Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 9/10 grafika: 9/10
fabuła: 7/10 muzyka: 5/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 7
Średnia: 8,14
σ=1,12

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Diablo)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Gundam: The Origin

zrzutka

Każda wojna ma swój początek…

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Grisznak

Recenzja / Opis

Gundam. Dla miłośników wielkich robotów seria ta jest pewnie równie ważna, jak na przykład Czarodziejka z Księżyca dla miłośników magical girls. Cykl zapoczątkowany w zamierzchłych czasach, w roku 1979, zdążył się doczekać tylu kontynuacji, serii OAV, filmów i „opowieści na motywach”, że obejrzenie tego wszystkiego stanowi dziś spore wyzwanie. Choćby tylko z powodu chronologii poszczególnych serii. Ale oto nadchodzi wybawienie! Ten jeden, najpierwszy. Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać. W krainie Mordor, gdzie zaległy cienie… A nie chwila, to nie ta bajka… A więc raz jeszcze. Oto nadchodzi Gundam: The Origin. Prequel wszystkich Gundamów z podcyklu określanego Universal Century. Fabularny wstęp do serii telewizyjnej z roku 1979, koncentrujący się na historii Casvala i Artesii, ale pokazujący także wydarzenia, które doprowadziły do Jednorocznej Wojny. Dodatkowo zawierający mnóstwo smaczków dla najwierniejszych fanów cyklu.

Mamy więc okazję poznać jeszcze żywego niesławnego Deikuna i towarzyszyć mu w trakcie wiekopomnego przemówienia, w którym miał zamiar ogłosić niepodległość kolonii Side 3. Obserwujemy dorastanie przyszłego Czerwonej Komety (z którego skądinąd niezły psychopata), możemy też przyjrzeć się wydarzeniom, które sprawiły, że Artesia stała się tak twardą kobietą. Poznajemy także okoliczności towarzyszące początkom przyjaźni pomiędzy Charem a Garmą Zabim. A przecież to tylko część wątków… W tle mamy też Hamon, porucznika Rambę, Dozle'a, Amuro i całą resztę wesołej gromadki, którą widzimy w zupełnie innym niż dotąd świetle. Oprócz wątków personalnych pojawią się jeszcze polityczne intrygi, zabójstwa, szpiegostwo, zamieszki, wojna i co tam jeszcze tylko twórcom przyszło do głowy.

Zawiedzie się jednak ten, kto miał nadzieję na ukazanie ewolucji postaci, powolną przemianę ich postaw. W gruncie rzeczy zmienia się tu tylko Artesia, z zagubionego i samotnego dziecka wyrastająca na odważną i samodzielną kobietę, która nie boi się pobrudzić sobie rąk. Casval jak to Casval… W zasadzie od pierwszych chwil to twarda sztuka. Geniusz totalny, który czego się nie tknie, zaraz to świetnie opanowuje, czym doprowadza do szewskiej pasji otoczenie, albo budzi powszechny zachwyt. Zasadniczo jeden Ramba Ral przechodzi jaką taką ewolucję, gdyż w imię przekonań buntuje się z czasem wobec swoich przełożonych. Choć nie bardzo wiadomo, czemu potem decyduje się jednak nadal im pomagać… Nie zmienił się też niestety Amuro, który w OAV był w moim odczuciu wręcz wyjątkowo irytujący. W sumie, biorąc poprawkę na to, jak był wychowywany, można jego postawę trochę zrozumieć no ale… Te ciepłe kluchy mają pilotować gundama? Pokonać Chara? Noż na litość!

Złego słowa nie powiem za to na temat grafiki. Projekty postaci są bardzo zbliżone do tego, co znamy z oryginalnego serialu i pod tym względem brak jakichkolwiek poważniejszych zmian. Co jest oczywiście ze wszech miar zrozumiałe i jak sądzę, dla większości widzów pożądane. Grafika jest również odpowiednio poprawiona i uszczegółowiona tak, by nie razić osób przyzwyczajonych do współczesnych tytułów. Nie będzie też, jak sądzę, zaskoczeniem stwierdzenie, że cała OAV, zwłaszcza w scenach akcji, wręcz kipi od animacji komputerowej. Ale skłamałbym, twierdząc, że mi to przeszkadzało. Oczywiście może razić pewna „plastikowość” modeli mechów, czy też bojowych okrętów, ale z nawiązką wynagradza to dynamiczność scen oraz nasycenie ich kolorem oraz wszelkiego rodzaju efektami specjalnymi. Sceny batalistyczne, zarówno te otwierające OAV, jak i późniejsze, potrafią zrobić potężne wrażenie na widzu. Ale niczego też nie brakuje scenom rozgrywającym się w spokojniejszych momentach. Mamy tu do czynienia z wieloma miejscami akcji i całym tabunem postaci, a wszystkie one są bardzo dopieszczone i doprawdy jest na czym oko zawiesić. Tak w ramach ciekawostki: w pewnej scenie widz ma okazję popatrzeć na Kycilię nago! Ale na Artesię już nie ma co liczyć…

Podsumowując powyższe peany, pozostaje mi stwierdzić, że The Origin stanowi godne uzupełnienie serii. W moim przypadku był to zresztą tytuł, który ostatecznie zachęcił mnie do zapoznania się z całością uniwersum. Mamy tu mnóstwo akcji, a początkowo także całkiem sporą ilość scen komediowych. Ale, jak na Gundama przystało, nie brak tu dramatu, świństw i trupów w ilościach hurtowych. W gruncie rzeczy nie zobaczymy tu przemocy jako takiej, krew leje się dość okazjonalnie i bez ciągot w kierunku produkcji spod znaku gore. Nie zmienia to faktu, że twórcy nie bali się pokazać także bardziej okrutnego oblicza wojny. Nie będę tu wchodził w szczegóły, ale na pewnym etapie widzowi oczy mogą się zrobić okrągłe niczym spodki. Jednak mimo tych wszystkich pochwał należy pamiętać, że Gundam: The Origin został stworzony z myślą o widzach, którzy znają stary telewizyjny oryginał. Nie znaczy to oczywiście, że jest on niezbędny, żeby zrozumieć pokazane tu wydarzenia, nic z tych rzeczy. Choć już liczne smaczki będą, siłą rzeczy, dla nowego widza niezauważalne. Przede wszystkim jednak The Origin jest tylko wstępem zarysowującym o wiele większą historię. Przedstawia różne wydarzenia, stawia wiele pytań, ale nie daje odpowiedzi. Tych należy szukać w starszych tytułach. A one, ze względu na stareńką kreskę i animację, mogą być dla dzisiejszego widza nie do obejrzenia… Cóż, może doczekamy się remake’u starego serialu?

Diablo, 16 października 2018

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Sunrise
Autor: Hajime Yatate, Yoshikazu Yasuhiko, Yoshiyuki Tomino
Projekt: Hajime Katoki, Jun'ichi Akutsu, Kimitoshi Yamane, Mika Akitaka, Tsukasa Kotobuki, Yoshikazu Yasuhiko
Reżyser: Takashi Imanishi, Yoshikazu Yasuhiko
Scenariusz: Katsuyuki Sumisawa
Muzyka: Takayuki Hattori