Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

NiuCon 8 - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

4/10
postaci: 4/10 grafika: 8/10
fabuła: 4/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 4,67

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 52
Średnia: 6,23
σ=1,8

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Utawarerumono: Itsuwari no Kamen

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2015
Czas trwania: 25×24 min
Tytuły alternatywne:
  • うたわれるもの 偽りの仮面
zrzutka

„W poszukiwaniu straconego czasu”, czyli jak zepsuć coś, co w teorii powinno być niezniszczalne.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Pierwsze Utawarerumono miałem okazję oglądać już dawno temu, trochę po jego premierze, czyli prawie przed dziesięciu laty. Seria ta wywarła na mnie zaskakująco pozytywne wrażenie. Zaskakująco, bowiem okres ten był szczytem mody (czy raczej: manii) na ekranizacje gier RPG i dating simów z konsoli Playstation 2. Niestety jakość owych ekranizacji nie była szczególnie wysoka, a średni poziom realizacji wahał się między złym a gorszym. Jako że oryginał serii był krzyżówką gry RPG z dating simem, spodziewałem się tragedii, w rzeczywistości jednak Utawarerumono okazało się serią może nie bardzo dobrą, ale z całą pewnością całkiem niezłą. Miało nie najgorszą kreskę, dość przewidywalną, ale wciągającą fabułę oraz postacie, które choć nie porywały charyzmą, to budziły sympatię. Zaskakiwało całkiem ciekawym ujęciem tematu, jakim była strategia wojskowa oraz przede wszystkim należało do gatunku, który, mimo że popularny, nie był w anime nigdy szczególne reprezentowany, czyli fantasy. Wszystko to sprawiło, że zapamiętałem je bardzo ciepło. Gdy więc usłyszałem o planach jego kontynuacji, ustawiłem się w kolejce oczekujących. Niestety powiedzieć należy jasno: jestem rozczarowany.

Fabuła, a raczej sposób prowadzenia akcji nowej odsłony Utawarerumono, jest niestety najsłabszym elementem tej serii, w zasadzie przekreślającym sens jej oglądania. Co gorsza, na początku nic nie zwiastuje tragedii, przeciwnie, historia zapowiada się nawet ciekawie. Oto bowiem poznajemy młodzieńca imieniem Haku, który, nie wiedząc nic o sobie i swoim otoczeniu, błąka się po zaśnieżonym lesie, ubrany tylko w szpitalny fartuch. Nie mija wiele czasu, gdy zostaje zaatakowany przez polującego w tych lasach potwora. Na szczęście z pomocą przychodzi mu Kuon, sympatyczna i rezolutna (choć trochę przemądrzała) kocioucha panienka. Haku wyraźnie nie pasuje do otoczenia: jego strój jest anachroniczny, brakuje mu animalistycznych cech innych mieszkańców tego świata, a co więcej, wyraźnie jest obdarzony mentalnością współczesnego człowieka, podczas gdy jego otoczenie wygląda na świat fantasy. Co więcej, nie ma wielu podstawowych umiejętności: nie potrafi czytać i pisać w lokalnym języku, nie zna zwyczajów obiadowych i ma raczej słabą kondycję, bez większych problemów jednak rozumie działanie skomplikowanych (jak na realia tego świata) mechanizmów i w mig radzi sobie z dużymi cyframi. Jego talenty zostają wkrótce zauważone przez Ukona, osobę dość znaczącą. Razem z Kuon wyruszają więc do stolicy, gdzie umiejętności Haku mogą zostać bardziej docenione.

Niestety, gdy bohaterowie docierają już do stolicy, w której fabuła powinna nabrać tempa, a wydarzenia stać się naprawdę ciekawe, dzieje się dokładnie na odwrót. Akcja znika, a zamiast czegokolwiek interesującego otrzymujemy dwanaście albo trzynaście „odcinków rekrutacyjnych” oraz zapychaczy. Następnie trzy czy cztery odcinki zostają poświęcone fabule, a po nich pojawia się więcej zapychaczy. Gdy jesteśmy już całkiem wymęczeni, nadchodzi finał, który zapewne obejrzą wyłącznie najwytrwalsi. W wyniku takiej konstrukcji zbudowane na początku napięcie oraz intrygujący wstęp tracą cały swój efekt, bowiem anime to jest zwyczajnie nudne. Znacząco skorzystałoby na tym, gdyby skrócić je do, powiedzmy, dwunastu odcinków, choć prawdę mówiąc, i sześć zapewne by wystarczyło, żeby pomieścić wszystkie istotne wydarzenia.

Żeby było śmieszniej, anime naprawdę miało potencjał. Posiada całkiem interesujący, intrygujący świat o interesującej przeszłości, a także wykorzystuje wiele nieczęsto spotykanych rozwiązań. Nawet końcówka serii zawiera wątki zarówno ciekawe, jak i zasługujące na rozwinięcie. Metody wojskowe, jakimi posługuje się armia Yamato (państwa, w którym toczy się akcja), by zapewnić bezpieczeństwo kraju. Wojna z Tusukuru (państwo z poprzedniej serii) oraz kwestia podwójnej lojalność Kuon. Wydarzenia z ostatnich odcinków, które ostrością i gęstością momentami podchodzą pod Grę o tron. Fabuła wprawdzie zostaje urwana (co wynika z faktu, że mamy do czynienia z ekranizacją drugiej gry z cyklu planowanego na trzy części), jednakże nie to jest jej największą wadą. Jest nią fakt, że ogromna ilość czasu ekranowego została zmarnowana.

Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy są postacie. Odcinki­‑zapychacze skupiają się głównie na ich wprowadzaniu (oraz męskich wieczorkach, żartach o podtekstach homoseksualnych, głupich intrygach, wycieczkach po mieście w poszukiwaniu najlepszej cukierni, czyszczeniu rynsztoków oraz gościnnych i zupełnie niczego niewnoszących występach bohaterów poprzedniej serii), a niestety nie są to charyzmatyczne osobowości. Przeciwnie, większość z nich jest papierowa i płaska. Miałem poważne problemy ze spamiętaniem ich imion, bowiem z niczym mi się nie kojarzyły. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że postaci jest mnóstwo, przez co przez ekran przewija się cały tłum ludzi bez znaczenia. Dotyczy to nie tylko bohaterów pobocznych, ale także nieprzyjaciół. Efekt jest taki, że nawet szwarccharaktery nie budzą większych emocji, może z wyjątkiem pogardy do jednej czy dwóch łamag. Zresztą przywiązanie się do którejkolwiek postaci czy też jej zapamiętanie jest trudne choćby z tej przyczyny, że na ekranie pojawia się blisko czterdzieści osób rzekomo ważnych dla opowieści.

Jedynymi bohaterami, do których można żywić jakieś cieplejsze uczucia, są Haku, Ukon, Kuon oraz coś w rodzaju dużego gołębia. Problem polega na tym, że mniej więcej od połowy serii wszyscy zaczynają rozwodzić się nad licznymi ukrytymi zaletami Haku, których ten w żaden sposób nie demonstruje. Owszem, już w pierwszych odcinkach widać, że jest to człowiek mający potencjał, jednak ów potencjał w całej serii pozostaje niewykorzystany. Przez to widz po prostu nie widzi, na czym te zalety miałyby polegać, oprócz ewentualnego talentu do gromadzenia wokół siebie ludzi szarych i nieciekawych. Mimo to wszyscy dookoła widzą w nim charyzmatycznego przywódcę. Tak samo jest niestety z Kuon. O ile jest ona postacią strasznie sympatyczną, tak niestety niewykorzystaną. Po prostu w sytuacji, gdy na ekranie nic się nie dzieje, bohaterowie nie mają szans, by się rozwinąć.

To, co widzimy na ekranie, to nawet nie są okruchy życia. To zwyczajna nuda. Prócz tego seria mogłaby się podobać: ma intrygujący, ciekawy świat, należy do popularnego wśród widzów lecz rzadko eksploatowanego gatunku, zawiera trzy fajne postacie… A mimo to autorzy postanowili to wszystko zmarnować.

Żeby porażka była jeszcze bardziej przykra, Utawarerumono: Itsuwari no Kamen jest strasznie ładną serią. W szczególności w pierwszych odcinkach, gdy bohaterowie wędrują po prowincji, otoczeni światem natury, możemy podziwiać bardzo ładną scenerię. Potem, wraz z przejściem do miasta, trochę się to psuje, ale animacja nadal jest płynna, a kreska przyjemna dla oka. Ogólnie rzecz biorąc, oprawę wizualną trzeba uznać za plus całej serii, choć nie zawsze trzyma równy poziom. Naiwnie i słabo wyglądają walki, które za bardzo polegają na supermocach poszczególnych postaci z jednej strony, a na teatralności z drugiej. Owszem, rozumiem, że to jest anime, tutaj bohaterowie pokonują całe bataliony wojska jednym cięciem miecza, a pierwszoplanowa postać oczywiście wygra w starciu z jakimś statystą, bowiem scenariusz stoi po jej stronie, jednak opieranie taktyki wojskowej na zasadzie „Mamy bandę bohaterów pierwszo- i drugoplanowych! Poszczujmy nimi wroga” wygląda już głupio. Razi to w szczególności w porównaniu z pierwszą serią, gdzie kwestie wojskowe były jednak lepiej pomyślane i stanowiły jej główną siłę.

Ogólnie jednak pod względem oprawy Utawarerumono: Itsuwari no Kamen jest powyżej średniej. Bardzo fajnie byłoby, gdyby potrafiło ten fakt wykorzystać. Niestety jest to klasyczny kwiatek dodany do kożucha. Anime może sobie być ładne, można mu wybaczyć brak efektowności i rozmachu. Jednak nudy przebaczyć mu się nie da w żadnym wypadku.

Utawarerumono: Itsuwari no Kamen wprawdzie zapewne nigdy nie miało szans stać się przebojem sezonu, ale miało możliwość być sympatyczną, udaną serią, dającą dużo zabawy i rozrywki. W tym celu wystarczyłoby, żeby twórcy po prostu trzymali się schematu heroic fantasy. Niestety tego nie zrobili. Zagadką dla mnie pozostaje, co myśleli. Jednak powiedzmy sobie szczerze: anime zyskałoby, gdyby było o dobre dwie trzecie krótsze. W obecnej postaci więcej jest w nim wypychaczy niż czegokolwiek innego, a jego seans jest po prostu nudny. Wytrwanie do ostatniego odcinka okazuje się natomiast wyzwaniem, któremu, obawiam się, mało kto sprosta.

Zegarmistrz, 19 maja 2016

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: White Fox
Autor: AQUAPLUS
Projekt: Gouichi Iwahata, Masahiko Nakada, Misato Mitsumi, Noritaka Suzuki, Tatsuki Amazuyu
Reżyser: Keitarou Motonaga
Scenariusz: Munemitsu Suga, Takamitsu Kouno
Muzyka: AQUAPLUS, Naoya Shimokawa

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Utawarerumono - Itsuwari no Kamen - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl