Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
grafika: 7/10
muzyka: 6/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,75

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 95
Średnia: 7,63
σ=1,27

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Bungou Stray Dogs [2016]

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2016
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • 文豪ストレイドッグス [2016]
Widownia: Seinen; Postaci: Policja/oddziały specjalne, Przestępcy; Rating: Przemoc; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Supermoce
zrzutka

Krótki pokaz tego, jak powinno wyglądać anime Bungou Stray Dogs oraz długa powtórka z rozrywki. Czyli słów kilka o niedobranym mafijno­‑detektywistycznym duecie.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Nie ukrywam, że pierwsza seria Bungou Stray Dogs nie zachwyciła mnie w najmniejszym stopniu. Mimo to kilka postaci wydało mi się na tyle interesujących, że sięgnęłam po ciąg dalszy – z pewnością nie był to błąd, ale jeżeli ktoś ceni swój czas i nerwy, powinien zakończyć seans tej części po czterech odcinkach. I proszę potraktować tę radę poważnie!

Rzeczone cztery odcinki opowiadają historię Sakunosuke Ody (nazywanego przez wszystkich Odasaku), szeregowego członka Mafii Portowej i najbliższego, jeżeli nie jedynego, przyjaciela Osamu Dazaia. Dosłownie kilka godzin po towarzyskim spotkaniu z Odasaku i Dazaiem znika ich współpracownik i bardzo bliski kolega, Ango Sakaguchi. Szef Mafii zleca poszukiwania zaginionego właśnie Odzie, który mimo niskiej pozycji w hierarchii cieszy się ogromnym szacunkiem i uznaniem członków organizacji. Sytuacja jest wyjątkowo poważna, ponieważ Ango zna większość najbardziej skrywanych tajemnic Mafii, a gdyby zdradził je komuś, mogłoby to doprowadzić nawet do jej anihilacji. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że za zniknięciem Sakaguchiego stoi paramilitarna grupa Mimic, od jakiegoś czasu sprawiająca Mafii Portowej poważne kłopoty.

Gdyby druga seria Bungou Stray Dogs zakończyła się na tym krótkim epizodzie, z miejsca wystawiłabym jej przynajmniej dziewiątkę, a recenzja składałaby się z samych psalmów pochwalnych. Historia Odasaku, przybliżająca widzom także Dazaia jako przestępcę, to autentyczny majstersztyk i doskonały przykład tego, jak powinno wyglądać anime sensacyjne. Fabuła zachwyca poukładaniem i odpowiednimi proporcjami między dramatem a komedią. Bohaterowie nie nadużywają swoich mocy, znacznie częściej polegając na własnym rozsądku. Nie zabrakło nawet czasu, by ukazać więzy łączące trzech bardzo różniących się od siebie mężczyzn. Co tu dużo mówić, opisywany epizod to prawdziwe cudeńko i naprawdę bardzo żałuję, że nie jest on osobnym dziełem.

Niestety po tych czterech genialnych odcinkach historia wraca na „właściwe” tory, a na scenę ponownie wkracza Atsushi Nakajima. Tym razem nie musi się on bronić przed członkami Portowej Mafii, ponieważ niezadowolona z efektów ich pracy Gildia sama pojawia się w Jokohamie. Przywódca grupy, Francis, najpierw próbuje załatwić sprawę polubownie i oferuje szefowi Agencji walizkę pieniędzy w zamian za pozwolenie na prowadzenie biura, kiedy zaś Fukuzawa odmawia, rozpętuje się prawdziwe piekło. Gildia dochodzi do wniosku, że równie dobrze może przejąć władzę w mieście, niszcząc wszystkich przeciwników, co też zaczyna robić. Oczywiście ani Agencja, ani Mafia nie mają zamiaru się poddać, toteż rozpoczyna się ośmioodcinkowa bitwa na strategie, pełna pojedynków i wybuchów.

Cóż, brzmi to lepiej niż wygląda, ponieważ na ekranie przez większość czasu panuje totalny chaos. Poszczególni członkowie Gildii potykają się z pracownikami Agencji lub mafiozami, wszystko po to, by zaprezentować pęczek nowych postaci, także obdarzonych supermocami. Tymczasem ich przełożeni z miną pokerzysty co i rusz stwierdzają, że przewidzieli każdą ucieczkę, porażkę lub wybuch i nie ma się co martwić, wszystko idzie zgodnie z ich genialnym planem. Zresztą, pół biedy jak zaczynają coś tłumaczyć, gorzej, gdy ich decyzje nie mają żadnego logicznego wyjaśnienia i wydają się tylko kaprysem szaleńca. Jeżeli dodamy do tego kolejną porcję jęków Atsushiego, który nadal przeprasza wszystkich za to, że żyje i zazwyczaj okazuje się zupełnie bezużyteczny, obraz nędzy i rozpaczy dopełnia się.

Największym problemem tej odsłony Bungou Stray Dogs jest to, że łączy dwie odmienne pod każdym względem historie. Nie bardzo rozumiem, po co twórcy zdecydowali się przybliżyć widzom mroczną przeszłość Dazaia, skoro nie ma ona najmniejszego wpływu na wydarzenia z udziałem Gildii. Co prawda prezentujące ją odcinki są fantastyczne i tylko dzięki nim anime dostało ode mnie przyzwoitą ocenę, ale przypadkowość w doborze materiału na scenariusz trudno uznać za zaletę. Inna sprawa, że nie mieści mi się w głowie, w jaki sposób poziom widowiska może w ciągu jednego odcinka aż tak spaść. Bo nie czarujmy się, druga część serii wypada nawet gorzej niż poprzednia odsłona przygód detektywów­‑literatów. Sytuację ratuje zaledwie kilka pomysłów, między innymi krótkotrwały sojusz Dazaia i Chuuyi oraz spotkanie szefów Agencji i Mafii. Znamienne jest to, że wszystkie w miarę dobre sceny (poza jedną) pozbawione są obecności Atsushiego.

Chłopak działał mi na nerwy już w pierwszej serii, ale w drugiej przechodzi samego siebie. Mimo zdobycia pracy i przyjaciół gotowych ratować go z każdej opresji, mimo posiadania naprawdę wyjątkowej mocy, Nakajima nie przestaje narzekać i marudzić. Jakiekolwiek działanie z jego strony poprzedzone jest długim żałosnym monologiem oraz smutną w założeniu retrospekcją z sierocińca. Wyznanie o przypalaniu rozgrzanym pogrzebaczem przelało czarę goryczy – ostatnie drobiny empatii wyparowały, pozostało tylko pytanie, dlaczego tak rzadko owym pogrzebaczem obrywał… Naprawdę, ile można, nawet Akutagawa stracił cierpliwość i zaczął głąbowi tłumaczyć, co jest nie tak z jego podejściem do świata, tyle że Atsushi jednym uchem wpuścił, a drugim wypuścił. Wychodzi na to, że użalanie się nad sobą to po prostu jego sposób na życie.

Na szczęście anime dosłownie pęka w szwach od postaci, co prawda płytkich i pozbawionych jakiegoś głębszego rysu, ale przynajmniej dających się lubić… czasami. Naturalnie mówię tu o epizodzie z Gildią. Podobnie jak mieszkańcy Jokohamy, tak i goście z zagranicy mają literackie korzenie. Bohaterom przyjdzie się zmierzyć z Francisem Scottem Fitzgeraldem, Lovecraftem czy Markiem Twainem. Tak jak w przypadku pracowników Agencji i członków Mafii Portowej, moce i zdolności antagonistów są ściśle powiązane z dziełami literackimi ich pierwowzorów. Niestety nawet najciekawsze i najbardziej widowiskowe umiejętności nie zastąpią osobowości, tymczasem nowe postaci da się określić dwoma przymiotnikami na krzyż.

Generalnie w Bungou Stray Dogs widać pewien „trend”, dosyć często występujący w shounenach i pokrewnych. Otóż dostajemy stado wyjątkowo przepakowanych i ekscentrycznych bohaterów, balansujących na granicy szaleństwa, którzy mają się dobrze bić, efektownie wyglądać i po prostu ociekać zajedwabistością. Aby podkreślić ich wyjątkowość, każdy zostaje obdarzony jakąś cechą szczególną, czymś, co będzie wyróżniało go z tłumu innych wybitnych jednostek, po czym wszystko zostaje podporządkowane tej właśnie cesze. I tak widz dowiaduje się, że Kunikida zawsze jest śmiertelnie poważny i krzyczy, Ranpo potrafi rozwiązać każdą zagadkę kryminalną w minutę, a Chuuya nie lubi Dazaia. Problem polega na tym, że to wszystko, na co może liczyć widz. Postaci nie są ludźmi, tylko zmanierowanymi kukłami, poruszanymi wolą autora i scenarzysty. Jedna tego typu osoba, ewentualnie dwie, będą przyciągać uwagę, ale kiedy wypełnimy podobnymi indywiduami całą serię, efekt może okazać się zbyt męczący i krzykliwy. Zabrakło mi tu odrobiny normalności, pokazania, że oprócz bycia sławnymi detektywami lub przestępcami, bohaterowie są też ludźmi, od czasu do czasu dopadanymi przez codzienność i posiadającymi jakieś wady i słabości. I to nie tak, że się nie da, bo specyfika serii nie pozwala. Przecież w epizodzie o Odasaku się dało, mafiozów pokazano z ludzkiej strony i nagle Dazai przestał być tylko genialnym szaleńcem, myślącym głównie o samobójstwie. Z pociesznego błazna przeistoczył się w poważnego i inteligentnego mężczyznę, który podchodzi do obowiązków chłodno, ale potrafi rozluźnić się w towarzystwie przyjaciół i jest gotów poświęcić dla nich niemal wszystko. To samo tyczy się Ody, bohatera niemalże tragicznego, kroczącego drogą przestępstwa, ale marzącego o spokojnym życiu pisarza. Naprawdę szlag mnie trafia, kiedy pomyślę, jak porzucono trzy (o Ango nie dowiadujemy się zbyt wiele, ale i on potrafi zaintrygować widza) wspaniałe, złożone i psychologicznie wiarygodne postaci, na rzecz bandy płytkich kolorowych świrów.

Grafika praktycznie nie różni się od tej z pierwszej serii – projekty postaci są wierne mangowym pierwowzorom, zdolności bohaterów pokazano z odpowiednim przytupem, a i tła prezentują się całkiem nieźle. Efekty komputerowe, wykorzystywane dość często, w stopniu przyzwoitym łączą się z tradycyjnym rysunkiem. Także na oprawie wizualnej zaważył fakt, że zamiast jednej spójnej opowieści dostaliśmy dwie. Ocena grafiki pokrywa się w tym przypadku z oceną fabuły – czteroodcinkowa retrospekcja tonie w brązach i szarościach, ożywianych światłem zachodzącego słońca. Użyte środki artystyczne perfekcyjnie współgrają z fabułą, zachwyca nieco nostalgiczny nastrój retro, widoczny także w przemyślanych animacjach towarzyszących czołówce (mającej kilka wersji). Niestety w chwili, gdy fabuła powraca z przeszłości, ponownie robi się kolorowo, krzykliwie i momentami bardzo jarmarcznie. Bohaterowie paradują w strojach z różnych epok, błąkają się po pustostanach, portowych magazynach i pełnych przepychu rezydencjach. Jest widowiskowo, ale też kiczowato i chaotycznie. Tyczy się to również ścieżki dźwiękowej, bardzo niejednorodnej i pozbawionej myśli przewodniej. Obok klasycznych utworów wykorzystano sporo elektroniki – usłyszycie tu zarówno melancholijne, spokojne kompozycje, jak i energiczne, rytmiczne melodie. Czołówka została utrzymana w tym samym klimacie, co utwór znany z poprzedniej części. Reason Living w wykonaniu SCREEN mode to przyzwoity j­‑pop, którego da się słuchać bez zgrzytania zębami, podobnie zresztą jak piosenki towarzyszącej napisom końcowym (Kaze ga Fuku Machi Luck Life). Tak naprawdę nie ma się do czego przyczepić, ale też trudno uznać to za zaletę, ponieważ muzyka pełni w anime rolę wypełniacza i w oderwaniu od obrazu całkowicie traci sens. Wątpię, by ktokolwiek zapamiętał któryś utwór na dłużej.

Bungou Stray Dogs [2016] rozpoczyna się od trzęsienia ziemi, ale po czterech rewelacyjnych odcinkach na widza czekają tylko zgliszcza i kurz. Genialny koncept idzie w diabły, a seria zaczyna powielać błędy poprzedniczki. Mój mały rozumek nie jest w stanie pojąć, jakim cudem ekipa odpowiedzialna za pierwszą część stworzyła coś tak mrucznego jak epizod o Odasaku, po czym w dwadzieścia pięć minut pogrzebała nadzieje widzów. Jestem ogromnie rozczarowana i zawiedziona, bo chociaż nie spodziewałam się po kontynuacji niczego, początek pokazał, że twórcy jednak potrafią nakręcić niebanalną i wciągającą produkcję z wyższej półki. I wydaje mi się, że gdyby się przyłożyli, nawet ten nieszczęsny wątek Gildii wypadłby znacznie lepiej. Nie podejmę się wystawienia ocen cząstkowych za postaci i fabułę. Anime jest tak rozczłonkowane i nierówne, że trudno traktować je jako całość; w końcu dostajemy dwie niepowiązane ze sobą opowieści z zupełnie innym zestawem bohaterów (tak, dotyczy to również Dazaia). Podtrzymuję to, co napisałam na początku recenzji – obejrzyjcie cztery pierwsze odcinki i zapomnijcie, że istnieje jakikolwiek ciąg dalszy.

moshi_moshi, 7 września 2017

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: BONES
Autor: Harukawa 35, Kafka Asagiri
Projekt: Nobuhiro Arai
Reżyser: Takuya Igarashi
Scenariusz: Youji Enokido
Muzyka: Taku Iwasaki