Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 21
Średnia: 6,62
σ=2,3

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (komilll)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Inferno Cop

Rodzaj produkcji: seria ONA
Rok wydania: 2012
Czas trwania: 13 (5×3 min, 6×4 min, 2 min, 13 min)
Tytuły alternatywne:
  • インフェルノコップ
zrzutka

Dekonstrukcja (auto)parodii przez mentalny gwałt na widzu?! Być może najlepsze anime w swojej klasie.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: The Beatle

Recenzja / Opis

W 1917 roku na wystawie Stowarzyszenia Artystów Niezależnych Marcel Duchamp, ukrywający się pod pseudonimem, zaprezentował Fontannę. Ku ogólnemu zaskoczeniu rzeźba okazała się zwykłym pisuarem ustawionym na tylnej ściance. Uznano, że dzieło nie ma walorów artystycznych, a w dodatku narusza granice dobrego smaku i prędko się go pozbyto, jednak po czasie okazało się, że Fontanna zrewolucjonizowała ideę tworzenia i odbioru sztuki.

W 2013 roku powstał Inferno Cop.

Inferno Cop pokazuje, jak nieudolnie zdefiniowana jest parodia. Jedna z charakterystycznych cech tej formy to zdystansowanie się od ośmieszanego utworu lub gatunku, żeby odbiorca mógł utożsamić się z pewnym punktem widzenia i zrozumieć przedstawiane żarty oraz nawiązania. Co jednak, jeśli ten dystans się nie pojawia i, choć intuicyjnie jesteśmy tego prawie pewni, nie mamy formalnych podstaw, by twierdzić, że naśladowany gatunek jest faktycznie ośmieszany? Można by się tu zwrócić ku pastiszowi – w końcu ta forma, w przeciwieństwie do parodii, nie musi być prześmiewcza. Problem jednak jest taki, że w przypadku Inferno Cop wyraźnie widać specyficzny humor oparty na skrajnym absurdzie i grotesce. Naprawdę trudno wyjść z przekonania, że to może być coś innego niż jeden wielki żart. Na upartego można by to nazwać pastiszem parodii lub autoparodii – seria chce wpisać się w nurt parodystyczny w skrajny sposób i tylko tyle – ale to już posuwa się za daleko. Tym samym wracamy do punktu wyjścia…

Inferno Cop pokazuje, jak nieudolnie zdefiniowane jest anime. Chociaż medium to obecnie stało się niesamowicie zróżnicowane, dzięki czemu znajdziemy w nim prawie wszystko – od kosmicznych przygód wampirów pilotujących mecha po wesołe perypetie idolek mahou shoujo w króliczych strojach – wciąż istnieje pewna nisza rzeczy, które nie śniły się filozofom. Przykładem może być tu „Piekielny Gliniarz” – kościotrup z płonącą czaszką, ubrany w strój policjanta. Mogłoby to nawet mieć jakiś sens, gdyby tylko… miało jakiś sens. Tytułowy Inferno Cop nie ma nic wspólnego (na całe szczęście) z policją, w zasadzie nie wiemy, skąd się wziął i dlaczego jest szkieletem, a płomienie… płomienie są efektowne, więc niech już sobie będą. A główny bohater to tylko początek atrakcji, które seria ma do zaoferowania – w dużym skrócie należy się w niej spodziewać niespodziewanego i nie sposób szukać tu podobieństwa do jakiejkolwiek wcześniejszej produkcji, która ukazała się jako anime. I tu chyba tkwi sedno sprawy: seria jest na tyle nietypowa, że osoba, która natknęła się na nią, bo „lubi oglądać anime”, może zostać skonfrontowana z problemami natury wręcz egzystencjalnej. A przecież, technicznie rzecz biorąc, to jest anime…

...choć i tutaj mogą pojawić się (i faktycznie się pojawiają) głosy sprzeciwu. Pomimo tego, że na przestrzeni lat ogólnie przyjęta definicja anime została poszerzona (np. krajem produkcji nie musi już być Japonia, ale inne państwo Dalekiego Wschodu), jedno w niej się nie zmieniło: anime to film animowany. Animowany. Główną cechą animacji jest ruch i w tej kategorii Inferno Cop jeszcze się kwalifikuje – elementy obrazu i „kamera” wykonują ruchy w czasie trwania filmu. Jednakże czasami poszerza się tę definicję: musi wystąpić realistyczne złudzenie ruchu. Przykładowo animacja skoku powinna przedstawiać ugięcie nóg, rozpęd, oderwanie się od ziemi i lot. Tego w Inferno Cop nie uświadczymy. Nie ma tu ruchu w obrębie postaci, nie ma mimiki, nigdzie nie silono się na przedstawienie działania praw fizyki. Całość przypomina raczej teatr wycinanek wykonany w programie do tworzenia ruchomych obrazów, a nie pełnoprawną animację. Czy to jeszcze jest anime?

Inferno Cop pokazuje, jak nieudolnie próbujemy usprawiedliwić naszą rozrywkę. W filmie akcji jej źródłem jest to, że na ekranie „coś się dzieje”. Ale przecież nie oczekujemy nieustającego ciągu dynamicznych wydarzeń – to wszystko musi być jakoś logicznie powiązane; ubrane w fabułę. Ta daje nam złudzenie, że przedstawiane sceny akcji „nie są głupie”, ale przecież sama z siebie nie wywołuje emocji, więc nie zapewnia rozrywki. Z tego wynika, że próbujemy się oszukiwać, lgnąc do idei fabuły, ale z drugiej strony czasem paradoksalnie zgadzamy się na pewne dotyczące jej ustępstwa, żeby prędzej przejść do części właściwej, czyli dynamicznych scen. Nieoczekiwana podróż w czasie, pojawienie się nieznanego wielkiego wojownika czy przebudzenie ukrytej mocy w głównym bohaterze to przykłady częściowego naruszenia logiki fabularnej na rzecz akcji – zwykle je akceptujemy, zrzucając odpowiedzialność na „konwencję gatunku”. Co jednak, jeśli niemal każde wydarzenie wynika z takich naruszeń, jak ma to miejsce w przypadku Inferno Cop? Wówczas mamy okazję do uświadomienia sobie tego, jak komplikujemy czerpanie rozrywki z oglądania, w dodatku nie zachowując w tym konsekwencji. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że jednocześnie z pokazaniem tego faktu, anime prowadzi z nami pewną grę, gdzie nabija się z naszej dotychczasowej naiwności.

A to wszystko w nieco ponad pół godziny. Inferno Cop jest utworem krótkim i dosadnym. Nie rozwodzi się nad opisanymi wyżej kwestiami, ale przedstawia je na własnym przykładzie, w najbardziej surowej, wulgarnej formie, co może być nieprzyjemnym doświadczeniem dla niektórych widzów. Inferno Cop można uznać za jeden z najgorszych wytworów japońskiej animacji, ale nie tędy droga. Seria jest bowiem dzisiejszą Fontanną – dziełem mającym przedstawić pewien pomysł za wszelką cenę, nawet własnym kosztem.

W zasadzie w tym miejscu mógłbym zakończyć recenzję, bo choć łatwo jest rozwodzić się nad możliwościami interpretacji tego anime, wyjątkowo trudno je ocenić, odwołując się do wartości najbardziej respektowanych w medium. Wszystko przez to, że seria jest w całości oparta na jednym pomyśle, a nasza odpowiedź na niego to „tak/nie”. Jest to więc przypadek oceny skrajnie subiektywnej, a w dodatku niepowiązanej z niczym, co dotyczy anime (może odrobinę z tolerancją dziwnych rzeczy), więc nie ma żadnej prawidłowości np. w kwestii tego, czy Inferno Cop komuś się spodoba na podstawie jego gustu. Czuję jednak, że urwanie tu tekstu byłoby nie do końca zgodne z zasadami sztuki, więc postaram się opisać i ocenić te aspekty serii, które dają się jakoś skategoryzować.

Wspominałem wcześniej o parodiowaniu gatunku. Jaki więc typ kina parodiuje Inferno Cop? W skrócie można mówić o kinie akcji, choć chodzi tu raczej o „amerykańskie” rozumienie gatunku sensacji. Da się wyłapać nawiązania do ogólnej idei przyświecającej filmom tego rodzaju, jak również do konkretnych chwytów tam stosowanych. Wstrzymałbym się jednak z twierdzeniami, że anime gdzieś odwołuje się do określonego tytułu, bo nawet jeśli zauważamy takie powiązanie, prędko okazuje się, że podobieństw i analogii jest zbyt mało, żeby można było mówić o jednoznacznej parodii. Dużo więcej jest momentów, kiedy myślimy sobie „gdzieś już to widziałem”, ale po namyśle odkrywamy, że oglądamy tę scenę po raz pierwszy, choć pasowałaby ona jak ulał np. do typowego filmu sensacyjnego klasy B. Pod względem takiego naśladownictwa anime wypada świetnie.

Zupełnie osobną kwestią jest humor, posunięty do skrajnego absurdu i abstrakcji. Zasadniczo wszystko można uznać za żart, bo logika i przewidywalność towarzyszą tytułowi tylko w pojedynczych momentach. Osobiście uważam część prób rozbawienia widza za udane, przy części doceniam pomysł, choć nie widzę w nich nic śmiesznego, a tylko kilka sytuacji mnie żenuje. Ostatecznie powiedziałbym, że humor sam w sobie jest połowicznie udany, choć trzeba zaznaczyć, że mowa tu o przypadku, kiedy mamy świadomość, że nie oglądamy zwykłej komedii. W przeciwnym razie zażenowanie najprawdopodobniej nie odstąpi nas ani na krok. Widać więc, że to dość hermetyczny typ humoru.

Absurd serii rozciąga się także na kwestie techniczne. Jak już zostało wspomniane, grafika to rysunki poruszające się w sposób przypominający teatr wycinanek, do tego gdzieniegdzie widać „efekty specjalne” w postaci płomieni i wybuchów… i to w zasadzie tyle w kwestii animacji, czy też „animacji”. Jeśli chodzi o projekty postaci i obiektów, są one utrzymane w jednym stylu, wydającym się nawiązywać do amerykańskich komiksów. Potęguje to efekt parodiowania produkcji hollywoodzkich oraz tych, które próbują takowe naśladować (a może cała seria jest jedną wielką kpiną ze społeczeństwa zza oceanu?). Tła są w większości zdjęciami, często nawet bez nałożonych filtrów, ale nie zwracają tym specjalnej uwagi podczas seansu. Natomiast muzyka to absolutne minimum konieczne do stworzenia i utrzymania klimatu w danej scenie. Do tego dochodzi ending, o którym można powiedzieć, że jest chwytliwy i nie sposób mu odmówić pewnego uroku wywołanego przez japońskie próby śpiewania po niemiecku.

Jestem rozdarty, bo nie wiem, czy serię polecić czy odradzić. Z jednej strony jeśli ktoś po przeczytaniu tekstu powyżej jeszcze nie stwierdził, że to nie dla niego, zachęcam go do spróbowania, z drugiej nie chcę ponosić odpowiedzialności za niezadowolenie z ekstremalności tego dzieła, jak również za wszelkie uszczerbki na zdrowiu psychicznym… Osobiście wystawiam Inferno Cop 7/10, choć jest to ocena wyjątkowo sztuczna, oparta w zasadzie tylko na porównaniu do ogółu moich ocen. Jeśli jeszcze tego wprost nie napisałem, to podkreślę, że uważam przy tym serię za wyjątkową.

Na koniec pozostaje mi odparcie potencjalnego zarzutu dotyczącego tego, o czym pisałem wyżej. Skąd można mieć pewność, że Inferno Cop jest celowo tak dziwne, tak skrajne, tak… słabe? Jaka jest gwarancja, że to nie nieudany wytwór czyjejś chorej wyobraźni? Odpowiadam: nie można przecież zrobić na serio czegoś tak absurdalnego. Prawda?…

The Beatle, 5 marca 2016

Recenzje alternatywne

  • komilll - 20 sierpnia 2015
    Ocena: 6/10

    Stróż prawa prosto z piekieł, czyli protoplasta, a raczej nieudany prototyp Ninja Slayera. więcej >>>

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: CoMix Wave, Trigger
Projekt: Shigeto Koyama
Reżyser: Akira Amemiya
Scenariusz: Hiromi Wakabayashi