Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 7/10 grafika: 9/10
fabuła: 6/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 7 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,29

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 83
Średnia: 7,25
σ=1,3

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Enevi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Tales of Zestiria: The Cross

zrzutka

Pierwsza część ekranizacji jednej z najnowszych gier cyklu Tales of…, w której zagrożony zagładą świat czeka na wybawiciela.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Legendy kontynentu Glenwood mówią o demonach i pojawiającym się co jakiś czas wcieleniu chaosu, które może doprowadzić do zagłady świata. We wszystkich podaniach oczywiście mowa również o mającym je powstrzymać przy pomocy duchów natury wybrańcu, zwanym Pasterzem. Nie, żeby wszystkie te opowieści miały coś wspólnego z rzeczywistością… To dlaczego księżniczka królestwa Hyland, Alisha Diphda, która cudem przeżyła zniszczenie prowincjonalnego miasteczka przez istotę z legend, trafia do tajemniczych ruin, gdzie spotyka dziwnego młodzieńca? I dlaczego chłopak ten, imieniem Sorey, opowiada, że mieszka wśród mitycznych duchów, których nikt inny nie jest w stanie zobaczyć? Co tak naprawdę kryje legenda o Pasterzu i co zwiastuje jego ewentualny powrót? Sorey i jego przyjaciel Mikleo, będący jednym z magicznych duchów, ruszają śladami ściganej przez demona Alishy i udają się do świata ludzi, by przeżyć wielką przygodę i stawić czoło przeznaczeniu…

Cykl przygodowych gier Tales of… co jakiś czas staje się pierwowzorem dla anime, ale rzadko kiedy jest to pełnoprawna ekranizacja, a nie zwyczajna reklamówka. Także w przypadku Tales of Zestiria światło dzienne najpierw ujrzał animowany prolog, a plany związane z serią telewizyjną pojawiły się dopiero później. Część fanów była tym zaskoczona, bo z licznych opinii graczy wynikało, że fabuła ma sporo braków i są odsłony cyklu, które znacznie bardziej zasługują na ekranizację. Ale że akurat zbliżała się premiera kolejnej gry, w dodatku po raz pierwszy osadzonej w tym samym uniwersum, co poprzednia, można uznać taką decyzję za w pełni logiczną. Tym bardziej że pojawiały się spekulacje, jakoby twórcy chcieli sprezentować fanom poprawiony scenariusz, pozbawiony błędów pierwowzoru. Wisienką na torcie miało być zapowiedziane połączenie historii Zestirii z najnowszą Berserią, o czym miało świadczyć X w tytule (czytane jako The Cross). Cóż z tego wyszło?

Zanim odpowiem na to pytanie, zacznijmy może od początku. Materiał źródłowy jest typową grą przygodową w realiach fantasy, w której drużyna bohaterów ma do zrealizowania konkretny cel, związany z uratowaniem świata. W pierwszej części ekranizacji pod tym względem dzieje się niewiele i więcej tu fantasy niż przygody, co jednak nie jest wadą. Twórcy wykorzystują luksus rozbicia fabuły na dwie serie i omawianą tutaj w pełni wykorzystują na wprowadzenie w realia świata i przedstawienie bohaterów, a faktyczna fabuła zaczyna się dopiero pod sam koniec. Mamy do czynienia z typowym dla gatunku formowaniem się drużyny i choć z winy czołówki już od początku wiemy, kto wchodzi w jej skład, a widz nie będzie miał wątpliwości co do tożsamości nowego Pasterza, nie czyni to anime nudnym. Nie ma co ukrywać, że scenariusz jedzie na dobrze znanych schematach, ale w dzisiejszych czasach, kiedy mało kto sili się na oryginalność, to właśnie dobre wykorzystanie sprawdzonych pomysłów jest kluczem do sukcesu.

W Tales of Zestiria the X fabuła płynie spokojnie, w dobrze znanym wszystkim kierunku, całość jest poukładana i nie ma większych dłużyzn. Wprawdzie czuć pewną przypadkowość, ale nie wypada ona sztucznie, zaś wygodnych zbiegów okoliczności też nie ma tak dużo. Brak tu również większych niespodzianek, co w tym przypadku okazuje się zaletą, bo nie ma nic gorszego niż wciskane wszędzie na siłę nagłe zwroty akcji. Nie dostaniemy na razie żadnych wskazówek związanych z licznymi tajemnicami, bo atmosfera zagęszcza się dopiero pod sam koniec i wtedy właśnie pojawiają się tak naprawdę pierwsze fabularne konkrety. Ponieważ dzieje się stosunkowo niewiele, pomijając wstęp, klimat jest raczej lekki i nie zwiastuje tego, co będzie działo się potem. Nic nas zbytnio nie wzruszy, ale będzie kilka okazji do śmiechu, słowem: zachowano całkiem niezły balans między dramatem a komedią.

Warto również wspomnieć o tym, że twórcy faktycznie zdawali sobie sprawę z błędów popełnionych przy produkcji gry i przynajmniej część z nich poprawili, wprowadzając pewne zmiany fabularne, czasami bardzo niewielkie, ale jednak znacznie ulepszające scenariusz. Z drugiej jednak strony ktoś wpadł na genialny pomysł mariażu fabuły z dwóch gier. Współdzielenie uniwersum sprawia, że historie się ze sobą zazębiają, ale mimo wszystko pokrewieństwo Zestirii i Berserii jest na tyle odległe, że sensowne wplecenie tej drugiej w tę pierwszą zdecydowanie wymagałoby dobrego przemyślenia sprawy. Twórcy najwyraźniej zupełnie nie przejmowali się, że nieumiejętne wstawienie fragmentów fabuły z innej gry może zachwiać konstrukcją serii i zależało im tylko na stworzeniu wabika na fanów. Żeby chociaż wciśnięte w sam środek serii dwa odcinki były prologiem, to miałoby to ręce i nogi. Niestety, dostajemy fragment wycięty z bliżej niesprecyzowanego środka, który odrobinę przybliża postać głównej bohaterki, ale fabularnie wprowadza zamęt i dla niezaznajomionych z pierwowzorem będzie najprawdopodobniej zupełnie niejasny. Ot, taki bonus – byleby coś było. A szkoda. Ciekawe, czy w drugiej odsłonie planują to samo. Oby nie…

W pierwszej połowie przedstawienie zdecydowanie ciągnie obsada, co można było przewidzieć, zważywszy na to, że scenariusz skupia się na przedstawieniu poszczególnych bohaterów. Początek może się niektórym wydać zaskakujący, bo ponad półtora odcinka poświęcono Alishy, która co prawda wchodzi w skład drużyny, ale nie jest protagonistką, a główny bohater pojawia się dopiero w połowie drugiego odcinka. Zabieg ten był niemal stuprocentowo celowy, ponieważ spora liczba fanów miała twórcom za złe wykorzystanie postaci księżniczki w materiałach promocyjnych, chociaż nie miało to przełożenia na jej faktyczną rolę w fabule. Nie wiem, czy w ten sposób winy zostały odkupione, ale dziewczyna z pewnością zyskała przy bliższym poznaniu i bardzo dobrze umotywowano jej determinację, pokazując przy okazji siłę charakteru.

Przejdźmy jednak do głównego bohatera. Sorey sam w sobie to modelowe ucieleśnienie dobrze znanych widzom schematów (podobnie zresztą jest w przypadku pozostałych bohaterów, ale o tym za chwilę) – to poczciwy chłopak, optymistycznie nastawiony do świata i bardzo chętny do pomocy, nie do końca ideał, ale chodzące dobro. Na szczęście nie wszystko zawsze mu wychodzi, a wyposażenie go w hobby z prawdziwego zdarzenia i pokazanie, że momentami zachowuje się jak dziecko, też było dobrym posunięciem. W przypadku Soreya znacznie istotniejsza jest jednak rola, jaką postanowiono mu powierzyć, i to, w jaki sposób wychowany w praktycznie szklarniowych warunkach chłopak się do niej przystosowuje. Bardzo spodobało mi się to, że postanowiono pobawić się schematem wybawiciela ludzkości, ponieważ bycie Pasterzem nie jest ani łatwe, ani przyjemne. Wybraniec nie jest tu traktowany jak alfa i omega, a wręcz przeciwnie – fabuła na każdym kroku hamuje idealistyczne zapędy Soreya i jasno podkreśla, że jego prostolinijność nie wystarczy do uratowania świata, bo ten prócz czerni i bieli ma również sporo szarości. Cóż, chłopak jest w temacie zielony jak szczypiorek na wiosnę, sporo musi się jeszcze nauczyć i jakimś cudem wszyscy dookoła to zauważają. Nikt nie robi również z niego superbohatera, jest raczej uważany za kogoś, kto z głową pełną ideałów, podpisał mesjański cyrograf i jeszcze nie do końca zdaje sobie sprawę z konsekwencji. Nieświadomość bohatera w wielu kwestiach nie jest dzięki temu irytująca, a nieznajomość decorum i wynikająca z niej bezpośredniość w kontaktach z innymi – naprawdę odświeżająca.

Reszta drużyny to obowiązkowo zróżnicowane osobowościowo typy, które podobnie jak protagonista są klasyczne dla gatunku, ale nie odstraszają sztucznością zachowań, a ich wzajemne relacje śledzi się z przyjemnością. Trudno może mówić o jakimś większym rozwoju charakterów na tym etapie, ale ich „bazowe” osobowości są wystarczająco sympatyczne, by zadowolić większość widzów, a kto wie – może część druga dostarczy więcej informacji na ich temat. Miło też, że wyraźny ze względu na materiał źródłowy podział rodzajów mocy sprawia, że drużyna stanowi harmonijną całość i uniknięto sytuacji, w której jedynie wszechmogący Sorey ciągnie całość do przodu. Nieczęsto również zdarza się, żeby postaci żeńskie w tego typu historiach dysponowały umiejętnościami stawiającymi je na równi z męską częścią obsady. O pozostałych postaciach trudno na tym etapie napisać coś więcej ponad to, że są i pełnią w fabule konkretną rolę. Ale może druga część to zmieni.

Nawet jeśli pod względem fabularnym anime pozostaje w stanach średnich, to pod względem technicznym zapewnia widzom naprawdę efektowne fajerwerki. Projekty postaci są nieszczególnie oryginalne, ale bardzo przyjemne dla oka i przede wszystkim nikt nie wpadł na pomysł, żeby je udziwnić. Trzeba przyznać tylko, że nie wszystkie stroje są szczególnie praktycznie. Widać to szczególnie po ubiorze Alishy, bo brak odpowiednio długich spodni przy jeździe konnej może się dla niej naprawdę źle skończyć. Zresztą władająca ogniem Lailah też powinna mieć problemy z walką w takiej kreacji i butach… Ale powiedzmy, że się czepiam. Bardzo, ale to bardzo dobrze prezentują się natomiast tła i krajobrazy, w których widać naprawdę wiele szczegółów. Zachwycające są przede wszystkim widoki nieba o najróżniejszej porze, prezentujące niesamowite bogactwo kolorów. Co ciekawe, znaczną ilość projektów wykonano w pełni trójwymiarowo i tylko chyba raz elementy 2D wyróżniały się na ich tle. Szkoda, że w ogóle, ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Animatorzy spisali się na medal, wszystkie dynamiczniejsze sceny są bardzo płynne i na przestrzeni odcinków nie widać jakichkolwiek spadków formy. Muzycznie jest całkiem nieźle, acz nie powiem, żeby ścieżka dźwiękowa była szczególnie porywająca, choć fakt, że zwłaszcza spokojniejsze kompozycje potrafią naprawdę dobrze podkreślić klimat danej sceny. Miłe dla ucha są piosenki towarzyszące serii, ale jednak nie dorównują niezwykle energicznemu i świetnie zaśpiewanemu White Light z gry, które, co ciekawe, mamy okazję usłyszeć przy okazji prezentacji oryginalnej czołówki.

Tales of Zestiria the X to dopiero pierwsza część przygód dzielnego wybawcy ludzkości i jego kompanów, więc trudno ją jednoznacznie ocenić bez znajomości kontynuacji. Jako wprowadzenie do dalszej historii bardzo dobrze spełnia ona swoje zadanie. Akcja nie gna do przodu, ale też nie można narzekać na nudę, charaktery bohaterów zarysowano całkiem sprawnie. W oderwaniu od pierwowzoru anime ma do zaproponowania raczej standardowy scenariusz przygodówki fantasy – szału nie ma, ale to porządnie wykonana robota. Fabuła prezentuje przyzwoity poziom, a bohaterowie to całkiem barwna i sympatyczna gromadka. Czego by jednak nie pisać, jest to głównie cukierek dla oka i jako taki sprawdza się idealnie. Seans pierwszej serii uważam za udany i czekam na to, co przyniesie nam część druga.

Enevi, 2 marca 2017

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Ufotable
Autor: Bandai Namco Games
Projekt: Akira Matsushima, Daigo Okumura, Kousuke Fujishima, Minoru Iwamoto, Mutsumi Inomata
Reżyser: Haruo Sotozaki
Muzyka: Gou Shiina, Motoi Sakuraba

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Tales of Zestiria: The Cross - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl