Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Sakurakon VII

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

2/10
postaci: 2/10 grafika: 7/10
fabuła: 2/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 1
Średnia: 8
σ=0

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Enevi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Koutetsujou no Kabaneri ~Unato Kessen~

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 2019
Czas trwania: 70 min
Tytuły alternatywne:
  • Kabaneri of the Iron Fortress: The Battle of Unato
  • 甲鉄城のカバネリ~海門決戦~
Tytuły powiązane:
Postaci: Samuraje/ninja; Rating: Przemoc; Miejsce: Japonia; Czas: Przeszłość; Inne: Supermoce
zrzutka

Pomyślałby kto, że nie ma sensu reanimować gnijącego trupa, ale pancerny pociąg zombi dalej jedzie przed siebie…

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Enevi

Recenzja / Opis

W momencie swojej premiery opowiadające o steampunkowej apokalipsie zombi Koutetsujou no Kabaneri jawiło się jako może niekoniecznie ambitna, ale dostarczająca lekkiej rozrywki seria z przyjemną zarówno dla oka, jak i ucha oprawą techniczną. I gdyby problemem były jedynie mocno naciągane, ale efektowne realia, to może całość dałaby radę dojechać do celu. Niestety, z czasem okazało się, że pod płaszczykiem radosnego wyżynania żywych trupów kryje się intryga równie wielka, co idiotyczna, która spowodowała bardzo spektakularne wykolejenie się całej produkcji. Jakimś cudem jednak doceniono tę tragedię na szynach, co najprawdopodobniej dało zielone światło dla dwuczęściowego filmu streszczającego serial, gry mobilnej oraz… kontynuacji.

Tytułowa bitwa o Unato rozgrywa się mniej więcej pół roku po wydarzeniach z poprzedniego anime. Jak się dowiadujemy z narracji początkowej, po upadku rządów siogunatu Amatori pogrążony w chaosie kraj podzielił się na mniejsze frakcje samodzielnie walczące z trupim kataklizmem. Słowem: rozbicie dzielnicowe – reaktywacja. Niestety, informacja ta niewiele wnosi do fabuły filmu, który do życia pasażerów Koutetsujou wnosi jeszcze mniej. Ot, docieramy do niby ważnego punktu na drodze do końcowej stacji, który z jakiegoś powodu Koalicja Regionu Hokuriku (dzisiejsze prefektury Fukui, Ishikawa, Niigata i Toyama) postanawia odbić z rąk zombi akurat w momencie, kiedy w pobliżu przejeżdża skład pod wodzą młodej panny Yomogawy.

Gdyby jeszcze dać tu sensowną podbudowę, to może wyszłoby z tego coś oglądalnego. Ale cóż, ostatecznie widz dostaje podany bez żadnego kontekstu ultrakrótki i chyba mający poruszyć wstęp oraz przygotowaną bez żadnego pomyślunku bitwę z bardzo słabym finałem. Piszę „przygotowaną”, ale patrząc na następujące po sobie sceny, można odnieść wrażenie, iż scenarzysta podczas planowania tej walki rzucał kostką, na której numerki odpowiadały przypadkowym zdarzeniom ułożonym w jeszcze bardziej przypadkowej kolejności, i liczył, że to połączenie jakimś cudem będzie stanowić spójną całość. Cóż, powiedzmy, że niespodziewany atak hordy żywych trupów to najmniejszy problem… Ba, dobrze umiejscowiony mógłby być dobrą przeciwwagą dla planów armii Koalicji, gdyby tylko te plany miały chociaż odrobinę sensu. W praktyce na ekranie przez prawie cały czas panuje kompletny chaos, spowodowany głównie tym, że twórcy robią z lwiej części obsady (i nie chodzi tu o cywili, a o dowódców wojskowych) kompletnych idiotów, którzy o strategii w życiu nie słyszeli. Jeszcze ciekawsze jest to, że dysponujące kluczowymi informacjami postaci dzielą się nimi z pozostałymi w najmniej odpowiednim momencie. I jest to ewidentna głupota scenariusza, a nie umyślne działanie rzeczonego delikwenta na szkodę ludzkości. Prócz ogólnego bałaganu fabularnego, istotnym problemem jest również to, że film to dosłownie powtórka z drugiej połowy serii, przez którą wszystko się posypało. To z kolei sprawia, iż mimo szybkiego tempa akcji cała ta zadyma jest zupełnie bezbarwna i śmiertelnie nudna.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że odpowiednio dużo czasu ekranowego trzeba poświęcić głównym bohaterom z serii telewizyjnej, trudno więc do ledwie ponad godzinnego filmu wprowadzić nowe postaci, które widz mógłby zapamiętać. Szkopuł tkwi w tym, że twórcy nawet nie próbowali. Pomijam tu tłum statystów, których sama obecność w takiej liczbie i różnorodności płciowo­‑wiekowej akurat w tym miejscu jest mocno zastanawiająca. Nowi i nazwani członkowie obsady to dyndająca na sznurkach idiotycznego scenariusza grupa marionetek pozbawionych nie tylko charyzmy czy zdrowego rozsądku (co w przypadku dowódców wojskowych by się przydało), ale przede wszystkim chociażby szczątkowych charakterów. Teoretycznie znaczący cokolwiek przedstawiciele Koalicji są płascy jak kartka papieru, antagonista zaś jest antagonistą tylko dlatego, że tak napisano w scenariuszu. O ile jeszcze po wojskowych z Hokuriku widać, że są tu tylko po to, żeby byli, to kreowana na czarny charakter filmu postać jako jedyna została widzowi jakkolwiek przybliżona. Nieudolne zaprezentowanie tego wątku sprawia jednak, że jego losy najprawdopodobniej będą obchodzić widza tyle, co zeszłoroczny śnieg. Wisienką na tym bardzo wątpliwej jakości torcie jest to, że znani już nam i wcale nie tak źle zaprojektowani bohaterowie z pociągu Koutetsujou prezentują się tak samo jak cała reszta obsady – w zależności od danej sceny albo kompletnie nijako, albo wyjątkowo irytująco.

Mamy do czynienia z filmem kinowym, więc nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby wzrok i słuch przykuwała oprawa audiowizualna. Cóż, przykuwać może nie przykuwa, ale w porównaniu do warstwy fabularnej prezentuje się na tyle w porządku, że w sumie nie ma co aż tak bardzo narzekać. Zachwycać też jednak nie ma się czym, ponieważ podobną jakość miały pierwsze odcinki serii telewizyjnej, która powstała dobrych kilka lat temu. Pomijając brak rzucających się w oczy krzywizn i czkawek animacyjnych, od strony technicznej jest to najzwyczajniej w świecie powtórka z rozrywki (przynajmniej tu nie jest to wadą). Ładne projekty postaci, niezwykle barwne i szczegółowe tła, w miarę płynna animacja i średniej jakości, ale nie aż tak bardzo rażące efekty trójwymiarowe. Niestety, nie odświeżono choreografii dynamicznych i efektownych walk (przede wszystkim w wykonaniu Mumei), a statyczne, ale epileptycznie trzęsące się ujęcia bitewne nadal są obecne.

Nieszczególnie popisał się również kompozytor, a miło byłoby usłyszeć jakieś nowe melodie, bo chociaż Hiroyuki Sawano tworzy wszystko w jednym stylu, to większość jego bombastycznych ścieżek dźwiękowych prezentuje się naprawdę dobrze. Godzina z hakiem to niby niewiele, ale akurat piosenki Koutetsujou no Kabaneri miało naprawdę dobre, szkoda więc, że tu usłyszymy tylko jedną nowość. I jak nie mam nic przeciwko zespołowi Egoist, tak znacznie bardziej wolałabym usłyszeć Aimer lub kogoś innego na stale współpracującego z panem Sawano, bo Sakase ya Sakase wypada po prostu tak sobie. Seiyuu szczególnie dużo do zagrania nie mieli, ale aż szkoda, że Shinichirou Mikiego zaangażowano do tak małej i w gruncie rzeczy scenariuszowo słabej roli.

Zdaję sobie sprawę, że praktycznie zmieszałam tę produkcję z błotem, a obiektywnie patrząc, na rynku animowanym pojawia się dużo znacznie gorszych tytułów, ale Unato Kessen w oderwaniu od i tak słabej serii telewizyjnej właściwie nie ma racji bytu. Jako część składowa opowieści, szumnie nazywana kontynuacją, zupełnie nie wywiązuje się ze swojego zadania, bo rozgrywające się tu wydarzenia na bohaterów wpływu nie mają prawie żadnego i równie dobrze całej tej bitwy mogłoby nie być (teoretycznie powiedziano, że Unato jest ważnym punktem na mapie Japonii, ale nie wyjaśniono, dlaczego tak jest). A jeśli, co gorsza, jest to wstęp do kolejnego serialu (Panie, uchowaj), to czarno widzę przyszłość tego uniwersum. Znaczy, jeszcze czarniej niż obecnie się ono prezentuje.

Enevi, 28 maja 2019

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Wit Studio
Projekt: Haruhiko Mikimoto, Yasuyuki Ebara
Reżyser: Tetsurou Araki
Scenariusz: Ichirou Ookouchi, Tetsurou Araki
Muzyka: Hiroyuki Sawano