Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 3/10 grafika: 8/10
muzyka: 6/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 15
Średnia: 6,6
σ=1,85

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (The Beatle)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Love Live! Sunshine!!

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2016
Czas trwania: 13×24 min
Tytuły alternatywne:
  • ラブライブ! サンシャイン!!
Postaci: Artyści, Uczniowie/studenci; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Realizm
zrzutka

„Japanese dream”, czyli ostateczna forma serii o idolkach.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Konwencja recenzji i konieczność zachowania spójności tekstu nakazują mi zacząć od wprowadzania fabularnego do niniejszego anime. Z ciężkim sercem i jeszcze cięższymi dłońmi zabieram się do tego, jak się później okaże, mającego niewiele sensu zadania. Tak więc…

Chika Takami ma pewne marzenie: chce utworzyć grupę szkolnych idolek i pójść w ślady μ’s (dziewczyn znanych z poprzednich części franczyzy Love Live!). Nie zwleka więc z namawianiem koleżanek do zasilenia szeregów grupy Aquors (czytane jako „akua”, ku zgrozie lingwistów) i postanawia uratować liceum Uranohoshi przed nieszczęściem. A co, jeśli nie wszystkie dziewczęta entuzjastycznie podchodzą do występów taneczno­‑wokalnych? Nie ma obaw – wystarczy trochę wytrwałości i każdego się przekona. A co, jeśli szkole wcale nie grozi zamknięcie? Spokojnie – w odpowiednim czasie ulegnie to zmianie. Wynik zmagań licealistek jest znany niemal od razu, więc z szacunku dla inteligencji czytelników nie będę wchodził w szczegóły. Napomknę natomiast, że przedstawiona tu historia jest wierną kopią, żeby nie napisać, kalką fabuły pierwszego sezonu Love Live!. Scenarzysta stwierdził najwyraźniej, że nie należy zmieniać czegoś, co świetnie się przyjęło i sprzedało jeszcze lepiej. Tylko czy to była dobra decyzja?

Zanim zabiorę się do konstrukcji odpowiedzi na to pytanie, chciałbym rozprawić się, na tyle, na ile to możliwe, z elementami pozornie mniej istotnymi dla dalszych rozważań i konkluzji na temat tego tytułu, słownie: z jego warstwą audiowizualną. Reżyseria i styl rysunku mogą dać wskazówkę co do tego, że jest to anime realizowane wedle dość nieoczywistej konwencji. Weźmy na przykład tła: chociaż nie da się im nic zarzucić, praktycznie się ich nie zauważa. Nie dzieje się tak bez powodu, gdyż odpowiednie wykadrowanie dokłada wszelkich starań, żeby uwaga widza się tam nie zawieruszyła; panoram i oddaleń unika się wręcz chorobliwie, a patrząc na poziom wykonania całości, nie da się stwierdzić, iż to przez cięcie kosztów. Kamera nieustannie skupia się na postaciach i stąd można wysnuć wniosek, że tylko one są istotne. W takim razie jak prezentują się ich projekty? Realizm jest zachowany o tyle, że żadna z bohaterek nie ma zielonych włosów (jedną czerwień można wybaczyć jako wariacje na temat brązowo­‑rudego). Reszta to daleka od rzeczywistości idealizacja w stronę specyficznej definicji piękna, nosząca znamiona wyrachowania twórców. Dziewczęta mogą wydawać się uroczo drobne albo zaprezentować krągłości, w zależności od zniuansowania ujęcia – jest to możliwe dzięki nadaniu im odpowiednich proporcji. Wzrok odbiorcy ma jednak koncentrować się głównie na ich oczach, dużych, błyszczących i bardzo wyraźnie podkreślonych, mrugających podczas występów. To po nich natychmiast można odróżnić główne bohaterki od postaci drugiego planu i nie zdziwiłbym się, gdyby za decyzją dotyczącą narysowania takich, a nie innych ślepek stały badania reakcji widzów i matematyczny dobór najbardziej odpowiedniego kształtu. Projektanci wiedzieli, gdzie uderzać, i to w niepokojącym stopniu. Wszystko dąży do perfekcji niedopuszczającej, aby krzywo narysowana, nieatrakcyjna buźka którejś z bohaterek zawitała na ekranie. Czy to jeszcze dzieło kultury rozrywkowej, czy już element sacrum?

Dałoby się obronić tę drugą tezę, gdyby animacja była spójna w takim samym stopniu co rysunek. Dochodzi jednak do przekłamania, zresztą dość typowego – pierwszy odcinek prezentuje się o wiele lepiej niż cała reszta. Gdyby całość utrzymała się na początkowym poziomie, mógłbym już wysnuć wniosek, że mamy do czynienia z utworem zaprojektowanym jako przedmiot kultu. Tymczasem (jeszcze) twierdzę, że jest zwyczajnie, ale… bardzo dobrze. Love Live! Sunshine!! to produkt technicznie więcej niż satysfakcjonujący, a omawiana różnica dotyczy tylko tego, czy seans spełni nasze oczekiwania, czy pozwoli podnieść brwi z wrażenia, a zagorzałym fanom rozpłynąć się nad seansem, zanim jeszcze dojdzie do występów idolek, czyli, wydawałoby się, najważniejszego punktu programu. Jak się jednak okazuje, stanowią one drugi element, który burzy wizualną doskonałość tej serii (rozumianą wciąż w granicach pewnej narzuconej konwencji). Bynajmniej nie mam tu na myśli grafiki komputerowej w znacznej części tanecznych sekwencji – anime to wychodzi naprzeciw ortodoksyjnym zwolennikom odręcznego rysunku z orężem w postaci wykonania na tyle dobrego, że ich argumenty można już zbyć bezczelnym „przyzwyczaicie się”. Problem jest zupełnie innej natury – występom brakuje pewnego pierwiastka spektakularności, który sprawiłby, że wydawałyby się one naprawdę istotne i nawet widz nieoddany fanatycznie bohaterkom mógłby czekać na te momenty z niecierpliwością. Można zaryzykować stwierdzenie, że to przez próbę zwiększenia realizmu, co wydaje się dość śmieszne w serii tak oderwanej od rzeczywistości, ale są co do tego przesłanki. Występy dzielą się bowiem na dwie kategorie: te logicznie wplecione w fabułę i te przedstawione na zasadzie „bo tak”, w stylu zbliżonym do musicalowego. W pierwszym typie choreografie są uboższe, a stroje idolek prostsze, co mogłoby przypominać widzowi, że obracamy się w realiach licealnego klubu, a nie profesjonalnego show­‑biznesu, ale w takim przypadku szczątkowy realizm został niekorzystnie przehandlowany za efektowność, niezmiernie istotną dla tytułu tego typu.

Podobny problem dotyczy muzycznej strony występów. Seiyuu bohaterek, wedle praktyki serii z idolkami, zostały głównie panie początkujące w zawodzie, a wydaje się, że jedynymi kryteriami wyboru były słodki głos i względna umiejętność śpiewania, ale poradziły one sobie dość dobrze, być może dlatego, że przy szczypcie naturalnych predyspozycji nie są to szczególnie wymagające role (jedynie osoba podkładająca głos Dii – przewodniczącej liceum – wyjątkowo mnie drażniła, ale nie jestem pewien, czy mogę tu pisać o braku umiejętności aktorskich). Natomiast wiele do życzenia pozostawia kompozycja piosenek. Nigdy nie były to utwory, od których należałoby wymagać czegoś szczególnego, ale w poprzednim Love Live! miały szanse choć odrobinę się spodobać, a tu robione są na jedno kopyto i jedynie Mijuku Dreamer (z występu w strojach inspirowanych yukatami) pozytywnie się wyróżnia.

Pojawia się jednak wyjątek odpierający większość powyższych zarzutów i zbijający mnie z tropu w jednoznacznej analizie wykonania tego anime. Mowa o występie Saint Snow – duetu mającego stanowić przeciwwagę dla głównej grupy. Fragment ten jest wyjątkowy, ponieważ ma na siebie pomysł, i to pomysł wyraźnie odstający od reszty serii: używa muzyki nieco innej niż „idolkowa”, ma wyjątkowo prostą choreografię, która przy dokładniejszym przyjrzeniu się okazuje się wprawdzie dość słaba, ale nie daje tego odczuć dzięki świetnej reżyserii, no i nie ma tam grama CG. Przede wszystkim jednak jest to występ mający więcej owej spektakularności niż wszystkie inne w Sunshine!! razem wzięte, jak również najlepszy w całym Love Live!. Nasuwa się pytanie: dlaczego nigdzie w serii nie pojawiło się coś na porównywalnym poziomie, skoro wśród twórców najwyraźniej znalazły się osoby znające się na rzeczy? Nie potrafię na to odpowiedzieć, ale polecam obejrzeć ten występ, nawet w oderwaniu od reszty anime.

Powróćmy jednak do meritum tego tekstu. Udało się już wykonać pewien szkic konkluzji: Love Live! Sunshine!! jest anime narzucającym samemu sobie dość ścisłą konwencję, trzymającym się jej z przerażającą precyzją, zrobionym z wyczuwalnym wyrachowaniem twórców i mającym znamiona bycia czymś innym niż dziełem rozrywkowym. Zaskakujące, że do takich wniosków doprowadziła analiza nie przysłowiowego „księżyca”, ale, wydawałoby się, „palca, który na niego wskazuje”, czyli technicznego wykonania serii, a doskonale pokrywa się to z tym, do czego możemy dojść, spoglądając na jej treść. Może należałoby to ująć inaczej: obie warstwy ściśle ze sobą korespondują i mają wspólny cel.

Istotne jest, żeby określić, w jakiej rzeczywistości osadzona jest ta historia. Przede wszystkim nie ma w niej miejsca dla płci brzydkiej. Jeśli gdzieś pojawia się obiekt przypominający mężczyznę, stoi on tyłem i nie pokazuje twarzy. Takie incydenty mają miejsce wyłącznie w dalekim tle, więc odpowiednika kultowej postaci, jaką był ojciec Honoki z poprzedniego Love Live!, próżno tu szukać. Dominacja płci pięknej występuje w anime na tyle często, że być może początkowo nie zwraca uwagi, ale tylko do czasu, kiedy okazuje się, że widownię na występach dziewcząt stanowią, oprócz ich rówieśniczek, kobiety w wieku trzydziestu kilku lat i miła pani z pobliskiego warzywniaka. Cóż, hobby jak każde inne… Drugą ważną kwestią jest idolka. Idolka musi być piękna, czysta i niewinna. Gdzie szukać takich przymiotów? Oczywiście w liceum! Scenarzysta chyba zszedłby na zawał, gdyby zawitał do prawdziwej szkoły i jego oczom ukazałaby się nie wylęgarnia słodkich cudeniek o niewielkim rozumku, a brutalna rzeczywistość, ale może to zostawmy… Idolka powinna mieć motywację, żeby włożyć odpowiednio dużo serca w to, co robi. Musi to być motywacja równie czysta co ona sama, więc pieniądze i pusta sława odpadają w przedbiegach. Ratowanie świata chyba nie prowadzi serii w stronę, w którą ma planowo zmierzać, więc zostaje… ratowanie szkoły! (Warto zauważyć, że tak nakreślone uniwersum jest ekologicznie kompletne, bo uratowane szkoły mogą produkować nowe idolki.) Pozostaje jeszcze kwestia tego, czym zapełnić resztę czasu ekranowego, bo chyba nawet najwięksi innowatorzy anime zgodzą się, że dramat zamykanego liceum to za mało na trzynaście odcinków. Dobrze by też było, gdyby bohaterki nie musiały za dużo występować, bo przecież animacja kosztuje, jak również gdyby miały czas na wspólne robienie głupot, przelewanie łez i ciężką pracę. Stąd rodzi się pomysł: niech w takim razie nie wszystkie dziewczęta będą świadome, jak to cudownie być idolką! Taka ma być oś historii, a reszta to zestaw typowych perypetii: plaża, gotowanie, wycieczka do Tokio… Da się zrobić.

Jak widać, fabuła jest zupełnie naturalnym następstwem przyjętych ideałów. W zasadzie nie można nawet mówić o fabule, przedstawiona historia jest bowiem rytuałem mającym pewne stałe elementy, których zmieniać nie wolno. To też jest część koncepcji stojącej za całym tytułem, która teraz ukazuje się już w pełni: wszystko jest zrobione w taki sposób, aby główne bohaterki mogły stać się przedmiotami kultu. Swoją czystością i doskonałością mają widza zachwycać, inspirować. Nie bez powodu dziewczęta tańczą i śpiewają, nie bez powodu bohaterek jest dziewięć, nie bez powodu poprzednią grupę nazwano Muzami…

Cała waga serii została więc przeniesiona na postacie – to one są kluczem do wydania werdyktu na temat tego anime. I co? I nic. Udało mi się rozłożyć tytuł na czynniki pierwsze i dotrzeć do jego rdzenia, ale okazuje się, że to, co otrzymałem, jest dużo mniej atrakcyjne niż to, czego się spodziewałem. Patrzę na podium wzniesione przez to anime i widzę dziewięć licealistek, jedna bardziej pusta od drugiej. Żadnej z nich nie dano czegoś, co mógłbym nazwać charakterem, a nawet jeśli wydaje się, iż w przypadku którejś jest inaczej, szybko okazuje się, że to tylko jej chwilowa rola, konieczna, żeby napędzić wydarzenia. Indywidualność bohaterek została sprowadzona do ich wyglądu i różnych śmiesznych bądź słodkich zachowań, natomiast w wielu kwestiach dziewczęta są niemal identyczne. Wrażenie to potęgują komediowe scenki, w których synchronicznie, dokładnie tak samo reagują one na daną sytuację – efekt jest przerażający, a chyba nie tak miało być. Porównanie do poprzedniego Love Live! nie jest najlepsze dla Sunshine!!. Chociaż tamte postacie nie były wolne od wad, wszystko zrobiono z umiarem i nie dawało się to tak we znaki. Członkinie Aquors ratuje już tylko to, że nie są antypatyczne. Jednakże czy takie postacie dadzą radę sprzedać produkt, jakim jest omawiana seria? Obawiam się, że tak, bo są przyjmowane dużo lepiej, niż na to zasługują. Obserwując reakcje na serię, to, na co ludzie zwracali uwagę, oraz to, czego nie było, a co widziano, cieszę się, że nie wyprano mi mózgu na tyle, żebym mniej przejmował się tym, co postać mówi i robi, a bardziej tym, czy uroczo salutuje, dodaje do wypowiedzi śmieszne słówko czy też trzyma ręce zgięte w łokciach (co również ma uchodzić za słodkie).

Ocena tej serii jest trudna, bo zachowując wierność konwencji, utraciła ona elementy, które zwykle podlegają wartościowaniu. Za mało tu substancji, która stanowiłaby o wyjątkowości anime – jeśli zrobią jeszcze takie ze dwa, będą one praktycznie nie do odróżnienia – a za dużo zabiegania o idealizację bohaterek, które się do roli muz nie nadają. Mógłbym zrzucić na nie całą odpowiedzialność i napisać, że w tym przypadku beznadziejne postacie to beznadziejna seria, ale nie byłaby to prawda, bo tytuł zachowuje jakieś cechy widowiska w oderwaniu od tego, jak puste są przedstawione idolki. Ostatecznie, choć nie jest najgorzej, zdecydowanie nie polecam tej serii – chyba że chce się badać jej fenomen albo z niewiadomych powodów sprawdzić, czy czasem mu się nie podda. Próżno tu szukać realizmu i poważnego podejścia do tematu, jest sporo lepszych tytułów o słodkich i zabawnych dziewczętach, a po idolki mogę odesłać do pierwszego Love Live!.

Na koniec chciałbym wspomnieć o ścieżce dźwiękowej, co lepiej sprawdzi się jako post scriptum, gdyż nie pasuje do głównej myśli recenzji w równym stopniu, co wspomniana ścieżka do anime. Czy może zdarzyć się tak, że soundtrack jest za dobry dla serii? Okazuje się, że i owszem. Love Live! Sunshine!! obfituje w utwory na każdą okazję, wybrane z różnych gatunków muzycznych, bogato zaaranżowane i tak trafne, jeśli chodzi o emocje, jakie w zamiarze twórców mają wywołać, że przerastające wydarzenia prezentowane na ekranie. Przy seansie pojawiają się dwie związane z tym reakcje: zaskoczenie świetną ścieżką dźwiękową i natychmiast po tym żal, że marnuje się ona w tak miałkiej serii. Szkoda.

The Beatle, 15 listopada 2016

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Sunrise
Autor: Hajime Yatate, Sakurako Kimino
Projekt: Masaki Kawake, Takeyuki Takahashi, Yuuhei Murota
Reżyser: Kazuo Sakai
Scenariusz: Jukki Hanada
Muzyka: Tatsuya Katou

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Love Live! Sunshine - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl