Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Zapraszamy na Discord!

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

9/10
postaci: 8/10 grafika: 6/10
fabuła: 8/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 8,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 29
Średnia: 7,45
σ=1,38

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Given

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2019
Czas trwania: 11×24 min
Tytuły alternatywne:
  • ギヴン
Tytuły powiązane:
Widownia: Josei; Postaci: Artyści, Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Realizm, Shounen-ai/yaoi
zrzutka

Sezon lato 2019 – dostajemy porządnie zrealizowane, niebędące durną komedią romantyczną shounen­‑ai z fabułą, które może się podobać nie tylko fanom gatunku. Wreszcie!

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Tak, już słyszę te słowa oburzenia po przeczytaniu wstępu – nie pisz głupot, znalazłoby się parę innych dobrych tytułów, a i te nazwane przez ciebie „durnymi komediami romantycznymi” produkcje mogą się podobać. Święta prawda. Sama nieźle się bawiłam na Gravitation, z kolei Doukyuusei to dla mnie idealny przykład pięknej historii o miłości; o innych seriach (np. Hybrid Child) też czytałam wiele dobrego. Zdołałam obejrzeć również – z naciskiem na „zdołałam” – bodajże najpopularniejsze anime z gatunku, czyli twory Shungiku Nakamury, Junjou Romantica i Sekai­‑ichi Hatsukoi; nie krzywiłam się też zbytnio przy seansie Love Stage!! czy Hitorijime My Hero. Tylko, no właśnie… Pytanie, ile z powyższych i innych, niewymienionych tu tytułów, rzeczywiście jest w stanie zainteresować kogoś poza wielbicielkami związków męsko­‑męskich? Albo inaczej, bo o zainteresowanie dość łatwo, wystarczy nie czuć wstrętu do całujących się facetów – które anime oferuje więcej niż wyłącznie wątek romansowy, tzn. jakieś bardziej skomplikowane treści? Nie rozwijając dalej tych kwestii, wydaje mi się, że niewiele (pomijam serie, których klasyfikacja do shounen­‑ai jest dyskusyjna typu No. 6 czy Modao Zushi). Adaptacja wciąż wychodzącej mangi Natsuki Kizu stworzona przez studio Lerche (wcześniej pojawiło się słuchowisko) przedstawia się jako coś świeżego w pełnym sztampowości świecie BL, nie cierpi bowiem na brak fabuły, a ponadto ma szereg innych zalet, które czynią z niej bardzo dobrą produkcję.

Licealista Ritsuka Uenoyama razem z dwoma starszymi kolegami, Akihiko Kajim i Harukim Nakayamą, tworzy zespół rockowy Season (imiona chłopaków zawierają w sobie nazwy poszczególnych pór roku). Poza graniem na gitarze uprawia też koszykówkę, ale ani jedno, ani drugie nie sprawia mu takiej przyjemności jak kiedyś. Zdecydowanie bardziej woli ucinać sobie drzemkę na szkolnych schodach. Gdy już szykuje się do odbycia kolejnej, ze zdumieniem odkrywa, że jego miejsce na odpoczynek zajmuje inny uczeń, Mafuyu Satou, co więcej, przyciskający do siebie dobrze znany Ritsuce instrument. Gitara Mafuyu daje Uenoyamie kolejny powód do zdenerwowania, okazuje się bowiem mieć zerwaną strunę. Dla dbającego o swój sprzęt chłopaka to za wiele – nie potrafiąc opanować wzburzenia, naprawia szkodę, przy okazji pokazując trochę swoich umiejętności. Zachwycony Mafuyu prosi, by nauczył go grać. Początkowe opory Ritsuki znikają, gdy słyszy głos Sato. Teraz to on zaczyna błagać chłopaka, żeby dołączył do zespołu.

Starania Ritsuki o pozyskanie Mafuyu do grupy trochę trwają, ostatecznie jednak chłopak zgadza się zostać wokalistą Season (mimo że imię Satou również zawiera jedną z pór roku, zespół zmieni później nazwę na… tak, dobrze myślicie). Jednocześnie uczy się dalej gry na gitarze, a że jest pojętnym uczniem, szybko robi postępy. Wkrótce znajomy Harukiego daje im możliwość zagrania pierwszego koncertu w nowym składzie. Uenoyama podejmuje się skomponowania piosenki dla Satou, ten zaś otrzymuje zadanie napisania do niej słów.

Fabuła Given jest, jak można przeczytać wyżej, bardzo prosta. Dwóch chłopaków się poznaje, jeden dołącza do zespołu drugiego i zaczynają, z dwójką innych, przygotowywać się do występu. W międzyczasie uczą się, grają w koszykówkę lub spędzają czas w knajpie. Jeśli w moich słowach pobrzmiewa złośliwość, to absolutnie niezamierzenie – ja fabułę anime oceniam zdecydowanie pozytywnie już chociażby ze względu na fakt, że w ogóle możemy ją tutaj znaleźć; tutaj, czyli w serii shounen­‑ai (patrz – pierwszy akapit recenzji). Lerche zdecydowało się zaadaptować konkretny wycinek historii (niecałe trzy tomy mangi), dzięki czemu otrzymaliśmy spójną i względnie zamkniętą opowieść z płynnie następującymi po sobie kolejnymi etapami, która nie straszy widzów brakiem podsumowania. Można zatem cieszyć się z kompletnego pod względem fabuły tytułu (z pewnym zastrzeżeniem, o czym niżej), który jednocześnie zostawia na końcu furtkę zapowiadającą dalszą część perypetii Season. Nie trzeba się martwić, że na obietnicy się skończy – już po emisji ostatniego odcinka ogłoszono kontynuację w formie filmu.

Fabuła jest zatem prosta… chwila, nie. Pisanie czegoś takiego sprowadzałoby anime do opowieści o zespole muzycznym, tymczasem seria ma znacznie więcej do zaoferowania. Nie twierdzę, że otrzymujemy tak skomplikowaną, że aż prawie niezrozumiałą produkcję, już jednak próba odpowiedzenia sobie, co tu tak naprawdę jest głównym wątkiem, może sprawiać trudności. Więcej – czy w ogóle da się mówić tylko o jednym najważniejszym wątku? Po długim zastanowieniu stwierdzam, że nie, że Given zawiera aż trzy pierwszorzędne historie. Mamy tu do czynienia z losami pewnej grupy rockowej, która wraz z pozyskaniem nowego członka wchodzi w kolejny etap kariery. Patrzymy na jej próby, teraz skupione na wokaliście, poznajemy upodobania muzyczne każdego z chłopaków, wyczekujemy pierwszego występu w poszerzonym składzie. W omawianej warstwie anime wydaje się najmniej wciągające, i zapewne skończyłoby właśnie jako banalna seria muzyczna (aczkolwiek sprawnie zrealizowana i miło się oglądająca i słuchająca), gdyby nie obecność dwóch pozostałych wątków, które zmieniają je w znacznie bardziej atrakcyjny tytuł. Oczarowanie Ritsuki przez Mafuyu nie kończy się na chwilowym zauroczeniu, tylko z czasem zamienia się w silne i trudne uczucie; trudne, bowiem dla niedoświadczonego w tych sprawach Uenoyamy nieznane i dziwne. Większym jednak problemem okazuje się poznanie prawdy o byłym chłopaku Satou, Yukim, którego wspomnieniem protagonista wciąż żyje, co także wpływa na atmosferę w zespole. Wszystkie trzy wątki uzupełniają się nawzajem, jednak to wątek romansowy i ten dotyczący przeszłości Mafuyu najmocniej ze sobą współgrają, dostarczając wielu emocji. Autorka, wykorzystując szereg porównań i metafor, których omówienie zajęłoby kolejne pół strony, potrafiła w zajmujący sposób opowiedzieć o miłości, tęsknocie i paru innych poważnych tematach, jednocześnie unikając pułapki ckliwości.

Chciałabym tu przejść do zapowiedzianego wcześniej zastrzeżenia w związku z fabułą. Mowa o relacji między Akihiko a Harukim, koło których (dokładnie tego pierwszego) kręci się tajemnicza postać genialnego skrzypka Ugetsu Muraty. Ponieważ zaadaptowana część mangi skupia się na Uenoyamie i Satou, pozostała dwójka nie otrzymuje dość czasu antenowego, by ich historia mogła w pełni wybrzmieć. To jeszcze pół biedy, gorzej, że ostatni odcinek pod tym względem nie przynosi żadnej konkluzji, konkretniejszego podsumowania tego, co widzieliśmy. Mnie co prawda brak np. jakiegoś wyznania nie przeszkadzał, a zapowiedź kontynuacji w formie filmu, który skupi się na wymienionych wyżej postaciach, dodatkowo pozwala przymknąć oko na otwarte zakończenie, z obowiązku recenzenckiego jednak wspominam o tej sprawie, zwłaszcza że wielu widzom starsi członkowie Season wydadzą się ciekawsi niż główny duet. Podobnie, jeśli już jesteśmy przy słabszych stronach anime, może rozczarować mało przekonujące wyjaśnienie zdarzenia z Yukim.

Próba pogodzenia się z tragiczną przeszłością, pragnienie wybaczenia za wcześniejszą obojętność (wątek związany z dawnym przyjacielem Mafuyu), konfrontacja z nieznanym uczuciem – choć w anime nie brakuje humorystycznych czy po prostu lekkich momentów, zaś cała historia kończy się optymistycznym akcentem, trudno tę serię nazwać pogodną. Tym szczególnie – poruszaniem poważnej tematyki i raczej smutnym niż radosnym klimatem – wyróżnia się Given na tle innych popularnych tytułów z gatunku BL, w których co prawda też można odnaleźć różne dramaty, zwykle jednak przerysowane lub błahe, a najczęściej i jedno, i drugie. Przygnębiającemu nastrojowi towarzyszy powolne tempo akcji, zwłaszcza w pierwszych odcinkach. Jednych może ono nudzić, innych nie; ja zaliczam się do drugiej grupy – ani przez moment nie czułam, że historii przydałoby się przyspieszenie. Nie zamierzam też marudzić na mało konkretne zakończenie, potrafię jednak zrozumieć zawód innych widzów. Nie ma również co liczyć na fajerwerki przy ukazywaniu relacji między Mafuyu a Ritsuką; temperaturę ich uczuć, jakkolwiek w głowach bohaterów z pewnością wiele się dzieje, nazwałabym co najwyżej umiarkowaną. I właśnie, podsumowując powyższe wywody, takie jest całe Given: spokojne, niespieszne i przemyślane.

Przebieg wydarzeń w Given prezentuje się dobrze również dzięki podejściu studia do pierwowzoru, które nie ograniczyło się do przerobienia na animację kolejnych kadrów z mangi. To by zresztą nie wystarczyło, aby wyprodukować jedenastoodcinkowy serial z nieco ponad piętnastu rozdziałów. Lerche, wiernie adaptujące historię wymyśloną przez Natsuki Kizu, jednocześnie potrafiło ją dopełnić i ulepszyć dodatkowym materiałem, który pozwolił m.in. dokładniej przedstawić parę kwestii w komiksie potraktowanych po macoszemu lub w ogóle pominiętych (np. jakim sposobem chłopcy zyskali możliwość zagrania pierwszego koncertu w nowym składzie). Najbardziej jednak na uzupełniających scenach zyskała relacja Ritsuki z Mafuyu – w anime zdecydowanie łatwiej jest uwierzyć w rodzące się uczucie między nimi, bo też w większej liczbie sytuacji widzimy ich ze sobą razem niż na rysunkach.

Mocnym, a może nawet najmocniejszym punktem serii są także bohaterowie, obdarzeni ciekawymi i, co szczególnie ważne w produkcjach z tagiem „realizm”, wiarygodnymi osobowościami. Nie sposób któremukolwiek z członków zespołu odmówić dojrzałości w zachowaniu, nie żeby zawsze widocznej (zwłaszcza w przypadku Ritsuki), najważniejsze jednak, że ujawniającej się wtedy, gdy potrzeba. Uenoyama dobrze wie, że nie należy wypytywać Satou o jego przeszłość, z kolei Haruki nie popada w rozpacz z powodu wypadku przed koncertem, tylko swoim opanowaniem ratuje sytuację. Nie inaczej bywa w przypadku Akihiko, który, choć na ogół kreowany na lekkoducha, potrafi zaskoczyć widza pięknym monologiem o miłości czy cudownie prostą reakcją na szczęście kolegów. A Mafuyu? Cóż, to specyficzna postać, ale i jemu daleko do bezmyślnego postępowania, którym mógłby zrazić do siebie widzów. Jeśli już coś miałoby w nim przeszkadzać, to jego chłód emocjonalny, choć czy przypadkiem nie sprawia on też, że Satou staje się intrygującą postacią? Tym bardziej że z czasem i on pokazuje charakter. Najbardziej w nim podoba mi się to, że mimo ogólnego wycofania i małomówności nie jest osobą przesadnie nieśmiałą, reagującą na jakieś sytuacje w dziwaczny sposób (np. nadmiernym zdenerwowaniem), co niestety często się zdarza u bohaterów tego typu. O naturalności zachowania można zresztą mówić również w przypadku pozostałej trójki. Dojrzałość, naturalność… dodać do tego niewątpliwy urok osobisty chłopaków i otrzymujemy zarówno dobrze napisanych, jak i dających się lubić protagonistów.

W postaciach pobocznych cenię sobie, że ich obecność w opowieści czemuś służy, nie są więc wymyśleni wyłącznie na zasadzie „bo główny bohater powinien mieć szkolnych kolegów” itp. Wyjątkiem może się wydawać siostra Ritsuki, Yayoi, choć i jej po namyśle dałoby się przypisać jakieś znaczenie dla historii; nieodgadniony jest również Ugetsu, ale dzięki temu jeszcze bardziej przyciągający uwagę. Pozostali zaś wywierają wpływ albo na fabułę, albo na protagonistów. Udział niektórych ogranicza się do np. wyjawienia jakiejś ważnej informacji (Ayano Kasai, choć początkowo była kreowana na zazdrosną dziewczynę, ale na szczęście darowano nam taką sztampę), drudzy otrzymują swoje wątki (Hiiragi Kashima), a przyjaźń z innymi pozwala głównemu bohaterowi uporać się z przeszłością (Ryou Ueki, Shogo Itaya). Nie będę rozpisywać się o ich osobowościach, które zresztą, jak można się domyślić, nie zostały zbyt szczegółowo nakreślone, ważniejsze, że postaci nie irytują, ba, potrafią nawet wzbudzić sympatię.

Piszę o fabule, piszę o bohaterach, bardziej jednak interesującą kwestią wydaje się odpowiedź na pytanie, ile shounen­‑ai jest w shounen­‑ai. Czy bohaterowie patrzą sobie głęboko w oczy, całują się, wyznają sobie miłość? Jakieś inne, konkretniejsze sceny, najlepiej łóżkowe? Jak szybko rozwija się romans, czy los przed bohaterami stawia jakieś przeszkody typu zazdrosna dziewczyna albo były chłopak jednego z protagonistów? Ot, przykładowe pytania. Odpowiem najpierw ogólnie: nie (no, oprócz kontaktu wzrokowego, bo tego było całkiem sporo); nie ma, znaczy jest jedna, ale bez szczegółów i bardzo krótka; powoli; i tak, i nie. Po części niektóre kwestie poruszyłam w poprzednich akapitach. Konkretniej powiedziałabym: nie liczcie na porno ani na powtórkę z Love Stage!! czy Junjou Romantica. Brak pierwszego wynika już z samego typu produkcji (shounen­‑ai, nie yaoi), drugi zaś z faktu, że Natsuki Kizu w przeciwieństwie do autorek wspomnianych serii i innych twórczyń mang BL, stawia na ciekawą historię, a nie na przyciąganie fanek nagromadzeniem zmysłowych interakcji między dwoma ładnymi chłopcami. Z drugiej jednak strony wątki gejowskie wybrzmiewają w serii bardzo wyraźnie (aczkolwiek bardziej na zasadzie słów, a nie obrazów), tak więc Given daleko też np. do Modao Zushi (widziałam porównania nawet do Banana Fish czy Yuri!!! on Ice, co już w ogóle jest dla mnie grubą przesadą). Innymi słowy – omawiany tytuł potrafił zawrzeć w sobie zarówno interesującą treść, jak i konkretnie nakreśloną i naturalnie przedstawioną problematykę homoseksualną. Tak, dziewczyny mogą spokojnie pokazywać go swoim chłopakom/kolegom/braciom, nie zaczną się krzywić ani nie uciekną sprzed ekranu na widok zbyt często obciskujących się facetów; sami mężczyźni też nie mają czego się obawiać. Nie żeby typowych zagrań znanych z gatunku w ogóle w Given nie było, bo są, ale podane zgrabnie, zaś reakcje postaci na niespodziewaną bliskość ze strony kolegi na ogół nie wywołują w widzach zażenowania.

Grafika na szczęście daje mi trochę powodów do narzekań, głupio przecież tylko chwalić i chwalić. Kreski nie będę się czepiać; owszem, nie jest zachwycająca, ale też nie razi brzydotą. Osobiście nawet wolę taką niewyróżniającą się niż to, co możemy oglądać w np. Junjou Romantica. Podobają mi się jednak projekty postaci;w porównaniu z mangą są milsze dla oka, zwłaszcza Mafuyu, który w pierwowzorze momentami zbyt zbliża się do wyglądu typowego bishounena. Na minus z kolei potraktuję korzystanie z – moim zdaniem zbyt często i w złych momentach – super­‑deformed. Owszem, w niektórych scenach uproszczenie rysunku pasuje, chociażby na początku ostatniego odcinka, w innych jednak aż się prosi, pamiętając, że mówimy o raczej poważnej serii, o użycie normalnej kreski. Średnio wypada animacja, której zbyt wiele nie uświadczymy, a kiedy już się pojawia, nierzadko prezentuje się dość topornie. Przeważają statyczne ujęcia, zaś ruch postaci ogranicza się do koniecznego minimum. Czy jednak należy to traktować jako wadę (poza wspomnianą topornością, którą trudno obronić)? Myślę, że nie, bardziej jako celowe zagranie twórców starających się dopasować oprawę wizualną do niespiesznego tempa akcji i spokojnego klimatu serii, co świetnie się udało. Oczywiście powyższe nie dotyczy występów zespołu, gdzie animacji nie brakuje i jest ona całkiem w porządku, choć dobre wrażenie psuje użycie modeli CGI do pokazania członków zespołu na dalszym planie. Zwrócę jeszcze uwagę na efekt „wybuchu dymu” (?), który pojawił się tylko dwa razy, tak dziwny i zbędny, że nie umiem go wyjaśnić. Osoby znające już serię będą wiedzieć, o co chodzi, ci, co mają seans przed sobą, niech się przygotują na „że co?”.

Zmartwię widzów, którzy zwrócili uwagę na Given, ponieważ liczyli na jak najwięcej muzyki. Poza występem Ritsuki, Kajiego i Harukiego przed Mafuyu i piosenką całej czwórki w klubie nie jesteśmy świadkami innych pokazów. Podczas prób zespołu słyszymy co najwyżej pojedyncze pobrzękiwania na gitarze. Nie muszę dodawać, że nie poznajemy również talentu pozostałych kapel biorących udział w koncercie (z ciekawości sprawdziłam – Ryouta Takeuchi, czyli Yatake Kouji, przyjaciel Harukiego i wokalista jednego z zespołów, śpiewać potrafi). Osobiście nie traktuję tego jak poważnej wady, a i niewielka liczba odcinków oraz skupienie się fabuły na niemuzycznych rzeczach nie pozwalały na zbyt częste popisy, z drugiej strony nie zaszkodziłoby dodać z jedną krótką scenę, gdzie chłopcy coś grają (brak takowej w mandze nie wydaje się dyskwalifikujący). Mamy natomiast okazję dowiedzieć się co nieco o m.in. działaniu instrumentów czy procesie pisania piosenki. Z tego, co czytałam, autorka konsultowała się w kwestiach muzycznych ze znawcami tematu, nie trzeba się więc chyba obawiać błędów merytorycznych. Zaprezentowanie wokalu Mafuyu prawie na końcu serii nie wymaga tłumaczenia – miał to być punkt kulminacyjny anime i był, wcześniejsze ujawnienie umiejętności bohatera zepsułoby cały efekt. Jak jednak wypadły obydwa utwory, najpierw instrumentalny, a potem ten z koncertu? Ten pierwszy (nie widzę, żeby był jakoś nazwany) łatwo wpada w ucho, a że dodatkowo łączy się z dość zabawną i przy tym naturalną scenką między Kajim a Harukim, patrzenie na popis bohaterów przynosi niezłą frajdę. Natomiast Fuyu no Hanashi (czyli Zimowa opowieść)... No jest cudna, po prostu. Razem z umiejętnie wplecionymi retrospekcjami i monologiem Mafuyu piosenka uderza widza niesamowitym ładunkiem emocjonalnym i chwyta za gardło aż do samego końca odcinka. Również w oderwaniu od anime utwór brzmi świetnie, moim zdaniem lepiej niż ten ze słuchowiska.

Muzyka w tle ani niczym się nie wyróżnia, ani nie przeszkadza w seansie – jak w większości anime. Dobrze dopasowana do dziejących się na ekranie wydarzeń odgrywa podobną rolę co animacja, czyli podkreśla nastrój serii. O openingu, że jest zwyczajny, już tak nie powiem; to energiczny kawałek Kizuato zespołu Centimilimental. Choć w komentarzach nazwałam ending (Marutsuke, śpiewane przez aktora głosowego Mafuyu; w pierwszym odcinku mamy wersję instrumentalną) mdłą piosenką, po kilkukrotnym odsłuchaniu i ona mi się spodobała. Balladzie towarzyszy animacja z Kedamą, psem Satou, więc jeśli nawet nie przypadnie wam do gustu, zawsze możecie uzupełnić sobie poziom cukru we krwi. Z muzyką łączy się też ciekawe posunięcie ze strony twórców: za tytuły poszczególnych odcinków służą bowiem tytuły piosenek brytyjskich zespołów lub wokalistów rockowych (oprócz odcinka dziewiątego, który jest tytułem piosenki Mafuyu). Sprawdzenie, o jakich wykonawców chodzi i jakie tytuły wykorzystano, pozostawiam zainteresowanym.

W przeciwieństwie do osób znających słuchowisko nie narzekałam na zatrudnienie innych aktorów głosowych do anime. Nie obawiałam się też, że sobie nie poradzą. I rzeczywiście, seiyuu bardzo dobrze odnaleźli się w swoich rolach. Yuuma Uchida (Ash Lynx z Banana Fish, Iori Kitahara z Grand Blue) potrafił odpowiednio oddać zarówno irytację Uenoyamy zachowaniem Satou w początkowych odcinkach, jak i zdezorientowanie z powodu odkrywania swojej orientacji w kolejnych. Jeszcze trudniej jest mi wyobrazić sobie kogoś lepszego niż Takuyę Eguchiego (Ryouma Ichijou z Love Stage!!, Takeo Gouda z Ore Monagatari!!) do roli najbardziej męskiego i śmiałego z całej czwórki Akihiko. Śmieję się, że za sam jego głos dałabym anime dwa punkty, nawet jeśli wszystko inne leżałoby i kwiczało. Również Masatomo Nakazawa (Clear z DRAMAtical Murder) przekonująco sprawdził się jako sympatyczny i uroczo nieśmiały w kontaktach z Kajim Haruki. Najtrudniejsze zadanie miał jednak seiyuu Mafuyu, czyli Shougo Yano (Nanao Kisaragi z Tsurune -Kazemai Koukou Kyuudou Bu-), musiał bowiem nie tylko oddać apatyczność postaci, ale też obdarzyć ją nietuzinkowym wokalem. Jak dla mnie, osoby niemającej większych wymagań czy oczekiwań względem głosu postaci, w każdej odsłonie wypadł wspaniale. O ile „lalala” pewnie mało kogo poruszyło tak jak Ritsukę, o tyle już w piosence koncertowej udowodnił swoje umiejętności wokalne. Nie będę rozpisywać się o jej wykonaniu, napiszę jedynie, że krzyk rozpaczy Mafuyu w połowie robi kapitalne wrażenie. Poza wymienionymi seiyuu usłyszymy m.in. Shintarou Asanumę (Yousuke Kirie w Bokurano, Nishiki Nishio z Tokyo Ghoul) i Yuu Shimamurę (Annie Leonhart z Shingeki no Kyojin, Aida Surugan z Gundam: G no Reconguista).

Gdyby Given opowiadało o perypetiach dziewczęcego zespołu muzycznego albo gdyby Mafuyu był dziewczyną (Ritsuki w tej roli nie umiem sobie wyobrazić), wokół której kręciliby się pozostali bohaterowie (oczywiście bez żadnych gejowskich wątków na drugim planie, chyba że w formie niewielkich podtekstów, żeby zadowolić żeńską część widowni), nie musiałoby się martwić o brak uznania. Jest jednak tylko shounen­‑ai, czyli typem serii omijanym przez wszystkich niebędących fankami związków męsko­‑męskich. Ja na szczęście do takich osób się nie zaliczam, gdy więc pozostali zachwycali się popularniejszymi letnimi seriami, ja ekscytowałam się losami chłopaków. Recenzja w tylko niewielki sposób oddaje moje wrażenia, zresztą, nie bez powodu, starałam się bowiem nie brzmieć niczym małolata przeżywająca rozkosz przy każdym ujęciu panów patrzących na siebie dłużej niż trzy sekundy. Wierzcie jednak – nigdy wcześniej żadne anime nie spodobało mi się na tyle, że cotygodniowe oczekiwanie na kolejny odcinek było prawie że męką. Wystawiona ocena zatem w dużej mierze odzwierciedla moje odczucia, ale nie tylko. Odkładając zachwyty na bok – choć Given niewątpliwie stanowi nową, lepszą jakość w shounen­‑ai, przede wszystkim jest przyzwoicie zrealizowanym romansem w dojrzalszym niż zwykle wydaniu i wzruszającym dramatem podejmującym kilka trudnych tematów, przeze mnie w większości jedynie wzmiankowanych. Lerche może być zadowolone ze swojego pierwszego anime z gatunku BL, ja zaś liczę, że inne studia pójdą jego śladem i zaczniemy regularnie otrzymywać solidne adaptacje dobrych mang lub ciekawe serie oryginalne, które sprawią, że nazwa shounen­‑ai przestanie się kojarzyć głównie z durnymi, schematycznymi komediami romantycznymi.

Ancietejka, 19 października 2019

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Lerche
Autor: Natsuki Kizu
Reżyser: Hikaru Yamaguchi
Scenariusz: Yuniko Ayana

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Given - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl