Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 7/10 grafika: 8/10
fabuła: 7/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,00

Ocena czytelników

5/10
Głosów: 13
Średnia: 5,38
σ=1,64

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kindaichi Shounen no Jikenbo Returns

zrzutka

Główny bohater Zapisków detektywa Kindaichi powraca z nowymi przygodami. Tym razem w nieco zmienionej, nowocześniejszej, łagodniejszej i mniej schematycznej formie.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Kindaichi Shounen no Jikenbo to jeden z najsłynniejszych japońskich kryminałów. Będąca pierwowzorem manga (której siedem tomów wydano w Polsce) sprzedała się w Japonii w ponad 90 milionach egzemplarzy. Seria doczekała się wielu adaptacji animowanych i aktorskich, light novel, audiobooków oraz gier wideo. O popularności Kindaichiego i poszczególnych adaptacjach postaram się napisać szerzej w recenzji mangi, a tymczasem wracam do najnowszej odsłony jego przygód – Returns. I przy okazji porównam ją do wcześniejszych serii.

Hajime Kindaichi na pierwszy rzut oka wydaje się zwykłym leniwym nastolatkiem. W rzeczywistości jednak jest… Nie, nie działającym incognito nieletnim superbohaterem! Jest on wnukiem sławnego detektywa Kousuke Kindaichiego (pochodzącego z popularnych japońskich powieści). Po dziadku odziedziczył niezwykłe zdolności detektywistyczne, dzięki którym potrafi rozwiązać każdą zagadkę, a tak się składa, że gdzie by się nie ruszył, zawsze dochodzi do jakiegoś przestępstwa i Hajime musi wziąć sprawy w swoje ręce.

Większość historii opiera się na znanym z mangi schemacie: Hajime i jego przyjaciółka Miyuki wybierają się w jakieś miejsce z niewielką grupą ludzi. Wkrótce ktoś z nich zostaje zamordowany. Główny bohater przysięga na swojego dziadka, że złapie sprawcę, i wszczyna śledztwo. Gromadzi informacje, sprawdza alibi, główkuje i w końcu mówi: „Zagadka jest już rozwiązana!”, po czym zwołuje podejrzanych, tłumaczy, kto jest mordercą i jak doszło do zbrodni. Schemat ten jednak w Returns został poddany pewnym zmianom i eksperymentom. Widać, że tym razem twórcy chcieli nadać Kindaichiemu świeżości. Być może wzięli też pod uwagę fakt, że jak dotąd cykl poza Japonią zdobył popularność jedynie we Francji, bo reszta świata skrytykowała serię za schematyczność.

W przeciwieństwie do poprzednich serii, bohaterowie nie zostają za każdym razem odcięci od świata. Często też okazuje się że morderca nie działa sam. Co ciekawsze, nie zawsze mamy do czynienia z morderstwami – zdarzają się odcinki, kiedy w grę wchodzi wypadek czy kradzież oraz epizody, w których Hajime wspomina śledztwa ze swojego dzieciństwa. Miłą niespodzianką jest historia przypominająca jedną z przygód porucznika Colombo, kiedy widz cały czas wie, że pewien „nieproszony gość” to przestępca i tylko czeka, aż odkryje to Kindaichi. Zrezygnowano z bardzo brutalnych scen, takich jak poćwiartowane zwłoki czy odcięte członki. Czasami pokazywane są martwe ciała, ale nie są już tak zmasakrowane, jak dawniej, bywają za to przyciemnione. Fanserwis został ograniczony do kilku odcinków. Zachowano elementy humorystyczne i na szczęście zrezygnowano z żartów z atrybutów męskości głównego bohatera. Rozszerzono nieco elementy sensacyjne (pościgi, bomby, terroryści), a w zagadki wmieszano fizykę i chemię. Rozwinięto też trochę wątek romantyczny między Miyuki, Hajime i jego znajoma piosenkarką Reiką.

Twórcy podjęli dobrą decyzję, by przenieść do anime te epizody, które jak dotąd zostały pokazane na ekranie tylko w seriach aktorskich. Już na samym początku dane nam będzie zobaczyć wydarzenia z filmu Kindaichi Shounen no Jikenbo: Hong Kong Kowloon Zaiho Satsujin Jiken, a parę odcinków później zobaczymy rysunkową wersję najnowszej kinówki, Kindaichi Shounen no Jikenbo: Gokumon Juku Satsujin Jiken. Miałam nadzieję, że zekranizują też jedyną sprawę z polskiego wydania mangi, której dotąd do anime nie przeniesiono – Ijinkanmura Satsujin Jiken (w Polsce znaną jako Morderstwa w wiosce cudzoziemskich rezydencji), ale niestety nadzieje okazały się płonne. Z drugiej strony zawarte tam wydarzenia trudno byłoby pokazać bez scen bardzo brutalnej przemocy, której chcieli uniknąć twórcy.

Jest jednak coś, za co muszę postawić minus. Ten, kto zna poprzednie serie, zapewne wie, że Kindaichi słynął z mrocznego klimatu, a czasami był nawet zaliczany do horroru. Niestety w Returns poziom mroku spadł o połowę. Dawniej w prawie każdą sprawę zamieszane były jakieś siły nadprzyrodzone, a o morderstwo podejrzewano duchy itp. Teraz jednak ten element pojawia się tylko w kilku odcinkach, a większość scen nie rozgrywa się w środku nocy, w ciemnych pomieszczeniach, ale na zewnątrz, w pełnym słońcu. Zdarzają się jednak wyjątki, jak chociażby morderstwo popełnione przez ducha alchemika czy sprawa letniej szkoły w budynku dawnego więzienia. Mimo to w poprzednich seriach już w samych czołówkach było więcej mroku niż tutaj. Podobnie jest z innym filarem popularności tej serii – klimatem starych kryminałów. O ile poprzednio wiele śledztw rozgrywało się na odludziu, w budynkach sprzed wieku, pozbawionych linii telefonicznych, o tyle tutaj mamy takie miejsca akcji, jak pokład odrzutowca, czy pełen drapaczy chmur Hongkong (na szczęście tutaj też zdarzają się wyjątki). A skoro o nowoczesności mowa, czas wspomnieć o pewnej nieścisłości. W pierwszej serii anime (z 1997 roku), gdy Hajime i Miyuki byli licealistami, bohaterowie używali jeszcze kaset i dyskietek, a w Returns postacie korzystają już ze smartfonów, chociaż główni bohaterowie nadal chodzą do liceum (ciekawe który raz powtarzają klasę?).

Zagadki kryminalne jak zwykle stoją na wysokim poziomie. Mamy tu sprytne triki, zbrodnie w ograniczonych przestrzeniach, misternie stworzone alibi, nagłe zwroty akcji, zaskakujące wydarzenia i dramaty psychologiczne. W tle przewijają się najróżniejsze pomysły fabularne i motywy. Wszystko jest przemyślane i dobrze rozłożone w czasie. Dla ułatwienia śledztwa przed każdym odcinkiem widzimy „listę” podejrzanych i denatów, ale żeby rozwiązać samemu zagadkę, trzeba obserwować każdy szczegół. Spotkałam się też z zarzutami, że nie każda wskazówka zostaje pokazana widzowi.

Jeśli chodzi o postacie, poza zmieniającym się za każdym razem zestawem podejrzanych, mamy tu kilku ważniejszych bohaterów. Kindaichi, jak pisałam wyżej, jest leniwym, łakomym, roztrzepanym chłopakiem, który lubi gapić się na damską bieliznę. Jednak kiedy dzieje się coś złego, pokazuje się jako zdeterminowany, inteligentny i silny młody człowiek, który nie odpuści, dopóki nie osiągnie celu. Jego przyjaciółka Miyuki w większości spraw pozostaje obserwatorką wydarzeń, ale czasami przychodzi jej odegrać znaczącą rolę. Isamu Kenmochi – zaprzyjaźniony z Kindaichim policjant, często pomaga mu w śledztwie i zapewnia dostęp do ważnych informacji. Drugi policjant w serii, Kengo Akechi, jest w pewnym sensie rywalem Hajime, ale mimo to często współpracują ze sobą, a ich stosunki układają się dużo lepiej niż w mandze. Kolejna postać to Reika Hayami – pogodna piosenkarka, która podkochuje się w Kindaichim. Ważnym bohaterem, który nie występował w polskim wydaniu mangi, jest nemezis Hajime – mroczny magik Youichi Takato, zwany „Lalkarzem z Piekła”, mistrz zbrodni, manipulujący ludźmi jak marionetkami. Poza nimi czasami pojawiają się też epizodycznie postaci z poprzednich serii. Ogólnie większość bohaterów jest dopracowana, a ich uczucia i emocje dobrze oddane. Wielu z nich często pokazuje „drugie oblicze”, a mordercy nierzadko nie okazują się jednoznacznie źli.

Jestem wdzięczna twórcom za to, że zachowali ścieżkę dźwiękową z poprzedniej serii, bo nie lubię, gdy w nowych adaptacjach całkowicie zmienia się soundtrack. Muzyka dobrze buduje mroczno­‑sensacyjny klimat i napięcie, trzymając widzów w niepewności. Jest jednak coś, do czego muszę się przyczepić – nowe openingi i endingi. W pierwszej połowie anime towarzyszą nam Brand New Story (śpiewane przez żeńską grupę popową Tokyo Performance Doll) i Passcode 4854 (w wykonaniu Rei Yasudy). Rozumiem, że to miało być coś nowego i piosenki nawet nie były najgorsze, ale pasowałyby bardziej do romansu niż do kryminału. W drugiej połowie anime usłyszymy trochę podobny do utworów z wcześniejszych serii opening Yue ni, Matenrou i ending Start Line. W towarzyszących im animacjach widać kilka scenek, które mogłyby wskazywać na to, że seria jest kryminałem z elementami dramatu, ale widać tam głównie Hajime z Miyuki, kwiatki, płatki wiśni, bańki mydlane i głównego bohatera (!?) z supermocami. Po obejrzeniu czegoś takiego widz może pomyśleć, że to seria shoujo, a nie shounen. W porównaniu z utworami z poprzednich serii, takimi jak Confused Memories, Boo Bee Magic, Kimi ga Iru kara… czy Justice ~Future Mystery~ wypadają blado. Seiyuu dobrze się spisali, zwłaszcza w scenach, kiedy postaci przeżywają dramaty i krzyczą z rozpaczy. Udźwiękowienie jest w porządku, grafika zwykle dopracowana (szczególnie tła) i bardziej kolorowa niż w poprzednich seriach. Można jednak odnieść wrażenie, że czasem kolory są cukierkowe i zbyt dziewczęce (od kiedy w więzieniach nosi się amarantowe ubrania?).

Kindaichi Shounen no Jikenbo Returns zapewne miało być odświeżeniem cyklu o przygodach młodego detektywa. Dzięki temu można polecić to anime osobom, które miały już styczność z serią, ale zniechęciła je schematyczność. Twórcy bardzo starali się, by pokazać tutaj coś nowego, ale można mieć zastrzeżenia, czy aby trochę nie przesadzili, pozbawiając serię części jej charakterystycznego klimatu mroku i staroświeckości. Ale ponieważ klimat nie zniknął całkowicie i zabrakło go tylko w niektórych sprawach, można jakoś to przełknąć. Seria powinna też przypaść do gustu fanom kryminałów, a jeśli ktoś podczas seansu poczuje „niedosyt klimatu”, zapraszam do starszych produkcji o przygodach młodego detektywa.

Donia, 25 grudnia 2014

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Toei Animation, Yomiuri TV
Autor: Fumiya Satou, Youzaburou Kanari
Projekt: Akihiro Asanuma
Reżyser: Yutaka Tsuchida
Scenariusz: Atsuhiro Tomioka, Michiru Shimada, Miyuki Kishimoto, Yoshifumi Fukushima
Muzyka: Kaoru Wada