Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Tsuru Japan Festival 2017

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 8/10 grafika: 6/10
fabuła: 7/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 10 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,40

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 292
Średnia: 7,94
σ=1,46

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kami-sama Hajimemashita 2

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2015
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • 神様はじめました◎
Gatunki: Komedia, Romans
Widownia: Shoujo; Postaci: Uczniowie/studenci, Youkai; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Magia
zrzutka

Czy da się pogodzić pracę i miłość? Nie jest to łatwe, zwłaszcza jeśli jest się lokalnym bóstwem zakochanym w demonicznym słudze. Przed Wami ciąg dalszy przygód Nanami i Tomoe oraz ich niezwykłych przyjaciół.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Nanami wreszcie nieco przywykła do obowiązków bóstwa, co więcej, zaczyna je traktować bardzo poważnie – nie może się pochwalić żadną efektowną mocą, dlatego postanawia ćwiczyć to, co w miarę jej wychodzi, czyli wypisywanie papierowych talizmanów. Nawet nie zdaje sobie sprawy, jak przydatna okaże się wkrótce ta umiejętność. Dziewczynie składa wizytę Otohiko i zaprasza ją na coroczne spotkanie bóstw w Izumo, ale że Nanami jest człowiekiem, najpierw musi udowodnić, że zasłużyła na ten zaszczyt. Otrzymuje od niego jajko, z którego ma się wykluć shikigami, naturalnie pod warunkiem, że bohaterka będzie o nie dbała. Co może pójść nie tak?

Druga seria Kami­‑sama Hajimemashita kontynuuje historię rozpoczętą w poprzedniej części i robi to bez zbędnych wprowadzeń i retrospekcji. Scenarzyści nie marnują czasu, tylko od razu przechodzą do rzeczy istotnych, a tych nie brakuje. Po pierwsze, Nanami wreszcie ma okazję udowodnić, że mimo bycia człowiekiem, doskonale radzi sobie jako lokalne bóstwo. Oczywiście nie zawsze sprawy idą po jej myśli, ale w ostatecznym rozrachunku wszystko dobrze się kończy i Nanami osiąga upragniony cel. Po drugie, dowiadujemy się wielu interesujących faktów z przeszłości Tomoe, które w pierwszym sezonie zostały jedynie zasygnalizowane. Pojawia się także teoretyczny antagonista, kiedyś blisko związany z naszym srebrnowłosym youkai i niemogący się nadziwić, że postrach innych demonów, a nawet bóstw, obecnie jest sługą jakiejś dziewczynki. Po trzecie, znacznie więcej czasu antenowego otrzymuje Kurama, jak się okazuje, nie taki zwyczajny tengu. I po czwarte, twórcy nie zapominają o przeszłości Nanami, która ma spory wpływ na jej podejście do życia.

Anime można podzielić na dwie części – pierwsza opowiada o spotkaniu Nanami z innymi bóstwami w Izumo (chyba nikt nie ma wątpliwości, że w końcu tam trafi), zaś druga to historia rodu Kuramy, całkowicie poświęcona kłopotom trapiącym jego braci tengu. Warto też wspomnieć o wątku pobocznym, wypływającym co jakiś czas i traktującym o przyszywanym braciszku Tomoe, okrutnym demonie, Akura­‑ou. Chwilowo mroczny youkai jest odrobinę niedysponowany, jego ciało spoczywa gdzieś w zaświatach, podczas gdy dusza musi korzystać z ciała zwykłego nastolatka, Kirihito. Naturalnie teoretyczny antagonista zrobi wszystko, by odzyskać dawne ciało, ale łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Wspomniany wątek poniekąd zaburza kompozycję anime, gdyż praktycznie od razu wiadomo, że to tak naprawdę najważniejsza część opowieści, ale że nijak nie dało się go upchnąć w dwunastoodcinkowej serii, pęta się w tle, generując kolejne pytania. Na szczęście fabuła jest tak interesująca, że widz zapomina o nieszczęsnym Kirihito i skupia się na przygodach Nanami i Tomoe.

Zarówno spotkanie w Izumo, jak i wizyta w siedzibie tengu przypadły mi do gustu, ale gdybym miała wskazać zwycięzcę, byłaby to druga historia. Szczerze mówiąc, nie byłam przekonana do drugiego sezonu Kami­‑sama Hajimemashita; nie czytam mangi, ale obiło mi się o uszy, że im dalej, tym mroczniej i dramatyczniej. Tymczasem autorka udowadnia, że i owszem, odrobinę zmienia klimat, ale robi to niezwykle umiejętnie. Bywa bardziej ponuro, miejscami smutno, ale mangaczka wie, kiedy należy się czytelnikowi/widzowi, a także bohaterom chwila oddechu. Istotny jest także fakt, że nie rzuca nikomu kłód pod nogi tylko dla urozmaicenia fabuły. Poza tym, niezależnie od tego, jak źle wygląda sytuacja, ostatecznie wszyscy wychodzą z opresji obronną ręką.

Chociaż intensywność i liczebność przygód wzrasta w drugiej części, nadal mamy do czynienia z różowym, puchatym romansem, o czym autorka, a za nią scenarzyści, nie dają nam zapomnieć. To już nie jest zabawa w podchody, zwłaszcza że Nanami jasno określiła swoje uczucia już w poprzedniej serii, a i Tomoe stał się bardziej świadomy tego, co czuje. Lukrowany happy end? Nie, przynajmniej na razie. Nie dlatego, że ktoś piętrzy przed bohaterami romantyczne problemy, ale z powodu charakteru samego związku. Jakby nie patrzeć, Nanami jest bóstwem i przede wszystkim człowiekiem, podczas gdy Tomoe to jej sługa i długowieczny youkai – trudno myśleć o poważnym związku, kiedy ma się świadomość, jak krótki on będzie dla jednej ze stron. Poza tym, pozostaje jeszcze kwestia przeszłości demona i tego, czy aby na pewno jego serce jest już wolne i gotowe na nową miłość. Przy czym, to nie jest tak, że nagle ktoś robi się oziębły, cofa swoje słowa i udaje, że nic się nie stało. Między Nanami a Tomoe nadal iskrzy aż miło, widać, że są sobie coraz bliżsi, potrafią o tym nawet rozmawiać, tylko że zaczynają też dostrzegać drugą stronę medalu. Ale żeby nie było, że zniechęcam – anime aż kipi od emocji, pod tym względem otrzymujemy znacznie więcej „mięska” niż w pierwszym sezonie, tyle że znowu brak konkluzji, bo na to jest niestety za wcześnie.

Jednak nie tylko związkiem Nanami i Tomoe anime stoi, zwłaszcza że w drugiej części czeka na nas pęczek nowych, ciekawych postaci. Po pierwsze, stadko szalenie ekscentrycznych i sympatycznych bogów i bóstw, z przywódcą całej ferajny na czele, czyli Ookuninushim. Chociaż na początku niebiańska gwardia wydaje się zadzierać nosa i nie traktuje Nanami poważnie, szybko okazuje się, że to tylko pozory. Tak jak ludzie, mają oni swoje słabości, wady i zalety, lubią się bawić i często zaniedbują obowiązki, tudzież spychają je na innych. Dzięki szczerości i pracowitości, bohaterka szybko zaskarbia sobie ich szacunek i przychylność, przy okazji udowadniając, że ma wszelkie predyspozycje do bycia lokalnym bóstwem. Nieco inaczej ma się sprawa tengu, żyjących w odosobnieniu, z daleka od ludzi, a już zwłaszcza kobiet. Skrzydlata społeczność jest silnie zhierarchizowana i podporządkowana surowym zasadom. Sprawność i siła wydają się być najważniejszą cechą prawdziwego tengu, ale czy te dwie rzeczy faktycznie decydują o tym, kto jest jednostką wartościową? Cóż, zdaniem niejakiego Jirou, prawdopodobnego następcy obecnego przywódcy youkai, tak jest w istocie. Jirou nie ma litości dla słabych i wrażliwych, zasady wbija do głów przemocą, wychodząc z założenia, że osoby niezdolne do samodzielnej egzystencji nie mają prawa żyć.

Mam z tą postacią ogromny problem, bo chociaż polubiłam krewkiego tengu, jego wątek strasznie mi zgrzytał. Mamy bohatera skrajnie negatywnego, ewidentnie zasługującego na solidne obicie pyszczka, który nagle i niespodziewanie przechodzi przemianę po spotkaniu z Nanami. W dodatku rzeczona przemiana wygląda tak, że Jirou nadal wszystkich traktuje jak śmieci, tyle że kiedy miesza z błotem kolejnego współplemieńca, przypomina mu się Nanami… No dobrze, na końcu dostrzega popełnione błędy, ale nic z tego nie wynika – nawet nie musi odpokutować swojego chamskiego zachowania, nagle wszyscy dostają „zbiorowej amnezji” i witają go z otwartymi ramionami. Nie powiem, Jirou to fajna postać, z potencjałem, ale jego historia jest kompletnie pozbawiona sensu i przynajmniej mnie nie przekonuje. Jedyny plus jest taki, że wreszcie Tomoe ma motywację, by zastanowić się poważnie nad swoimi uczuciami do Nanami.

Zostaje nam jeszcze Kirihito, czyli ludzkie wcielenie demonicznego „braciszka” Tomoe. Cóż, „ułomna” wersja potężnego youkai jest urocza, z jednej strony cały czas mówi, jak to mu na niczym nie zależy, a z drugiej robi coś, co świadczy o czymś zupełnie odwrotnym. Szczerze mówiąc, jestem bardzo ciekawa, jak potoczy się ten wątek, bo zaprezentowane wydarzenia sugerują, że podobnie jak Tomoe, Kirihito nie potrafi oprzeć się urokowi Nanami. Nie mam na myśli romansu, a wrażenie, jakie robi na postronnych silna wola i upór dziewczyny, a także jej niewyczerpane pokłady optymizmu. Z drugiej strony wyraźnie widać, że daje o sobie znać jego demoniczna, okrutna natura i chęć zemsty na Tomoe. Pytanie brzmi, co zwycięży? Acz odpowiedzi nie znajdziemy w drugiej serii, niestety.

Na kolejną „pełnowymiarową” odsłonę Kami­‑sama Hajimemashita czekaliśmy trzy lata, pewne rzeczy nie uległy jednak zmianie. Chodzi oczywiście o budżet produkcji, który musiał być bardzo skromny. Właściwie w tym miejscu mogłabym wkleić odpowiedni fragment recenzji poprzedniego sezonu, gdyż pod względem technicznym absolutnie nic się nie zmieniło. Projekty postaci są wierne mangowym pierwowzorom, ale nie zawsze wyglądają dobrze, wszystko zależy od ujęcia i chyba tego, czy grafik miał akurat dobry dzień. Wpadki zdarzają się nawet przy zbliżeniach, co wyjątkowo rzuca się w oczy w przypadku Kuramy, który wielokrotnie ma po prostu krzywą facjatę. Ale najgorzej wypada animacja, statyczna i bazująca na uproszczeniach. Bardzo często, kiedy Tomoe i Mizuki się kłócą, a przy okazji rzucają się na siebie z pięściami, towarzyszy temu praktycznie nieruchoma plansza, i tylko odgłosy sugerują, że coś jest na rzeczy. Oczywiście zadbano, by plansza do złudzenia przypominała kadr z mangi, bohaterowie są narysowani w wersji super­‑deformed, w odpowiednio komediowym ujęciu. Ale kiedy podobny zabieg stosuje się nagminnie, nietrudno zgadnąć, że ktoś właśnie oszczędza pieniądze. Cóż, anime wypada bardzo przeciętnie od strony graficznej, nawet na tle starszych produkcji i to chyba jego największa wada.

Sytuację nieco ratują animacje do czołówki i endingu, śpiewanych przez Hanae (podobnie jak w pierwszej części) – pomysłowe, radosne i zgrabnie prezentujące starych i nowych bohaterów. Niestety oprócz wspomnianych piosenek, jako żywo przypominających poprzedniczki, właściwie nie zarejestrowałam ścieżki dźwiękowej, może poza dwoma utworami, wykonywanymi przez Kuramę – acz to było dość specyficzne doświadczenie muzyczne. Natomiast na medal ponownie spisali się seiyuu, wspaniale odgrywający powierzone im role, ze szczególnym uwzględnieniem Junichiego Suwabe w roli Kirihito.

Kami­‑sama Hajimemashita 2 to udana kontynuacja, chociaż tym razem trudno ją uznać za dzieło „samowystarczalne” i nie mam na myśli tego, że najpierw trzeba zapoznać się z pierwszą serią. Co prawda ponownie żegnamy bohaterów po zakończeniu pewnego etapu w ich życiu, ale pozostaje niedokończony wątek Kirihito. Na pocieszenie zostaje informacja, że zapowiedziano kolejną serię OVA, acz wątpię, czy znajdziemy w niej odpowiedź na gnębiące nas pytania. Mimo wszystko warto sięgnąć po drugą odsłonę przygód bóstwa z przypadku i jego sługi – momentami jest nieco poważniej, ale to nadal stare, dobre i puchate Kami­‑sama Hajimemashita. Poszczególne wątki zostały dobrze opowiedziane, nowi bohaterowie okazali się sympatyczni i intrygujący, a nastrój, mimo kilku dramatycznych wydarzeń, pozostał ciepły, radosny i optymistyczny. I, co najważniejsze, związek Nanami i Tomoe nie zmierza donikąd, ale rozwija się w widoczny sposób. To naprawdę było przyjemnie spędzone kilka godzin, nie obraziłabym się za następne dwanaście odcinków.

moshi_moshi, 10 maja 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: TMS Entertainment
Autor: Julietta Suzuki
Projekt: Junko Yamanaka
Reżyser: Akitarou Daichi
Muzyka: Toshio Masuda

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Kami-sama Hajimemashita 2 - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl