Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kregulcowe Dni - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 7/10 grafika: 7/10
fabuła: 7/10 muzyka: 5/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 8 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,88

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 104
Średnia: 7,6
σ=1,43

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Karo)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

91 Days

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2016
Czas trwania: 13×24 min
Gatunki: Dramat, Sensacja
Postaci: Przestępcy; Rating: Przemoc; Miejsce: Ameryka; Czas: Przeszłość; Inne: Realizm
zrzutka

Historia krwawej zemsty osadzona w realiach Ameryki z czasów prohibicji. Ambitny projekt, solidny scenariusz i nieco słabsze wykonanie.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Stany Zjednoczone, pierwsze lata prohibicji. Na skutek wprowadzenia alkoholowych restrykcji rozkwita handel podziemny, a pomiędzy licznymi organizacjami przestępczymi rozpoczyna się zacięta walka o terytorium. W fikcyjnym mieście Lawless, w wyniku wewnętrznych porachunków jednej z mafijnych familii, przez byłych współpracowników zamordowany zostaje urzędnik Testa Lagusa wraz z rodziną. Z miejsca egzekucji ratuje się jednak jego starszy syn – Angelo. Siedem lat później, kiedy Lawless znajduje się już pod niemal całkowitą kontrolą rozprowadzających nielegalny alkohol gangów, ukrywający się poza miastem chłopak otrzymuje anonimowy list, zawierający informacje na temat morderców rodziny. Zyskawszy dzięki temu nowy powód do życia, postanawia wniknąć do mafijnego środowiska i całkowicie poświęcić się zemście.

Całościowa ocena fabuły 91 Days sprawia naprawdę niemałe trudności. Wyraźnie odczuwalna jest bowiem dysproporcja między tym, jak historia prezentuje się „na papierze” (czyt. przy skrupulatnej analizie układu zdarzeń fabularnych na potrzeby recenzji) a tym, jakie emocje wywołuje podczas faktycznego seansu. Jedno trzeba przyznać: sam scenariusz jest rewelacyjny. Prosty motyw zemsty za śmierć bliskich wykorzystany został jako fabularna oś nieustannie wprawiająca w ruch całe mnóstwo często bardzo rozbudowanych wątków pobocznych. Te z kolei, raz uruchomione, nigdy nie poruszają się w sposób niezależny, a ich konkluzja zawsze w jakiś sposób przyczynia się do rozwoju wątku głównego. Fabuła serii to zatem niezwykle konsekwentny mechanizm, w którym każde zdarzenie ma zarówno wyraźną przyczynę, jak i skutek. Dodatkową frajdę zapewnia przy tym swoboda i odwaga, z jaką scenarzysta operuje bogatym zasobem zróżnicowanych postaci. Zgony są tutaj równie częste, co zaskakujące i fabularnie uzasadnione. 91 Days praktycznie oparte jest na uśmiercaniu bohaterów, ale sprawnie unika przy tym stania się ogłupiającą jatką, mordującą obsadę ot tak, byle tylko na ekranie działo się coś interesującego. Ponadto całą historię wieńczy, w moim odczuciu, najlepsze możliwe zakończenie – takie, które w satysfakcjonujący sposób zamyka wszystkie najważniejsze wątki, pozostawiając jednocześnie widzowi odpowiednie pole do snucia własnych interpretacji.

Główny i w zasadzie chyba jedyny problem 91 Days polega jednak na tym, że to, co na etapie scenariusza przypuszczalnie prezentowało się znakomicie, przeniesione na ekran nie robi już tak dobrego wrażenia. Przede wszystkim dwanaście odcinków to stanowczo zbyt mało na dokładne przedstawienie tak rozbudowanej intrygi, a reżyser chyba nie do końca wiedział, jak ten ograniczony czas odpowiednio zagospodarować. Seria potrafi pędzić z zawrotną prędkością, po to, aby chwilę później poświęcić cały odcinek nieznacznemu rozwojowi pojedynczego wątku. Podejrzewam, że chciano zastosować tzw. „przerwy na złapanie oddechu”, jednak ich wprowadzeniu zabrakło narracyjnej płynności, co poskutkowało męczącymi skokami tempa opowieści. W dodatku kilka potencjalnie interesujących zajść fabularnych postanowiono rozegrać poza ekranem, a o ich przebiegu poinformowano widza jedynie za pośrednictwem sprawozdawczych dialogów. Cała ta narracyjna kondensacja szkodzi nie tylko samej fabule, ale też silnie zintegrowanym z nią bohaterom. Choć napisani są w sposób interesujący i spójny, to jednak przez ograniczony czas ekranowy często przybierają postać reżyserskich instrumentów, których jedynym zadaniem jest rozwinięcie jakiegoś wątku i bezpowrotne zejście ze sceny. Ich przedstawieniu zdecydowanie przydałaby się większa ilość retrospekcji lub sytuacji dookreślających motywacje. Trudno się tutaj z kimkolwiek zżyć czy komukolwiek kibicować. Trudno też kogokolwiek obszerniej scharakteryzować bez jednoczesnego streszczania jego roli w historii. Seans 91 Days polega przede wszystkim na śledzeniu rozwoju intrygi, któremu obsada – choć liczna i różnorodna – jest całkowicie podporządkowana.

Odczuwalna dysproporcja między jakością scenariusza i realizacją dziwi przede wszystkim dlatego, że reżyserowi ewidentnie nie brakowało wyczucia ani kunsztu. Odcinki trzymające równe tempo to małe arcydzieła w dziedzinie budowania napięcia i atmosfery. Absolutnie mistrzowski jest chociażby sposób operowania niedopowiedzeniami i wizualnymi detalami, takimi jak chwilowe pauzy w dialogach czy zbliżenia na oczy bohaterów. Wiele z tych gestów staje się zauważalne i w pełni zrozumiałe dopiero w kontekście całości fabuły, dzięki czemu seria sporo zyskuje przy drugim seansie. Dlaczego zatem niepozbawiony talentu reżyser nie poradził sobie ze sprawnym zekranizowaniem tak dobrze nakreślonej historii? Uprzedzam, że wkraczam tutaj na obszar luźnych spekulacji, dla których nie udało mi się znaleźć żadnego oficjalnego potwierdzenia, ale przypuszczam, że problem mógł się pojawić na etapie kosztorysu. Zarówno scenarzysta – Taku Kishimoto (Boku dake ga Inai Machi, Haikyuu!!), jak i reżyser – Hiro Kaburagi (Tonari no Kaibutsu­‑kun, Kimi ni Todoke), to twórcy nieposiadający zbyt obszernego dorobku. Podobnie rzecz wygląda w przypadku odpowiedzialnego za produkcję, utworzonego przez byłych pracowników Brain's Base studia Shuka, do tej pory mającego na koncie jedynie późniejsze sezony Durarara!! i Natsume Yuujinchou. Tymczasem 91 Days od samego początku musiało być projektem bardzo ambitnym i ryzykownym. Seria niebędąca adaptacją i pozbawiona marketingowego potencjału, do tego opowiadająca mało spektakularną historię, w dużej mierze opartą na dialogach i osadzoną w nietypowej dla wschodniego widza konwencji – taka produkcja realizowana była zapewne z dużą ostrożnością i prawdopodobnie dlatego zdecydowano się zamknąć ją w zaledwie dwunastu odcinkach. Szkoda, bo gdyby fabułę rozłożyć na dwa sezony, rozbudowując tym samym niektóre wątki i dając więcej czasu na poznanie bohaterów, wówczas mogłoby powstać anime wybitne, o którym fani pamiętaliby przez lata.

Mankamenty warstwy narracyjnej nieznacznie rekompensuje wykonanie techniczne. Grafika, choć nie olśniewa ogromem detali, bogactwem kolorystyki czy liczbą klatek animacji, to jednak robi coś, z czym wiele współczesnych anime sobie nie radzi – od początku do końca trzyma równy poziom. Twórcy nie próbują mamić widza lepszym wykonaniem fabularnie istotniejszych sekwencji. Nieważne, czy mamy do czynienia z przełomowym dla głównego wątku zwrotem akcji, czy z rozgrywającym się na drugim planie dialogiem – każda scena wykonana jest z jednakową starannością. Prawdopodobnie to samo rozwiązanie próbowano zastosować w kwestii udźwiękowienia, jednak tam, przynajmniej dla mnie, nie dało to już tak zadowalającego efektu. O ile w przypadku serii mającej przyciągnąć widza przede wszystkim fabułą pewną neutralność obrazu uważam za jak najbardziej pożądaną, o tyle od muzyki wymagam już czegoś nieco bardziej charakterystycznego i zapamiętywalnego. Ścieżka dźwiękowa 91 Days jest po prostu nijaka. Wykonywane głównie na instrumentach smyczkowych i klawiszowych utwory prawidłowo podkreślają wydźwięk poszczególnych scen, ale zdecydowanie brakuje im jakiejś brzmieniowej różnorodności. Zbyt często są one również przyćmiewane przez obraz, stając się niemal zupełnie niesłyszalne. Jedynie wykonywanego przez wokalistę grupy Ling Toshite Shigure openingu Signal słuchałem przed każdym odcinkiem, choć tutaj sporą zasługę miała towarzysząca piosence animacja – w dużej mierze składająca się ze scen wykorzystanych w odcinkach, jednak znakomicie zmontowanych.

Osobny akapit warto jeszcze poświęcić temu, jak twórcy poradzili sobie z oddaniem realiów epoki. Konwencję potraktowano z dużą rezerwą, nie przytaczając żadnych konkretnych wydarzeń historycznych i czerpiąc z lat 20. XX wieku jedynie atmosferę i estetykę. Wiedza o przebiegu amerykańskiej prohibicji może pomóc lepiej wczuć się w klimat anime, ale nie daje możliwości doszukiwania się ukrytych niuansów. Jej brak natomiast w żaden sposób nie przeszkadza w oglądaniu. Wszyscy bohaterowie mają amerykańskie lub europejskie nazwiska i uwzględniając to, że akcja osadzona jest w środowiskach przestępczych, zachowują się zgodnie z ówczesnymi normami obyczajowymi (a przynajmniej ze współczesnymi stereotypami na ich temat). Sporo uwagi poświęcono też odpowiedniemu zaprojektowaniu architektury i strojów, co jest szczególnie widoczne podczas scen zbiorowych, rozgrywających się w bogato umeblowanych pomieszczeniach. Ogólny nastrój epoki jest zatem odczuwalny, choć niestety znalazło się kilka drobnych zgrzytów, przypominających o tym, że mimo wszystko mamy do czynienia z produkcją japońską. Może to tylko moje poczucie estetyki, ale np. postać meksykańskiego płatnego zabójcy mordującego swoje ofiary gołymi rękami wydała mi się odrobinę zbyt groteskowa jak na tak realistyczną konwencję.

91 Days z całą pewnością nie jest serią pozbawioną wad. Wrażenie obcowania z ambitnym i przemyślanym scenariuszem psują ewidentne mankamenty wykonania, przypuszczalnie wynikające z mocno ograniczonego czasu ekranowego. Niektórym wątkom przydałoby się obszerniejsze rozwinięcie, inne zaś dałoby się odrobinę skrócić. Zabrakło też nieco bogatszej ekspozycji bohaterów, choć na uznanie zasługuje ich integralność z fabułą, a także nonszalancja w ich uśmiercaniu. Ostatecznie jednak żadne z tych uchybień nie czyni z 91 Days produkcji złej czy nawet „niewybijającej się ponad przeciętną”. Pomimo odczuwalnych problemów z tempem narracji, w dalszym ciągu jest to znakomicie wyważona rozrywka – przystępna, ale nie prymitywna i wymagająca od widza zaangażowania. Do tego niedająca o sobie zapomnieć i zachęcająca do samodzielnego interpretowania (już samo to, że dwukrotny seans w bardzo krótkim odstępie czasu nie był ani trochę nużący, świadczy dla mnie o pewnego rodzaju jakości). W kontekście współczesnych produkcji jest to również anime bardzo odświeżające – fabularnie zamknięte, pozbawione fanserwisu i utrzymane w rzadko spotykanej konwencji. 91 Days polecam zatem nie tylko miłośnikom gangsterskich thrillerów (dla nich jest to pozycja absolutnie obowiązkowa), ale zwyczajnie każdemu, kto ze wschodnią animacją lubi być na bieżąco, a tej serii z jakiegoś powodu jeszcze nie oglądał. Myślę, że nie jest to materiał na jednorazowy seans i chociażby ze względu na trudność jednoznacznej oceny jakości wykonania zostanie zapamiętany na przynajmniej kilka sezonów. Taką przynajmniej żywię nadzieję. Realizacja nie jest idealna, ale jeśli w każdym kwartale znalazłaby się jedna seria na przynajmniej zbliżonym poziomie, to i tak byłbym skłonny uznać, że rynek japońskiej animacji zmierza w jak najlepszym kierunku.

Karo, 11 grudnia 2016

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Shuka
Projekt: Tomohiro Kishi
Reżyser: Hiro Kaburaki
Scenariusz: Taku Kishimoto
Muzyka: Shougo Kaida

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
91 Days - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl