Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 5/10 grafika: 7/10
fabuła: 4/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

4/10
Głosów: 10 Zobacz jak ocenili
Średnia: 4,40

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 709
Średnia: 7,28
σ=1,95

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Tokyo Ghoul

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2014
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • 東京喰種[トウキョウグール]
Widownia: Seinen; Postaci: Uczniowie/studenci; Rating: Przemoc; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność
zrzutka

Krew, krew, dużo krwi… A nie, przepraszam. Cenzura, cenzura, dużo cenzury…

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Czego boisz się najbardziej? Ciemności? Choroby? Śmierci? Samotności? Odpowiedzi na to pytanie może być wiele – tak wiele, jak wielu jest ludzi na świecie. Co jednak zwraca uwagę, to fakt, że częstokroć najbardziej obawiamy się tego, czego nie możemy dotknąć czy zobaczyć gołym okiem. Skonkretyzowane lęki, nierzadko objawiające się pod postacią przerażających potworów, typowe są dla dzieci – im starsi się stajemy, tym rzadziej boimy się tych potworów, prawdopodobnie jednak tylko dlatego, że przestajemy w nie wierzyć. A co, gdyby istniały naprawdę…?

Kiedy w roku 2013 rozpoczęła się emisja Shingeki no Kyojin wiele osób zadawało sobie pytanie, czemu tak prosta i poniekąd banalna historia o potworach pożerających ludzi zdobyła tak niesłychaną popularność w wielu zakątkach świata. Sądzę, że jedną z głównych przyczyn był fakt, że zaprezentowane w niej wydarzenia odwoływały się do najbardziej pierwotnych, atawistycznych lęków ludzkości – tych, o których w nowoczesnym, zaawansowanym technologicznie świecie XXI wieku często zapominamy. O ile nasze lęki niematerialne różnią się od siebie, o tyle strach wywołany zagrożeniem tak bardzo namacalnym i doczesnym, jak pojawienie się potężnej istoty, której jedynym celem jest jedzenie ludzi żywcem, prawdopodobnie w nas wszystkich byłby równie potężny. Podobną koncepcję postanowili wykorzystać twórcy Tokyo Ghoul – serii, która mimo zupełnie innych dekoracji, natychmiast przywiodła mi na myśl wspomniane Shingeki no Kyojin. Oto bowiem ponownie mamy do czynienia ze światem podzielonym na dwie części – jedna z nich zajmowana przez ludzi, druga przez żądne ludzkiego mięsa potwory. Raz jeszcze spotykamy się również z bohaterem, w którego osobie oba te światy się łączą – zwyczajny z pozoru człowiek zostaje obdarzony cząstką natury potwora. Czy ktoś taki będzie w stanie zmienić funkcjonowanie świata? Czy pomoże ludziom w zrozumieniu natury potworów? I czy faktycznie owe potwory zasługują na bezwzględne potępienie?

Niszcząc być może mniej lub bardziej skutecznie budowane we wstępie napięcie, zdradzę od razu, że na większość z tych pytań nie znajdziemy w serii odpowiedzi. Dlaczego? Z tych samych powodów, dla których historię tę, charakteryzującą się niemałym potencjałem, oceniłam stosunkowo nisko. Nim jednak przejdę do części krytycznej, przyjrzyjmy się bliżej światu przedstawionemu Tokyo Ghoul i funkcjonującym w jego obrębie postaciom.

Tokio zamieszkiwane przez bohaterów tej historii pozornie nie bardzo różni się od tego rzeczywistego – tak naprawdę jednak jest miastem podzielonym przez naturę jego mieszkańców. Obok zwyczajnych ludzi żyją tu nieodbiegające od nich wyglądem ghule, różne o tyle, że jedynym pokarmem, jaki są w stanie przyswajać i czerpać z niego wartości odżywcze, jest ludzkie mięso. Ken Kaneki, główny bohater tej opowieści, jak każdy inny mieszkaniec Tokio wie o istnieniu ghuli, jest jednak przekonany, że niewiele mają one wspólnego z nim i jego życiem. Już w pierwszym odcinku przyjdzie mu zweryfikować te naiwne poglądy, a stanie się to, gdy umówi się na randkę z dziewczyną, która od dawna przyciąga jego uwagę, a którą dotychczas znał jedynie z widzenia.

Jak łatwo się domyślić, szybko okazuje się, że piękna i tajemnicza Rize jest ghulem – i to nie pierwszym lepszym z brzegu, a wyjątkowo potężną istotą siejącą postrach w całej 20. dzielnicy, w której rozgrywa się akcja Tokyo Ghoul. Gdy jednak Rize próbuje zrobić z naszego bohatera swój wieczorny posiłek, obydwoje ulegają groźnemu wypadkowi, w wyniku którego kobieta umiera, a Kaneki trafia na stół operacyjny. Podczas ratującego życie zabiegu chłopakowi przeszczepione zostają organy Rize, a gdy się budzi… tak, to było łatwe do przewidzenia – nie jest już człowiekiem. Wraz z narządami ghula, Kaneki przejmuje naturę potwora z całym dobrodziejstwem inwentarza, a zatem niepohamowanym apetytem na ludzkie mięso i absolutnym wstrętem do potraw, które dotychczas stanowiły podstawę jego codziennej diety. Problem polega na tym, że mimo cech biologicznych ghula, Kaneki mentalnie wciąż jest człowiekiem i nie jest w stanie przemóc się, by dokonać czegoś, co w jego odczuciu jest aktem kanibalizmu. A przecież wiadomo, że nawet najsilniejsi nie przetrwają długo bez jedzenia…

Co jeszcze zmienia się w życiu pechowego chłopaka? Bardzo szybko przekonuje się, że w jego z pozoru zwyczajnym otoczeniu aż roi się od ghuli. Wystarczy spojrzeć na ulubioną kawiarnię – nie tylko właściciel i pracownicy uroczego Anteiku są ghulami. Również większość klientów to ghule traktujące kawiarnię jako miejsce wymiany informacji dla istot z ich rasy. Szczęśliwie dla Kanekiego, szef Anteiku, Yoshimura, decyduje się wziąć chłopaka pod swoje skrzydła i nauczyć go prowadzić życie ghula idealnie wtopionego w społeczeństwo ludzkie – co więcej, zapewnia mu też dostęp do jedzenia uzyskanego w… nazwijmy to, humanitarny sposób.

Sielanka nie trwa jednak długo. Choć większość ludzi boi się ghuli, są też tacy, którzy z nimi walczą, czy – wypadałoby powiedzieć – na nie polują. Należą do nich inspektorzy specjalnych oddziałów policji. Dużym zagrożeniem dla Kanekiego staną się też przedstawiciele jego gatunku. Pierwszym z nich będzie Shuu Tsukiyama, szerzej znany jako „Smakosz” – ghul, który nie ogranicza się do spożywania wyłącznie ludzkiego mięsa. To dzięki jego specyficznym upodobaniom szybko dowiemy się, że Kaneki, będący pół­‑ghulem, znacznie różni się od swoich pobratymców. A jak powszechnie wiadomo, kto się za bardzo wyróżnia, szybko może się wpakować w niemałe tarapaty…

Fabuła Tokyo Ghoul zagęszcza się w tempie błyskawicznym, a w obręb świata przedstawionego zostaje wprowadzone całe mnóstwo postaci. Dla takiej serii to niby dobrze, w praktyce jednak nie wychodzi to tak, jak powinno. Największy problem z rzeczonymi bohaterami polega na tym, że jest ich zbyt wielu – zwłaszcza pod koniec serii właściwie w każdym odcinku pojawia się kilka nowych postaci. W efekcie brakuje czasu na dokładne przedstawienie charakterów, motywacji i dążeń nawet istotniejszych bohaterów – a przecież bez tego trudno stworzyć dobry dramat, do którego to miana aspiruje Tokyo Ghoul.

Pierwszym i jednym z kluczowych problemów tej historii jest jej protagonista. Kaneki to oczywiście „bohater taki jak ty”, niczym niewyróżniający się chłopak, który wpada w wir przerastających go intryg i konfliktów. Mimo iż wielokrotnie podkreśla się, jak wyjątkowy staje się z powodu swojej przemiany i jak wiele dzięki niemu może się zmienić w relacjach ludzi i ghuli, to ostatecznie rozczarowuje biernością i bezradnością. Teoretycznie na koniec serii znajdujemy uzasadnienie dla tych cech, prawda jest jednak taka, że niełatwo znosić widok tak pasywnej postaci przez cały czas na siłę umieszczanej w centrum wydarzeń. Z innymi osobami tego wątpliwej jakości dramatu nie jest lepiej. Pracująca w kawiarni Anteiku Touka to irytująca tsundere, która nieustannie znęca się nad Kanekim, dodatkowo podkreślając jego brak kręgosłupa. Hinami i Ryouko, zaprzyjaźnione klientki Anteiku, które stają się bohaterkami jednego z wątków serii, irytują swoją nijakością. Poza nimi dostajemy szerokie spektrum różnego kalibru wariatów i dziwadeł, na czele ze wspomnianym już Tsukiyamą, inspektorem Mado, czy pojawiającymi się w późniejszych odcinkach ghulami Yamorim i Nico. Osobno każda z tych postaci być może miałaby szansę na swój sposób zafascynować ekscentryczną naturą, ale nagromadzenie tylu indywidualności w tak krótkiej serii powoduje jedynie chaos i spłyca ich charaktery, sprowadzając je do nieuzasadnionego szaleństwa.

Oglądając Tokyo Ghoul, byłam oczywiście świadoma, że jest to adaptacja mangi o tym samym tytule, celowo jednak postanowiłam nie zapoznawać się z nią w trakcie seansu, tak by anime oceniać nie w kategoriach wierności pierwowzorowi, ale jako niezależną produkcję. Przyznam jednak, że wielokrotnie miałam ochotę sięgnąć do wersji papierowej – wszystko to z powodu często towarzyszącego mi podczas oglądania poczucia zagubienia w toku wydarzeń. Po zakończeniu serii czym prędzej złapałam mangę i wreszcie pojęłam, z czego wynikała moja dezorientacja.

Fabuła animowanej wersji Tokyo Ghoul to zlepek wątków, które zamiast tworzyć logiczny i spójny ciąg wydarzeń, rwą się i przenikają w sposób chaotyczny i nieuzasadniony. Co dziwne, jeśli zestawimy ją z mangą, okaże się, że tam poszczególne etapy opowieści są uporządkowane i w bardzo przystępnej formie umożliwiają czytelnikowi zapoznanie się ze specyfiką świata przedstawionego. Z jakiegoś powodu, w adaptacji zdecydowano się na wymieszanie kolejności wątków, sprawiając, że fabuła w ostatecznym swym kształcie, nawet dla osoby nieznającej pierwowzoru, wydaje się mieć zaburzony rytm. Co więcej, w znaczny sposób ograniczono pewne, niekiedy wręcz elementarne, objaśnienia dotyczące konstrukcji uniwersum, w którym rozgrywa się akcja, a także rządzących nim praw. Oczywiście należy brać pod uwagę, że dwunastoodcinkowe Tokyo Ghoul to zaledwie pierwsza połowa całej historii. Seria ta padła ofiarą podobnego zabiegu, co emitowane w tym samym czasie Aldnoah.Zero – została rozbita na dwie ściśle połączone ze sobą części, które dopiero po złożeniu stanowią pełną opowieść. W związku z powyższym być może należałoby się wstrzymać z recenzowaniem dotychczasowych odcinków – z drugiej jednak strony, twórcy serii, dostarczając do rąk widza tego typu produkt i każąc mu czekać pół roku na jego kontynuację, muszą liczyć się z tym, że zostanie on oceniony za to, czym jest w swej cząstkowej formie.

W świetle tych faktów trudno też jednoznacznie podsumować zakończenie serii – w takim przypadku finał pierwszej części z założenia finałem nie jest, stąd nie ma sensu oceniać go negatywnie z powodu braku rozwiązania i podsumowania wcześniej zawiązanych wątków. Nie zmienia to jednak faktu, że finał tak drastycznie urwany – rzecz jasna w najbardziej szokującym momencie – może zirytować widzów. O dziwo jednak, osobiście uważam ostatni odcinek pierwszego sezonu Tokyo Ghoul za najlepszy ze wszystkich. Zdaję sobie sprawę, że w tej opinii mogę być osamotniona, niemniej przyznaję, że spodobała mi się forma wspomnianego epizodu. Nie zdradzając szczegółów, nadmienię tylko, że skonstruowany on został w sposób przywodzący odległe skojarzenie z dwoma finałowymi odcinkami legendarnego Neon Genesis Evangelion. Podobnie jak tam, tak i w omawianym tytule akcja ostatniego odcinka przenosi punkt ciężkości z wydarzeń w świecie realnym na sferę podświadomości głównego bohatera. Jest to zabieg o tyle pożądany, że wreszcie, po jedenastu odcinkach obserwowania bezradności i bierności Kanekiego, widz ma szansę poznać całkiem sensowne uzasadnienie takiego właśnie ukształtowania postaci. Umożliwia to – choć rzecz jasna nie gwarantuje – poprawę oceny bohatera jako takiego.

Lepiej niż z zawartością jest z formą Tokyo Ghoul. Wygląd postaci jest estetyczny i zróżnicowany, z pomysłem zaprojektowane zostały kagune, będące zewnętrznymi organami ghuli służącymi im do walki, tła i scenerie spowite są w ciemnych, klimatycznych kolorach, które bardzo dobrze podkreślają mroczny (w założeniu) charakter serii. Animacja stoi na całkiem przyzwoitym poziomie – choć z oddalenia postaci nie zawsze poruszają się płynnie, to widać, że przyłożono się chociażby do scen walk. Wszystko pięknie, ładnie, ale nie obyło się bez haczyka… Tak, w tym właśnie momencie dochodzimy do drażliwego tematu cenzury. Przed przystąpieniem do seansu warto wiedzieć, że przybiera tu ona formy czasem wręcz groteskowe. Jaki jest sens tak ostro cenzurować serię z założenia przeznaczoną dla widzów prawie dorosłych (+17), poza oczywistym, a mianowicie próbą zachęcenia ich do zakupu wydania DVD, już owej cenzury pozbawionego? W wyniku wyszukanych zabiegów mających na celu ukrycie przed nami co brutalniejszych momentów, na ekranie podziwiać możemy szerokie spektrum przyciemnień i znienacka wkradających się czarnych plam. Największą inwencją popisali się graficy w kilku szczególnie krwawych scenach, których przysłonięcie wymagałoby od nich wyciemnienia całego ekranu – zamiast tego zdecydowali się na zastosowanie fluorescencyjnej palety kolorów, która imitując efekt negatywu fotograficznego, uniemożliwia dopatrzenie się jakichkolwiek szczegółów na zmodyfikowanym obrazie… Miała być krew, miała być przemoc, miało być gore, a wyszło coś… na poły śmiesznego, na poły irytującego.

Szczęśliwie przynajmniej muzyka nie budzi większych zastrzeżeń i w pełni pasuje do klimatu serii. Uwagę zwracają opening i ending. Utwór wykorzystany w czołówce, unravel w wykonaniu jednego z członków zespołu Rin Toshite Shigure, zapada w pamięć przede wszystkim ze względu na przejmujący wokal i ciekawy tekst – jeśli dołożymy do tego pomysłowy, bardzo starannie wykonany klip, otrzymamy wysokiej jakości opening, prawdę powiedziawszy za dobry, jak na tak przeciętną serię, jaką jest Tokyo Ghoul. Świetnie prezentuje się też ending – utwór The Saints w wykonaniu grupy People in the Box, przyozdobiony pięknymi rysunkami poszczególnych bohaterów serii. Ścieżka dźwiękowa została przygotowana przez Yutakę Yamadę, młodego kompozytora, dla którego praca nad Tokyo Ghoul była pierwszym zetknięciem ze światem anime. Myślę, że z powierzonego mu zadania wywiązał się świetnie – podczas słuchania soundtracku, niekiedy nachodziły mnie skojarzenia ze ścieżką dźwiękową wspomnianego już Shingeki no Kyojin. Nie posunęłabym się na pewno na tyle daleko, by stwierdzać tu jakieś bezpośrednie inspiracje – niemniej, biorąc pod uwagę, że obie serie należą do tych samych kręgów gatunkowych, podobieństwa w brzmieniu nie dziwią.

Tokyo Ghoul mogło być serią dobrą. Wystarczyło w wierny i rzetelny sposób zaadaptować materiał mangowy. Wszelkie dokonane na nim zmiany i poprawki wprowadziły chaos fabularny, poza tym o istotne elementy zubożyły konstrukcję tak całego świata przedstawionego, jak i poszczególnych postaci. Nie znaczy to oczywiście, że seria nie znajdzie swoich zwolenników. Olbrzymia ilość cenzury uniemożliwi być może czerpanie radości z seansu zagorzałym fanom gatunku, którzy sięgną po tytuł, oczekując dobrego horroru. Tokyo Ghoul nie jest dobrym horrorem – i mówię to z punktu widzenia osoby, która za horrorami nie przepada, bo zwyczajnie się ich boi. Tutaj ani przez chwilę nie poczułam dreszczyku lęku, tym bardziej więc nie poczują go znawcy gatunku. Niemniej sam pomysł nie jest zły i istnieje jeszcze cień szansy, że w połączeniu z drugim sezonem, całość nabierze większego sensu. Z nudów i dla niezobowiązującej rozrywki można zapoznać się z animowaną wersją Tokyo Ghoul, zdecydowanie bardziej jednak polecam sięgnąć po mangę, która mimo brzydszej kreski o wiele lepiej opowiada całą historię.

Lin, 19 lutego 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Studio Pierrot
Autor: Sui Ishida
Projekt: Kazuhiro Miwa
Reżyser: Shuuhei Morita
Scenariusz: Chuuji Mikasano
Muzyka: Yutaka Yamada

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Tokyo Ghoul - wrażenia z pierwszego odcinka Nieoficjalny pl