkową wad i zalet – konstrukcyjnie scenariusz się nie broni, ale za to ma sporo niezłych pomysłów i wbrew wszelkim pozorom dość konsekwentnie (chociaż pijanym i nierównym krokiem) zmierza w stronę finału. Na zakończenie muszę napisać coś, co zapewne zdziwi dużą część czytelników: z przyczyn, które trudno mi do końca przeanalizować, mam ogromną słabość do tej serii. Jest w niej coś „oldskulowego”, z jakichś powodów przypominała mi anime z połowy lat dziewięćdziesiątych. Może kojarzyła mi się z tymi wszystkimi OAV, które pokazywały jakiś kawałeczek nieznanej mi mangi i kończyły się, zanim się zdążyły dobrze rozpędzić?

Souta Hatate jest oczywiście wariacją na temat głównego bohatera haremówki – ma typowe problemy z asertywnością wobec dziewcząt, stara się nimi jak najlepiej opiekować, a w razie potrzeby jest gotowy do poświęceń. Skłonność do czarnowidztwa, początkowo nadająca mu pewien rys komiczny, okazuje się uzasadniona fabularnie aż za dobrze – im więcej dowiadujemy się o katastrofie promu i jej następstwach, tym bardziej zaczyna przeszkadzać to, że bohater jest… za normalny. Nie nazywałabym jednak tego poważną wadą, a już na pewno mogłabym bez trudu wskazać całe stado mniej udanych protagonistów w podobnych seriach. Na swój sposób nietypową cechą otaczających Soutę dziewcząt jest to, że – chociaż prezentują standardowe haremowe typy – wszystkie są w mniej więcej równym stopniu słodkie i urocze. Z jednej strony sprawia to oczywiście, że są mniej wyraziste i czasem trudno pamiętać, która z nich ma być „tsundere”, a która „starszą siostrą”. Z drugiej jednak powoduje, że całe to towarzystwo jest nieodparcie sympatyczne i w dość naturalny sposób dobrze się między sobą dogaduje. Trzeba też napisać, że to kotłowanie się dziewcząt wokół bohatera ma charakter całkowicie niewinny (to chyba też niedzisiejsze), przypomina nie tyle próby desperackiego usidlenia mężczyzny życia, ile opiekę nad nieco nafoszonym króliczkiem.

Jako że harem w składzie ostatecznym liczy dwanaście sztuk (pamiętacie, co pisałam o liczbie postaci?), większość dziewcząt zostaje przedstawiona tak zdawkowo, że nie warto poświęcać im miejsca. Na tym tle wyróżnia się głównie Nanami – na pierwszy rzut oka dziecinnie wyglądająca i zarozumiała „księżniczka”, która okazuje się najlepiej chyba skonstruowaną postacią w całej serii. Jej interakcje z bohaterem, dające się podciągnąć raczej pod przyjaźń niż pod wątek romantyczny, należą do najbardziej udanych scen i niezwykle żałuję, że nie poświęcono jej więcej miejsca i nie wykorzystano do końca jej potencjału.

Bez zahamowań mogę za to pochwalić grafikę, a przede wszystkim projekty postaci. Pastelowe i stonowane kolory sprawdzają się doskonale, a rozjaśniona paleta sprawia, że seria wydaje się po prostu ciepła i pełna światła. Ograniczony budżet sprawia, że sceny akcji są umiarkowanie efektowne, ale też nie prezentują się najgorzej. Za to warto wspomnieć, że mimo króciutkich spódniczek w szkolnych mundurkach, seria jest pozbawiona wszelkich naleciałości ecchi, a odrobinę bardziej ryzykowne żarty pojawiają się tylko w warstwie słownej. Szalenie udana i idealnie pasująca do serii jest też oprawa muzyczna – zaryzykowałabym twierdzenie, że część utworów sprawdziłaby się nawet w oderwaniu od obrazu. Czołówka natomiast mnie rozbroiła, pastelowo­‑zabawnej animacji towarzyszy melodyjka kojarząca mi się z amerykańskim wodewilem (jestem pewna, że to z powodu trąbek). Do śpiewania endingu zatrudniono seiyuu bohaterek, więc jest poprawny muzycznie, ale jak zwykle w takich przypadkach dość przeciętny.

Nie będę oszukiwać siebie ani innych – zapewne nie wrócę do tej serii i zapewne za dwa­‑trzy lata najdalej (ba – za pół roku) nikt o niej nie będzie pamiętał. Ogromna szkoda, że zmarnowała potencjał – niezłe pomysły fabularne i udane postaci, połączone sympatycznymi relacjami. Niestety trąbki w czołówce to trochę za mało, żeby polecać tę pozycję komukolwiek.

Avellana, 13 lipca 2014

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Hoods Entertainment
Autor: Touka Takei
Projekt: Cuteg, Shizue Kaneko
Reżyser: Ayumu Watanabe
Scenariusz: Takashi Aoshima
Muzyka: Ruka Kawada, Yukari Hashimoto