Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

2/10
postaci: 4/10 grafika: 7/10
fabuła: 2/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

4/10
Głosów: 5 Zobacz jak ocenili
Średnia: 4,40

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 41
Średnia: 7,34
σ=1,92

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Slova)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Sword Art Online: Ordinal Scale

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 2017
Czas trwania: 120 min
Tytuły alternatywne:
  • ソードアート・オンライン -オーディナル・スケール-
zrzutka

Biorąc pod uwagę fakt, że SAO jest powieścią lekką, jej filmowa adaptacja z pewnością pofrunęłaby wyżej od niejednej gołębicy.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: tsukawka

Recenzja / Opis

Zanim zacznę, powiedzmy sobie jedno – wieszanie psów na Sword Art Online przestało być modne jakieś trzy lata temu. Każdy, kto chciał czy nawet nie, dowiedział się już dawno temu, dlaczego wykreowany przez Rekiego Kawaharę świat jest niespójny, co jest nie tak w jego wyobrażeniu na temat technologii teleinformatycznych, i dlaczego Suguha była najlepszą postacią. Dla niektórych pewne kwestie dotyczące SAO stały się oczywistością, dla innych trudną do przełknięcia prawdą, część naprawdę opornych na argumenty zawodników do dziś nie dała się przekonać do prawdziwego oblicza ich ulubionej serii, nie potrafiąc odpowiedzieć sobie na pytanie, czy lubią „sztukę miecza na linie” dlatego, że jest doskonała (a nie jest), czy dlatego, że im się podoba. Nie będę zagłębiał się w takie filozoficzne rozmyślania, raz przez oszczędność formy i cierpliwości czytelników, a dwa, że Sword Art Online nigdy nie było ich warte i służyło co najwyżej jako przykład, nie zaś obiekt rozważań. Rodzi się więc pytanie – co mieli w głowach autorzy, że wobec tak powszechnej wiedzy na temat ułomności własnego dzieła postanowili pójść za ciosem i podsumować wszystkie swoje błędne decyzje w jednym filmie? Cóż, to akurat jest proste – są Japończykami tworzącymi dla Japończyków, wobec czego ich gust pozostawia wiele do życzenia.

Nie ulega jednak wątpliwości, że największym problemem Sword Art Online od samego początku okazał się autor powieści, czy raczej jego wątpliwe zdolności literackie. O ile jednak te przewrotnie określane mianem literatury wypociny w pewnym stopniu spełniły oczekiwania czytelników i nawet udało się je zaadaptować jako scenariusz serialu animowanego (szkoda, że bez naprawiania oczywistych ułomności pierwowzoru), tak zupełnie nie rozumiem idei powierzania Kawaharze kompozycji scenariusza filmowego, nawet do spółki z reżyserem Tomohiko Itou, który wykazał się nie lada talentem przy okazji Gin no Saji (co w filmie objawia się tym, że warstwa obyczajowa, nieczęsto prezentowana, stoi wysoko ponad fabułą) i może pochwalić się pracą przy powstawaniu wielu innych filmowych produkcji. Niestety Gekijouban Sword Art Online: Ordinal Scale wcale nie jest jak serie telewizyjne – jest od nich nieoczekiwanie gorszy, o co naprawdę trudno w obliczu epizodu poświęconego przygodom w grze Gun Gale Online. Pełnometrażowe SAO realizuje wszelkie schematy miernej, pozbawionej wizji i pomysłu dojnej krowy, która ma zawierać tyle elementów atrakcyjnych dla potencjalnych odbiorców, by ściągnąć do kin jak najszerszą widownię, bez względu na to, jak owe elementy się ze sobą komponują lub, co więcej, czy ich istnienie w scenariuszu ma jakiekolwiek uzasadnienie fabularne. Ważne, by pokazać jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, by nie było żadnej wątpliwości, że to jest SAO. Jakie mniemanie twórcy mają o odbiorcach, że serwują im taką z pozoru lekkostrawną papkę, niech odpowie sobie każdy jeden widz samodzielnie.

Film stara się wpisywać w coraz bardziej dynamiczny trend rozszerzonej rzeczywistości, czyli projekcji danych cyfrowych do otaczającej ludzi przestrzeni. Oczywiście, jak to u Kawahary na ogół bywa, jakiekolwiek techniczne szczegóły wizji przyszłości okazują się nieistotne, zwyczajnie nagle pojawia się nowa technologia, która wypiera poprzednie. To nic, że do tej pory nie było o niej nawet wzmianki. Dzięki rozwojowi rzeczywistości rozszerzonej usprawnieniu ulegają czynności dnia codziennego, a użytkownicy nie tylko zyskują dostęp do danych w komfortowy sposób w każdym miejscu i chwili, ale też wciągają się w nowe formy interaktywnej rozrywki. Oto bowiem gry MMORPG przenoszą się do naszej rzeczywistości, a gracze nie tylko duchem, ale także i ciałem wcielają się w wirtualne awatary. Na ulicach miast dzięki specjalnym niby­‑słuchawkom, przechodnie mogą podziwiać zawodników zmagających się z potworami w wyjętej prosto ze snu scenerii. I tu rodzi się pierwszy zgrzyt – czy oni naprawdę blokowali ulice i w ogóle przeszkadzali wszystkim dookoła, skacząc i bawiąc się w swoje wątpliwej jakości gierki? I nikt nie widział w tym problemu?

Oczywiście granie nie byłoby graniem, gdyby nie towarzyszył mu jakiś ranking. I tu, o dziwo, Kirito wcale nie jest najlepszy. Ba, nowa forma rozrywki zupełnie do niego nie trafia, gdyż, uwaga uwaga, wymaga aktywności fizycznej! Nasz czarny szermierz po ukończeniu szkoły woli poświęcać się marnowaniu czasu i podejrzewam, że gdyby nie Asuna, w ogóle nie ruszałby się z domu. A skoro już o bożyszczu fanów mowa, to dziewczyna wykazuje o wiele więcej entuzjazmu w stosunku do nowej rozrywki i pnie się w górę w rankingu. Mimo takiego zaangażowania jej osiągnięcia nie wywierają większego wpływu na Kirito, który okazuje się zagorzałym tradycjonalistą i wciąż przegląda internet przy pomocy komputera osobistego, a rozmowy telefoniczne wykonuje dość archaicznie wyglądającym smartfonem, nie zaś w rzeczywistości rozszerzonej. Swoją drogą, jakże idiotycznie muszą wyglądać użytkownicy tejże, wykonując dziwne gesty w powietrzu w celu obsługi interfejsu. Aż dziw bierze (w sumie to nie), że Reki Kawahara nie pomyślał o tym, że skoro można robić człowiekowi projekcję świata wirtualnego prosto do mózgu (tak, to nie żadne okularki, tylko augmentacja pełną parą), to można też w drugą stronę, zamieniać myśli na tekst bez potrzeby naciskania palcem niewidzialnych przycisków. Niemniej oglądanie bez włączania rozszerzonej rzeczywistości tej całej zgrai mniej lub bardziej starych dzieci bawiących się w łowców potworów w środku miasta to dopiero musi być komedia. Piękne czasy nas czekają, piękne.

Rozpowszechnienie nowej technologii wcale nie oznacza, że wszyscy porzucili poprzednie gry. Główni bohaterowie regularnie spotykają się w znanej już z pierwszej serii telewizyjnej daczy, stanowiącej dla Asuny i Kirito oazę spokoju w wirtualnej rzeczywistości. Co jeszcze ciekawsze, w trakcie wszystkich tych spotkań Asuna zawsze stoi. Zawsze. Wszyscy siedzą, łącznie z Kirito, u boku którego wiernie stoi Asuna. Dlaczego stoi? Czy w wirtualnej rzeczywistości można dorobić się hemoroidów? A może czeka na pozwolenie (mizoginia! Patriarchalizm!)? Czy też, jako pani domu, woli spoglądać na wszystkich z góry? Doprawdy nie wiem. Sytuacja ta obrazuje jednak, jak bardzo spłycono charakter dziewczyny, czego jest mi niezmiernie szkoda, gdyż w drugiej serii telewizyjnej Asuna w końcu otrzymała osobowość wykraczającą poza obiekt fantazji widzów. Ale tu trzeba przyznać rację autorom, bowiem to właśnie Asuny dotyczy jedyna dobra scena, dla której może by nawet było warto obejrzeć kinową odsłonę SAO, gdyby była o połowę krótsza. Oto bowiem postanowiono położyć kres bojom zwaśnionych fanów i definitywnie uciąć wszelkie spekulacje na temat tego, jak wyglądają sutki głównej bohaterki. Tak, psze państwa, w filmie Asuna świeci gołym cycem bez cenzury, nie marnujcie ni chwili, tylko rzucajcie wszystko, co właśnie robicie, i pędźcie zarezerwować swój egzemplarz filmu na nośniku cyfrowym.

Niestety dla filmu w końcu pojawia się w nim fabuła. Ogólnie chodzi o to, że aranżowane w miejskiej przestrzeni batalie z potworami są zakłócane przez pojawianie się w innych miejscach jeszcze silniejszych potworów, a graczom po śmierci dzieje się coś z głową. Niezupełnie rozumiem, co by miało im zaszkodzić, skoro na własne życzenie pozbawiają się człowieczego rozumu i godności, ośmieszając się publicznie, ale gdy problem dotyka w końcu Asunę, oczywiste jest, że do gry musi wkroczyć Kirito. I oczywiście sprawę należy rozwiązać w jedyny sensowny sposób, czyli poprzez grę. Nic to, że do tej pory chłopak zdobył nie lada kontakty w policji i każdy sygnał z jego strony, że z nową technologią jest coś nie tak, spotkałby się najpewniej z adekwatną i zdecydowaną reakcją służb, zwłaszcza po tym, gdy kilka tysięcy dusz zginęło w wirtualnej rzeczywistości. Nie, przecież złoczyńcę trzeba dopaść na jego polu. Oczywiście cała sprawa to fragment większego spisku i wszystko jakoś jest powiązane z grą Sword Art Online, a rząd okazuje się niecny i knuje i to wszystko jego wina, a tak w ogóle to reguły działania świata obowiązują wszystkich poza Kirito i sypią się w chwili, gdy trzeba szybko zamknąć fabułę. Oczywiście należy to zrobić w taki sposób, by pokazać jak najwięcej bohaterów, którzy jednoczą się przeciwko złu, nawet jeśli w sumie to mają całą sprawę gdzieś.

Zazwyczaj jednak nawet tak mierne produkcje, jak chociażby Toaru Majutsu no Index: Endymion no Kiseki ratuje oprawa wizualna (a zauważam wiele podobieństw w konstrukcji fabuły i w założeniach obu tych anime), ale chyba obejrzałem zbyt wiele filmów kinowych z ery świetności anime i mam jakieś zawyżone standardy, gdyż pełnometrażowe SAO mnie nie zachwyca. Godne pochwały są najwyżej projekty postaci, zwłaszcza nowa fryzura Asuny i ubrania żeńskiej części obsady, ale ja zawsze zwracam na to uwagę i serie, w których bohaterowie mają kilka kompletów ubrań, mocno u mnie punktują. Tymczasem na tym lista plusów się kończy, gdyż szczegółowość rysunków była poniżej poziomu, jakiego oczekiwałbym od filmu, zaś animacja nie porywała. Owszem, zdarzyło się kilka lepszych sekwencji, ale były krótkie i zdecydowanie nie dorównywały temu, czym zachwycała pierwsza seria. Ogólnie wszystkie inne aspekty dynamicznych ujęć przyćmiewają komputerowe postefekty, które zapewne mają lepiej oddać wizję rozszerzonej rzeczywistości, lecz w nadmiarze działają przytłaczająco. Niemniej efekty wizualne same w sobie są bardzo dobre, podobnie jak tła i te dwa elementy stoją zdecydowanie wyżej, niż obie serie telewizyjne, ale też wyżej od całej reszty oprawy produkcji. Niestety, chociaż ogólnie animacja w filmie jest płynna i żywa, brakuje mi w nim popisowych scen, stanowiących oczywisty przejaw artystycznego geniuszu, a z takimi mieliśmy już w przypadku SAO do czynienia. Ponadto wszystkie ujęcia są bardzo szybkie i dramatyczne spowolnienie akcji nie następuje zbyt często. To utrudnia podziwianie dzieła, czyli konsumpcję animacji przez widza, podziwianie animacyjnych popisów, gdyż te w zasadzie nie mają nawet czasu nastąpić. Kilka błyskawicznych cięć mieczem z towarzyszeniem rozbłysków i po sprawie. To nie wygląda źle, wręcz przeciwnie, lecz nie zachwyca, co stanowi sedno problemu. A tymczasem animacja ma właśnie wzbudzać podziw. Choreografia potyczek także nie należy do najlepszych i znowu mam wrażenie, że pod tym względem to właśnie seria telewizyjna okazała się bardziej widowiskowa. Trochę też żałuję zastąpienia wszelkich efektów jakże nieocenioną przecież pracą specjalistów od fotografii i grafiki komputerowej, bowiem animowane odręcznie eksplozje i rozbłyski mają w sobie wiele uroku i wydaje mi się, że zawierają więcej ekspresji, która wykorzystana w odpowiedni sposób, jest w stanie podkreślić scenę bez jej zdominowania.

Moją opinię o kinowej odsłonie Sword Art Online przypieczętował seans innej, równie świeżej pełnometrażowej produkcji, a mianowicie Kantai Collection, któremu zapewne poświęcę osobny tekst, chociaż na razie jestem jeszcze przytłoczony tym, jak bardzo różne są to filmy. Owszem, wielu by powiedziało, że wyprodukowanie czegoś lepszego niż SAO to żaden wyczyn, jednak fakt faktem seria telewizyjna miała wiele zalet i sprawdzała się jako kino akcji. Przeniesienie tychże na srebrny ekran wydawało się raczej formalnością, a jednak przerosło autorów. Tymczasem KanColle, którego konsumpcja przerosła niejednego z powodu miernoty zarówno scenariusza, jak i całej koncepcji aż po oprawę wizualną, te cienkie i nijakie KanColle stanowiące nic ponad zrobioną „po taniości” reklamę gry mobilnej, doczekało się kinowej kontynuacji równającej z ziemią tak hucznie zapowiadane i przez wielu oczekiwane Ordinal Scale na polu reżyserii, scenariusza, oprawy wizualnej, kompozycji i odwagi, jaką wykazali się twórcy, a jakiej zabrakło ekipie odpowiedzialnej za SAO. Właśnie dlatego Gekijouban Sword Art Online: Ordinal Scale uważam za przejaw słabizny. Nie dlatego, że zostało konstruktywnie skopane, ale dlatego, że okazało się zupełnie takie, jak się spodziewałem, a zaskoczyć potrafiło najwyżej negatywnie. Tym właśnie objawia się różnica między dziełem tworzonym pod publikę, a dziełem tworzonym z artystycznych pobudek, choć wciąż pod publikę.

Generalnie, gdybym chciał dalej wbijać gwoździe do trumny Ordinal Scale, wystarczyłoby tylko wspomnieć o tym, że Yui wciąż istnieje i pojawia się w tym filmie. Ja jednak skorzystałem ze szlifowanej latami umiejętności wybiórczego widzenia i słyszenia, więc zupełnie zignorowałem jej obecność, co uczyniło seans chociaż trochę znośniejszym. Ale za to nadmienię, że czeka nas ekranizacja kolejnych tomów powieści, czyli Alicyzacji, wobec czego osoby zaznajomione z lekturą z pewnością świadome są tego, że po kolejnych ekranizacjach Sword Art Online spodziewać się można tylko najgorszego. Chyba że ktoś w komitecie produkcyjnym wyrzuci materiał źródłowy przez okno.

Slova, 24 października 2017

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: A-1 Pictures
Autor: Reki Kawahara
Projekt: abec, Gou Suzuki, Ryouta Yanagi, Shingo Adachi, Tomoya Nishiguchi
Reżyser: Tomohiko Itou
Scenariusz: Reki Kawahara, Tomohiko Itou
Muzyka: Yuki Kajiura