Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 5/10 grafika: 7/10
fabuła: 7/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 7 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,43

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 99
Średnia: 7,46
σ=1,83

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Easnadh)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Hybrid Child

Rodzaj produkcji: seria OAV
Rok wydania: 2014
Czas trwania: 4×25 min
Tytuły alternatywne:
  • ハイブリッド チャイルド
Tytuły powiązane:
Gatunki: Dramat, Romans
Widownia: Shoujo; Postaci: Androidy/cyborgi, Dzieci, Samuraje/ninja; Rating: Nagość; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Przeszłość; Inne: Shounen-ai/yaoi
zrzutka

Myśleliście, że na podstawie mang autorki Junjou Romantica da się zrobić tylko głupiutkie romantyczne komedyjki? To źle myśleliście.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Gwiazdka

Recenzja / Opis

Wiesz, w każdej minucie
Moje serce krzyczy „Żyję!” siedemdziesiąt razy
Ale kiedy jestem przy tobie, odrobinę przyspiesza
I krzyczy „Kocham cię!” sto dziesięć razy
1

Tytułowe Hybrid Child to stworzone przez człowieka ni to lalki, ni to roboty, niezwykle popularne wśród męskich przedstawicieli bogatszej warstwy społeczeństwa. Początkowo wyglądają zawsze jak piękne dzieci, a ich wzrost i rozwój uzależniony jest wyłącznie od ilości uczucia, jakim obdarzy je właściciel. Są niczym blok plasteliny, który ich pan i władca może uformować dowolnie według własnej woli. Czyżby jedno z bardziej perwersyjnych i szowinistycznych marzeń człowieka, do którego rzadko kto miałby odwagę się przyznać, doczekało się w końcu spełnienia i było całkowicie legalne? Na pewno – w jakimś innym tytule. Ale nie tu. Anime Hybrid Child tego nie pokazuje (choć mimochodem o tym wspomina). Zamiast w hardcore yaoi, autorka mangi, a za nią twórcy serii OAV, postanowili pójść usłaną płatkami wiśni ścieżką romantycznego shounen­‑ai, nieco banalnego i schematycznego, ale jednocześnie wzruszającego.

Anime jest wyjątkowo wierną adaptacją mangi i składa się z trzech historii dziejących się w epoce Meiji, z tą tylko różnicą, że realia zostały wzbogacone o jeden fantastyczny twór – istnienie Hybrid Child właśnie. I chociaż opowieści te są ze sobą niejako powiązane, to każda z nich tworzy osobną całość, więc jako takie pozwolę sobie je omówić. Acz mam dziwne przeczucie, że trzykrotne streszczenie i ocenienie fabuły, której zawiązanie, rozwinięcie i zakończenie mieści się w czasie około dwudziestu minut, oraz oszacowanie wartości postaci, które nawet nie zdążyły się godnie zaprezentować, a co dopiero ewoluować czy nabrać głębi, łatwe, przyjemne i bezproblemowe nie będzie. Bez wyzwań, nawet malutkich, życie byłoby jednak nudne, czyż nie?

Kotarou i Hazuki

Pierwszy odcinek przedstawia relację pomiędzy Kotarou, spadkobiercą znamienitego rodu Izumi, oraz jego niegdyś znalezionym na śmietniku i przygarniętym Hybrid Child, Hazukim. Młody panicz jest wrzaskliwy i leniwy, więc któregoś dnia Hazukiemu, pełniącemu rolę pokojowca i nauczyciela, pęka żyłka. Dosłownie – coś się w nim psuje, jest on w końcu tworem sztucznym, tak więc Kotarou postanawia szukać pomocy u twórcy Hybrid Child, Kurody. Fabuła tego odcinka opiera się na zgrabnie przedstawionym całkiem słusznym przekonaniu, że jedyną rzeczą niepozwalającą pogrążyć się w ostatecznej rozpaczy jest nadzieja, a ona, jak wiadomo, umiera ostatnia. Być może właśnie dlatego (i dzięki końcówce, która jest przedstawiona w bardzo prosty sposób, bez patetycznych przemów i komentarzy, ale momentalnie chwyta za serce) historia ta wzbudziła we mnie chyba największe emocje i jest moją ulubioną. Niestety, dobrą, wzruszającą fabułę kaleczą nieco postaci. Przepraszam, skłamałam – jedna postać. Już od pierwszej minuty miałam ochotę zamordować jednego z głównych bohaterów. Zwyczajnie nie znoszę sposobu, w jaki Shungiku Nakamura kreuje w swoich mangach uke. Z następującego pakietu stałych przymiotów: „rozpieszczony”, „wrzaskliwy”, „tsundere”, „dziecinny”, „impulsywny” oraz „szkoda mi czasu na przemyślenie sprawy, zanim coś zrobię” wybiera ona zawsze dwie lub trzy cechy i tadam!, Otrzymujemy wyjątkowo irytującą istotę, którą w nocy wolałabym raczej udusić poduszką niż zapoznawać z tajemnicami cielesnych rozkoszy. Anime pod tym względem nie pomaga – w końcu manga jest niema, zaś w serii OAV widz dobijany jest bezlitośnie kaleczącymi uszy kwestiami wywrzeszczanymi łamiącym się głosikiem chłopca podczas mutacji. Nic nie mogłam poradzić, że nawet wtedy, gdy wypowiedzi Kotarou zmieniły się z irytujących samolubnych żądań we wzruszające wyznania – moją jedyną reakcją ciągle było: „Milcz!”. Sytuację ratuje trochę postać Hazukiego, dość typowo dla gatunku, jakim jest yaoi, zbudowanego na zasadzie kontrastu –spokojną, opanowaną i nieco melancholijną obecnością koił zszargane nerwy niżej podpisanej recenzentki. Dodatkowym plusem jest jego seiyuu – Daisuke Hirakawa (Rei z Free!) świetnie sprawdza się w rolach momentami nieco nieporadnych uczuciowo i lekko sfrustrowanych stoików.

Seya i Yuzu

Drugi odcinek poświęcony jest Yuzu, Hybrid Child, którego głównym i największym zmartwieniem jest to, że nie może urosnąć. Czyżby jego właściciel, Ichi Seya, mężczyzna na co dzień pogodny, ale najwyraźniej zmagający się z jakimiś cieniami z przeszłości, tak naprawdę nic do niego nie czuł? Albo, co gorsza, nienawidził go? Odcinek ten wzbudził we mnie rozczarowanie i niesmak – niebezpiecznie ociera się bowiem o shotacon (chociaż starano się przedstawić to w sposób żartobliwy – cóż, na mnie niekoniecznie podziałało). Nigdy nie potrafiłam dobrze szacować wieku ludzi na podstawie wyglądu, ale Yuzu to zdecydowanie jeszcze dziecko – wygląda maksymalnie na dwunasto- bądź trzynastolatka. Podkładający pod niego głos Tsubasa Yonaga (Nagisa z Free!, Izumi z Love Stage!!) dodatkowo dopełnia obrazu. Ichi Seya to zaś typ postaci, do której zwyczajnie mam słabość (choć jego charakter prezentuje się pełniej po obejrzeniu kolejnych dwóch odcinków, pomimo że jego rola tam jest drugoplanowa). Zawsze lekko uśmiechnięty, łagodny, z pozoru lekkoduch, acz emanujący aurą naturalnej godności – dlatego mam żal za zepsucie akurat tego bohatera (tak jakby nie wystarczyło, że właściwie żadna z postaci w anime nie ma szans na pełne zaprezentowanie siebie, pozostając na etapie szkicu obdarzonego kilkoma cechami) jego relacją z wyglądającym na nieletniego wychowankiem.

Oprócz tego tym razem nie udało się wystarczająco zgrabnie wcisnąć najwidoczniej niezbędnej dla twórców odpowiedniej porcji dramatu – niespójności wyłażą przez mniejsze bądź większe dziury fabularne, a sens rozpada się pod najlżejszym dotykiem logiki. Seyę coś bardzo dręczy – ale wiemy to tylko dlatego, że widz został o tym poinformowany przez jedną z postaci. W moim własnym odczuciu sceny z siedzącym samotnie w nocnym ogrodzie bohaterem, w zamierzeniu przytłaczające i pełne mrocznych metafor i znaczenia, nie niosły wystarczającego ładunku emocjonalnego, dlatego też wyszły trochę… tekturowo. Wpływ na wrażenie sztuczności wątku romantycznego mógł też mieć absolutny brak „chemii” pomiędzy bohaterami – uczucie Yuzu nazwałabym raczej dziecięcym uwielbieniem, być może nawet można je postrzegać jako wbudowaną w Hybrid Child funkcję przywiązania do właściciela, zaś Seya jest zbyt zamknięty w sobie i zdystansowany, żeby odważyć się okazać jakiekolwiek głębsze uczucia w ogóle. Summa summarum, ta część wydaje mi się najsłabsza – nie dość, że sama w sobie jest „taka se”, to jeszcze wypada zwyczajnie blado w porównaniu do pozostałych.

Kuroda i Tsukishima

Odcinki trzeci i czwarty opowiadają historię Kurody oraz przedstawiają genezę powstania Hybrid Child. Cofamy się o kilka(naście?) lat i poznajemy Tsukishimę, z którym, pomimo różnic w statusie społecznym, Kuroda i Seya tworzą trójkę przyjaciół z dzieciństwa. Po prawdzie bardziej polega to na tym, że Kuroda i Tsukishima nieustannie drą koty, a Seya pełni rolę obserwatora bądź swoistego „bufora” łagodzącego kłótnie – ale znając twórczość Shingiku Nakamury, uwielbiającej schemat „kto się czubi, ten się lubi”, od razu w ciemno możemy wskazać, kto w tym trójkącie poczuje do siebie coś więcej. Tym niemniej… Japonia stoi właśnie u progu poważnych zmian, nie czas na beztroskę, lecz na opowiedzenie się po którejś ze stron, na czyny i poniesienie konsekwencji tych czynów. Widz wie, że Kurody i Tsukishimy nie czeka happy end – w odcinku pierwszym widzieliśmy przecież Kurodę siedzącego samotnie w swoim warsztacie, zgorzkniałego i burkliwego. Ta wiedza przytłacza, ale jednocześnie sprawia, że cała historia staje się jeszcze smutniejsza, z niepokojem śledzimy losy bohaterów, zastanawiając się co, jak i dlaczego, i czujemy pewien dyskomfort, patrząc na ich niefrasobliwe przekomarzania się. Twórcy litościwie skrócili czas psychicznej udręki do minimum – chociaż ta część serii OAV zajmuje najwięcej czasu antenowego, jest ona przedstawiona dość fragmentarycznie. Widzimy tylko kluczowe momenty z życia bohaterów, a pomiędzy nimi pojawiają się przeskoki czasowe, pustka – którą musimy sami zapełnić domysłami, wiedzą mniej lub bardziej historyczną i wyobraźnią. Nie do końca podoba mi się taki zabieg – ale twórcy anime woleli pozostać wiernymi oryginałowi niż dodawać coś od siebie i mimo wszystko chwała im za to, bo mogliby popsuć klimat historii. Duże brawa za współtworzenie go należą się seiyuu – łagodna narracja Yoshitsugu Matsuoki na początku (która, niestety, zbyt szybko przechodzi w typowy ton wrzaskliwego uke) i przejmujący płacz Yuukiego Ono na końcu tworzą perfekcyjną ramę kompozycyjną.

Odpowiedzialne za stworzenie anime Studio DEEN może być gwarancją całkiem wysokiego poziomu grafiki (chociaż zdarzają mu się potężne wpadki, Meganebu! powstało chyba po pijanemu), zresztą wszystkie adaptacje mang Shungiku Nakamury prezentują się całkiem nieźle. Moim zdaniem Hybrid Child jest wyjątkowo udanym tego przykładem. Nie znoszę kanciastego i nieco krzywego stylu rysowania mangaczki, dla której prawidłowe proporcje ludzkiego ciała są często dość marginalną sprawą (ach, te nienaturalnie wydłużone sylwetki, a przede wszystkim te nieszczęsne, nieszczęsne przerośnięte dłonie!). W anime nieco wygładzono kontury postaci, przez co bohaterowie wyglądają zwyczajnie ładniej, chociaż nic nie można było poradzić na to, że Nakamura ma w zwyczaju tworzyć klony. Czy też raczej przerzucać tę samą postać do kolejnego tytułu, nadając jej inne imię. No bo spójrzmy prawdzie w oczy: Hazuki wygląda prawie jak Usami­‑sensei, w wyglądzie Kotarou i Misakiego widzę naprawdę niewiele różnic, Tsukishima to kalka Onodery, a Kuroda jest podobny do Takafumiego nie tylko z wyglądu, ale nawet z charakteru. Ogólnie grafika jest jednak zdecydowaną zaletą tego tytułu, kolorystyka jest przyjemna dla oka, tła zostały wykonane starannie, wrażenie robią zwłaszcza krajobrazy zawierające dużo zieleni bądź przedstawiające malownicze jak zawsze kwitnące drzewa wiśni, nie zabraknie też wielu scenek z charakterystycznymi dla pierwowzoru i bardzo pociesznymi postaciami w wersji super deformed. Tylko czasami jest trochę biednie – w scenie, w której mamy okazję zobaczyć bawiących się z kolegami głównych bohaterów, nikomu nawet nie chciało się wysilać i owi nieważni dla fabuły koledzy (sztuk tylko trzy) są narysowani tak schematycznie, jak tylko się da. Podobnie raził mnie zabieg wycięcia z kadru popiersi postaci i wklejenia ich na kolorowe tło pokryte jakimś wzorkiem – cóż za amatorszczyzna! Już nawet wycięcie głów wzdłuż konturów wyglądałoby lepiej.

Seria OAV nie ma openingu, ale każdy odcinek zamykany jest bardzo klimatyczną piosenką syncretism wykonywaną przez Annabel. Jej kobiecy, delikatny, ale też odrobinę dramatyczny głos nie tylko dobrze wkomponowuje się w klimat całego anime, ale też ożywia solidnie wykonaną, pasującą do przedstawionych na ekranie wydarzeń, choć klasyczną i raczej niczym niewyróżniającą się ścieżkę dźwiękową.

Długość przedstawionych historii może być argumentem zarówno za, jak i przeciw: od początku wiedziałam, że nie mogę liczyć na rozwój postaci czy skomplikowaną i wielowarstwową fabułę, ale też dzięki temu nie miałam czasu zirytować się (co jest już u mnie chyba tradycją w przypadku adaptacji dzieł Shungiku Nakamury) niedojrzałością i niezdecydowaniem niektórych bohaterów, nadmiernym owijaniem w bawełnę, chodzeniem zygzakami w sytuacjach, gdzie można przejść od razu do sedna, uciekaniem i fochaniem się. Żadna z przedstawionych w Hybrid Child historii specjalnie odkrywcza i oryginalna nie jest (na dodatek są trochę nierówne fabularnie, co utrudnia ocenę, no ale to już moje recenzenckie zmartwienie, zwykłemu widzowi nie powinno to aż tak bardzo przeszkadzać), a jednak ogląda się je całkiem przyjemnie, a w dodatku potrafią one autentycznie wzruszyć. Tak więc dla wielbicielek relacji męsko­‑męskich obejrzenie tej serii OAV zdecydowanie nie będzie stratą czasu, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jaka posucha bądź marny gust w przypadku wyboru tytułów do zekranizowania panuje w przypadku anime spod znaku Boys Love.

Zanim nadejdzie dzień, w którym zniknę
Zastanawiam się, ile razy jeszcze uda mi się powiedzieć „Kocham cię”?

  1. Jako motta do recenzji pozwoliłam sobie użyć fragmentu vocaloidowej piosenki Shinpakusuu #0822 (tłumaczenie własne), bo mi pasowało, a co! Seans Hybrid Child pozostawił wrażenie, że mamy w naszym krótkim życiu tak strasznie mało czasu, żeby kochać i okazywać drugiej osobie radość z możliwości przebywania z nią.
Easnadh, 28 marca 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Studio DEEN
Autor: Shungiku Nakamura
Projekt: Takahiro Kishida
Reżyser: Michio Fukuda
Scenariusz: Aki Itami
Muzyka: Hijiri Anze