Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 4/10 grafika: 7/10
fabuła: 5/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 5 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,60

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 75
Średnia: 6,04
σ=2,06

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Fate/Apocrypha

zrzutka

Odwieczna walka magów o Graala, tym razem prowadzona w trybie drużynowym.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Istnieje nieskończona liczba kombinacji, które można zastosować do opowiedzenia tej samej historii, zaś animowanie uniwersum Fate od czasów pierwszej serii, Fate/stay night, prezentowało kilka interesujących sposobów na odświeżenie sprawdzonego motywu. Fani otrzymali dzięki temu nie tylko interpretację innych wątków znanej visual novel, ale też retrospekcję, parodię, filmy pełnometrażowe i niemal wszystko, czego dusza zapragnie. A jednak mimo tak bogatego repertuaru, zawsze znajdzie się ktoś, kto postanowi zarobić na znanej marce i spróbuje czegoś nowego, rozsądnie przy tym zakładając, że publiczność nie będzie zainteresowana odgrzewanymi kotletami.

Za kolejną animowaną wojnę magów o świętego Graala odpowiedzialne jest A­‑1 Pictures, którego reputacja nie jest najlepsza, głównie za sprawą adaptacji będących zdaniem wielu fanów danych produkcji zbrodnią na materiale źródłowym. Tym niemniej studio udowodniło, że potrafi także stworzyć ciekawe anime, zwłaszcza jeżeli zamiast prób wplecenia do scenariusza czegokolwiek ambitnego, skupia się na lekkiej i przyjemniej rozwałce. Gdy więc dowiedziałem się, że ideą Fate/Apocrypha ma być zwiększenie liczby uczestników wojny o Graala o 100% poprzez wprowadzenie dwóch drużyn, z których każda ma do dyspozycji klasyczny dla cyklu zestaw magów i sług, byłem pozytywnie nastawiony. Miałem nadzieję na spektakularne potyczki, a także zróżnicowanych bohaterów obdarzonych interesującymi mocami, co łatwo było osiągnąć, mając do dyspozycji podwojoną obsadę.

Początkowe odcinki podtrzymywały moje optymistyczne postrzeganie tytułu. Serial powoli wprowadzał kolejne postacie, stopniując napięcie przed pierwszym poważnym starciem. Nie od razu było wiadomo, kto stanie się głównym bohaterem (pomijając oczywiście wskazówki w openingu), a fakt, że w obu drużynach znajdowali się uczestnicy mający własne, nie zawsze zbieżne z interesem ogółu motywacje, dawał nadzieję na ciąg dalszy obfitujący w zwroty akcji i nieoczywisty rozwój wypadków. Nawet nieco nadęta i pompatyczna atmosfera nie przeszkadzała i wydawała się na miejscu, a teatralne zachowania niektórych bohaterów czyniły ich nieco zabawnymi, ale w gruncie rzeczy sympatycznymi. Wystarczyło iść dalej tą drogą i systematycznie rozwijać intrygę, podnosząc jedynie spektakularność walk, nawet jeśli miałaby stać się przesadna. Niestety, A­‑1 Pictures nie potrafiło usiedzieć w miejscu i postanowiło podnieść stawkę, dodając wątki, które w założeniu miały zapewne wywołać w widzu emocjonalne przywiązanie do postaci, na miarę innych anime z uniwersum Fate. Zupełnie niepotrzebnie, gdyż anime broniło się przyzwoicie bez potrzeby dodatkowej ingerencji.

W zasadzie największy zarzut wobec anime sprowadza się do obecności Siega, homunkulusa uratowanego z zamku jednej z frakcji i w konsekwencji dalszych wydarzeń biorącego aktywny udział w walkach. Jego największą wadą jest nie tyle irytująca praworządność i skłonność do poświęceń, co efekt, jaki cechy te wywierają na pozostałych bohaterów, zarówno towarzyszy, jak i przeciwników. Sieg jest zbyt doskonały moralnie, by jakikolwiek czarny charakter, nawet obdarzony interesującą i niejednoznaczną motywacją, mógł być traktowany serio. Wszystkie próby stworzenia interesującego konfliktu są z góry skazane na porażkę, gdyż protagonista z definicji ma zawsze rację i samą siłą prawości, przyjaźni i tęczy jest w stanie wygrać wszystko. Wspomniałem wcześniej, że od studia spodziewałem się fabularnej prostoty, jednakże żadną miarą nie chciałem, by zastąpiła ją infantylność. A­‑1 Pictures po raz kolejny udowadnia, że ma problem z wyidealizowanymi, niemalże wszechmogącymi bohaterami, którzy nawet w taśmowym shounenie nie mieliby racji bytu. Żeby było zabawniej, Sieg przez swoją chęć niesienia bezinteresownie pomocy mimo braku odpowiednich umiejętności dwa razy pakuje się w nie lada tarapaty, jednakże deus ex machina niezawodnie pojawia się na ratunek. To bodaj najbardziej bezczelne wykorzystanie fabularnego pancerza, jakie miałem okazję oglądać od dłuższego czasu. Obdarzony niespodziewaną mocą bohater tylko utwierdza się w swych szlachetnych przekonaniach i konsekwentnie pakuje się w kolejne tarapaty, a usadowieni po drugiej stronie ekranu widzowie z przerażeniem odkrywają, że to w zupełności wystarcza mu do odnoszenia sukcesów.

O dziwo, ów pozbawiony skazy homunkulus w lśniącej zbroi odznacza się też dziwnym magnetyzmem, przekabacając na swoją stronę kolejnych uczestników wojny o Graala i ratując świat przed losem zerżniętym z klasyki anime i zajęć na pierwszym roku filozofii. Pomagierzy, nawet jeżeli początkowo obdarzeni pewnym potencjałem, szybko dostosowują się poziomem do swego dowódcy. Naiwność i ideały skłonny byłem wybaczyć jedynie sędziującej w turnieju Joannie d’Arc, wszak jak dowodzi historia, jej reprezentacyjna rola nie wymagała cech, którymi mogłaby później zaskakiwać w służbie magów. Niestety, drużyna A z czasem staje się coraz większa, a relacje między jej członkami praktycznie nieistniejące. Gdy przypomnę sobie interesujące rozmowy uczestników wojny w Fate/Zero, czy nawet przegadane, ale wciąż świeże w swoim czasie Fate/stay night, postacie w serialu A­‑1 Pictures wypadają blado. Jest ich więcej, przez co zdarzają się ciekawe konflikty, zwłaszcza w przypadku relacji mistrz­‑uczeń, ale większość nietuzinkowych bohaterów odgrywa marginalne role.

Kolejną, przynajmniej w moim odczuciu, wadą, jest stylistyka obrana przez twórców. Rysownicy poszli w stronę mało oryginalnego, jak najbardziej uniwersalnego sposobu przedstawiania bohaterów, którzy w wielu przypadkach stanowią klony tego samego owalu twarzy z nieco odmienioną fryzurą i kolorem oczu. Ponadto kontrowersyjny wybór obsady (interpretacja Kuby Rozpruwacza woła o pomstę do nieba), powoduje, że momentami mam wrażenie, jakbym wciąż oglądał Prisma Illya od Silver Link, a nie pełnoprawną część historii, aspirującą do miana poważnej. Na szczęście, jeśli chodzi o poziom szczegółowości walk, które wobec miałkości fabularnej stanowią podstawowy powód, by serię oglądać, nie mam zbyt wiele do zarzucenia. Widoczne momentami spadki jakości animacji nie zmieniają faktu, że Fate/Apocrypha to uczta dla oczu, o ile komuś nie przeszkadza fakt, że potyczki są miejscami tak spektakularnie przesadzone, że nie do końca już wiadomo, co się dzieje na ekranie. Zarówno magowie, jak i przywołani przez nich herosi, prześcigają się w popisywaniu się mocami wywołującymi efektowne różnokolorowe eksplozje. Nie zabrakło też bardziej pasywnych zdolności, ale nawet wówczas zasada jest jedna – końcowy efekt musi być spektakularny i potężny.

Ścieżka dźwiękowa jest standardowa, i choć wpada w ucho, to po obejrzeniu n­‑tego z kolei serialu spod znaku Fate nie robiła na mnie większego wrażenia. Motywy były ograne i choć doskonale podkreślały widowiskowość walk, zabrakło im własnego stylu, który sprawiłby, że miałbym szansę zapamiętać je na dłużej. Również gra seiyuu jest poprawna ze wskazaniem na dobrą, jednakże zbyt wiele postaci albo porozumiewa się krzykiem, albo ma zwyczajnie irytujący ton, na czele z Siegiem (Natsuki Hanae powinien pozostać przy Digimonach) i Riderem drużyny Czarnych (to już prawdziwa aktorska porażka, ale celowa, w myśl taniego fanserwisu). W ostatecznym rozrachunku aktorzy głosowi ratują kilka przeciętnych postaci, które, pozbawione zajmujących historii, mogą się przynajmniej wykazać ciekawą ekspresją.

Podczas oglądania Fate/Apocrypha nie mogłem nie zadać sobie dwóch istotnych pytań. Po pierwsze, czy anime nie byłoby lepsze puszczone na podwójnej prędkości odtwarzania, by uczynić akcję jeszcze bardziej dynamiczną i skrócić męki wynikające ze słuchania protagonisty (dla zainteresowanych, tak, jest o wiele lepsze), a także: dla kogo właściwie miało być przeznaczone. Wojny o Graala nie potrzebowały dodatkowej reklamy, to marka wśród fanów japońskiej popkultury znana i to niezależnie od pokolenia. Tymczasem tutaj powstało coś, co na każdym kroku stara się przypodobać jak największej liczbie widzów, ostatecznie nikomu w pełni nie odpowiadając. Zbyt wiele elementów wskazuje na celowość takiego działania – podrasowany fanserwis, uniwersalny i niekontrowersyjny styl, wykorzystanie scenariusza z dwa razy liczniejszą obsadą. Dziwi mnie to niezmiernie, albowiem pracując nad tak popularną serią, można wykazać się odrobiną własnej inwencji i podkolorować materiał wyjściowy tak, by zapadał w pamięć czymś innym niż irytujący główny bohater. A­‑1 Pictures niczego nie musiało, wobec czego podjęło najgorszą możliwą decyzję i postanowiło nie robić nic. Obawiam się, że stało się tak nie dlatego, że bano się reakcji fanów na jakiekolwiek zmiany, ale dlatego, że zgromadzeni twórcy inaczej nie potrafili, a ich wcześniejsze prace wydają się to jedynie potwierdzać. Oczywiście nie sposób mieć wyłącznych pretensji do autorów serialu o elementy, co do których wyraziłem swoją dezaprobatę. To wciąż adaptacja, ograniczona w istotny sposób treścią oryginału i nie można przypisywać wszystkich win jednej ekipie.

W recenzji padło już sporo gorzkich słów, zaś gdybym chciał zagłębić się w fabularne niuanse i uchylić rąbka tajemnicy, mógłbym Was, drodzy czytelnicy, zasypać kolejnymi przykładami nieudanych bądź zwyczajnie nielogicznych rozwiązań. Jednocześnie podstawowy cel, który zakładałem sobie na początku seansu, czyli niezobowiązująca rozrywka w rytm brzęku mieczy i błysku magii, został osiągnięty. Cieszą mnie rzeczy małe, takie jak odgadywanie prawdziwych imion dawnych herosów, fakt, że nikt nie zdecydował się podzielić serialu na dwa sezony, jak i to, że mimo wszystko można było obejrzeć ów świat z perspektywy innej grupy twórców, gdyż nawet ufotable w Unlimited Blade Works zaczęło się już wyraźnie powtarzać. Żałuję, że w ogóle silono się na nadanie scenariuszowi fabularnej głębi, ale rozumiem, że produkcja rządzi się swoimi prawami. Ostatecznie powstała prosta rozrywka na długie zimowe wieczory, ale w historii cyklu zapamiętana zostanie jako do tej pory najsłabsza odsłona, nawet jeśli znajdzie grono oddanych wielbicieli.

Tassadar, 10 lutego 2018

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: A-1 Pictures
Autor: Type-Moon, Yuuichirou Higashide
Projekt: Ariyoshi Yamada, Hidekazu Ebina, Kazuma Tanaka, Kiminori Itou, Ototsugu Konoe, Tomoko Sudou
Reżyser: Yoshiyuki Asai
Scenariusz: Yuuichirou Higashide
Muzyka: Masaru Yokoyama

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Fate/Apocrypha – wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl