Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 7/10 grafika: 7/10
fabuła: 4/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

4/10
Głosów: 5 Zobacz jak ocenili
Średnia: 4,40

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 22
Średnia: 5,91
σ=1,83

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Enevi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Babylon

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2019
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • バビロン
zrzutka

Znakomita realizacja, interesujący bohaterowie, intrygujący pomysł wyjściowy i… scenariusz pozostawiający wiele do życzenia. Skrajne oceny nie powinny dziwić.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Opisywanie zarysu fabuły Babylonu czy w ogóle całego anime nie należy do łatwych zadań. Wstęp do właściwej akcji trwa aż trzy odcinki, a wyjaśnienie niektórych ważnych dla dalszych wydarzeń kwestii pojawia się dopiero na jego końcu. Jeśli ktoś więc ma alergię na najmniejsze spoilery, radzę poszukać innego tekstu do czytania lub przejść od razu do podsumowania, jakkolwiek bowiem będę starała się pisać w miarę ogólnikowo, to jednak pewnych faktów nie mogę ot tak przemilczeć. No ale do rzeczy.

Shiniki to autonomiczna strefa utworzona w zachodniej części Tokio. Właśnie tam w lokalnej prokuraturze pracuje Zen Seizaki, który razem ze swoim asystentem bada sprawę nielegalnych praktyk jednej z firm farmaceutycznych. W tym samym czasie miasto przygotowuje się do wyborów burmistrza. Obie te kwestie nie tylko okazują się ze sobą powiązane, ale stanowią zapowiedź znacznie poważniejszych wydarzeń i zmian w mieście. Tzw. Prawo Śmierci zmusza przeciwników rewolucji do intensywniejszych działań, sam Zen staje zaś przed koniecznością konfrontacji z tajemniczą kobietą o imieniu Ai Magase.

Babylonowi nie sposób odmówić miana serii ambitnej, wyróżniającej się na tle „lekkich i przyjemnych” tytułów, jakich w każdym sezonie pojawia się od groma. Kto ma takich anime dosyć albo po prostu czekał na poważną historię z dorosłymi bohaterami, musiał z zadowoleniem przyjąć wiadomość o adaptacji trzytomowej powieści Mado Nozakiego (istnieje też wersja mangowa). Nie będę ukrywać, że zaliczam się do takich osób – wszelkie „dojrzałe” produkcje mają u mnie pierwszeństwo przy oglądaniu. Po ogólnej ocenie można wywnioskować, że Babylon mnie kupił, i tak rzeczywiście jest, ocena jednak nie jest taka prosta, wszystko zaś sprowadza się do fabuły, nie bez powodu ocenionej niżej niż pozostałe elementy.

Bo z ambitnym dziełem bywa tak, że czasem przerasta autora, a co za tym idzie – zaczyna cierpieć na różnego rodzaju słabości. Oczywiście do powyższego dochodzą także wymagania widzów, przy tego typu seriach wyjątkowo duże. Niech dzieło spróbuje ich nie spełnić – krytyka będzie miażdżąca. Trochę teraz żartuję, bo wiadomo, jak z oczekiwaniami bywa – mało która seria potrafi wszystkich zadowolić. W tym przypadku wielu widzów spodziewało się zwyczajnego kryminału z tajemnicą w tle i bohaterami krok po kroku rozwiązującymi trudną sprawę. Ostatecznie otrzymaliśmy znacznie więcej: pełną zagadek i tajemnic serię z filozoficznymi rozważaniami i co rusz zmieniającą się akcją. Serię, gdzie antagoniści okazują się znacznie poważniejszym zagrożeniem, niż początkowo się wydawało, i gdzie nikt z bohaterów nie może czuć się bezpieczny. Brzmi to i wygląda bardzo intrygująco, ale komplikacje pojawiają się przy wejściu w szczegóły.

Kontrowersje wzbudza już sam koncept Prawa Śmierci, czyli prawa do legalnego popełnienia samobójstwa, którego inicjatorem jest nowo wybrany burmistrz Shiniki, Kaika Itsuki. I nie, bynajmniej nie chodzi o eutanazję, choć i o niej się wspomina, tylko o to, żeby mieszkańcy wiedzieli, że mają wybór: żyć dalej albo skoczyć z dachu czy przedawkować leki. Gdyby być złośliwym, można zauważyć, że i bez jakiegokolwiek przepisu samobójcy dalej robiliby swoje, nie mówiąc o różnych komplikacjach związanych z taką ustawą, które seria (celowo?) pomija lub traktuje łopatologicznie. Rzecz jasna nie wszyscy z entuzjazmem przyjmują ideę Itsukiego. Autor ustami bohaterów przedstawia różne stanowiska, głównie przeciwne radykalnym zmianom w Shiniki, aczkolwiek stopniowo nowe prawo znajduje coraz więcej zwolenników. I tu właśnie daje się dostrzec jeden z największych minusów serii. Pisałam o zbyt dużych ambicjach, prawda? Aby za wiele nie zdradzić, powiem jedynie, że w pewnym momencie Shiniki jako miejsce akcji przestaje wystarczać. Zrobienie z Prawa Śmierci problemu wykraczającego poza Tokio nie wyszło tytułowi na dobre, wręcz przeciwnie, pociągnęło za sobą szereg mniejszych i większych dziur fabularnych, których wymienienie zajęłoby obszerny akapit. Inna sprawa, że ciekawszym i przede wszystkim bezpieczniejszym zabiegiem wydawało się niekombinowanie i postawienie na jedną lokalizację, tym bardziej więc szkoda, że autor później od niej odszedł na rzecz innego miejsca.

Tak jak jedno miejsce akcji nie wystarczało autorowi, tak i Itsuki jako jedyny antagonista okazał się niezadowalający – jego działania to nic w porównaniu z dokonaniami Ai Magase, która czynem wyraża poparcie dla poglądów burmistrza. Dokładniej mówiąc – za jej sprawą trup w serii ściele się gęsto. Cóż, zapewne nie byłoby to bardzo kłopotliwe, gdyby chodziło o zwykłą seryjną morderczynię, którą śledczy by mogli namierzyć i aresztować. Nie, Magase jest znacznie bardziej niebezpieczną osobą, obdarzoną bowiem pewnymi zdolnościami pozwalającymi jej skutecznie zwiększać liczbę samobójców, a przy tym nie obawiać się konsekwencji. Bohaterka poczyna sobie, jak chce, z próbującymi ją złapać ludźmi, zwłaszcza z Zenem, którego kilkakrotnie boleśnie doświadcza. Powyższy wątek trudno jednoznacznie nazwać złym – mnie bardziej odpowiadał niż patrzenie na polityczne kwestie – z drugiej strony jednak zawiera za dużo niewiadomych, na czele z mocami antagonistki. Nie przekonuje też do końca jego powiązanie z wątkiem Prawa Śmierci – przez cały czas towarzyszyło mi przeświadczenie, że dałoby się lepiej wykorzystać potencjał tej złożonej historii.

Także rozwój akcji nie każdemu musi się podobać. Fabuła dzieli się na trzy części: jedną trzyodcinkową i dwie po cztery odcinki. Pierwszą, czyli wstęp, już omówiłam. W drugiej Zen wraz z pomocnikami na dobre zajmuje się walką z Itsukim i Magase. Pod względem prowadzenia wydarzeń, pomijając wszelkie szczegóły, trudno tym dwóm częściom coś zarzucić: dużo się dzieje, anime sukcesywnie odkrywa przed widzami swoje tajemnice, ciąg przyczynowo­‑skutkowy też jak najbardziej jest zachowany. Ponadto drugą część kończy naprawdę wstrząsająca scena, nic więc dziwnego, że po kolejnych odcinkach oczekiwało się podobnych, mocnych wrażeń. Tymczasem trzecia faza serii nieco wygląda na oderwaną od pozostałych. Wspomniana zmiana miejsca akcji, wprowadzenie nowego głównego bohatera, odsunięcie na bok poprzednich postaci, niby dalej ważnych (Zen, Magase), ale od tej pory traktowanych po macoszemu, przede wszystkim zaś spowolnienie historii i skupienie się na rozważaniach na temat dobra i zła, wywołało rozczarowanie niejednego widza. Serii nie pomogło również zakończenie, z jednej strony dosyć przewidywalne, z drugiej antyklimatyczne i niewiele wyjaśniające, ba, prowokujące następne pytania. Należy jednak zaznaczyć, że ostatnia scena nie zapowiada kontynuacji – anime objęło całą zakończoną powieść – a bardziej jest pokazaniem, że zło wraz z dobrem będą istnieć na świecie dalej.

Przez serię przewija się sporo postaci, spośród których na wspomnienie zasługuje tylko trójka z nich – Seizaki, Magase i Itsuki. Pominę drugorzędnych i trzeciorzędnych bohaterów, takich jak Hiasa Sekuro czy Ariyoshi Hanta, czyli kolejno asystentka i przyjaciel Zena. Należy jednak przyznać, że i oni prezentują się nieźle, przede wszystkim zaś – zwyczajnie. W Babylonie nie ma miejsca na przerysowane, sztampowe postacie, nawet w przypadku osób, u których wyraźnie dominują jedna lub dwie cechy charakteru (np. chłód u Sekuro). Trudno więc mówić o przejaskrawieniu kreacji, które gryzłoby się z w miarę realistyczną i poważną konwencją. Bohaterowie są zatem cudownie wręcz normalni, a przy tym nie nudni – dobrze spełniają przypisane im, niekiedy bardzo okrutne role, będąc całkiem atrakcyjnymi „narzędziami” w ręku autora. Ba, napiszę jeszcze, że zakończenie pierwszego odcinka autentycznie mnie zasmuciło, co pokazuje, że poboczni bohaterowie mogą także wywoływać jakieś emocje. Przejdźmy jednak do głównej, wymienionej wyżej trójki. Powinnam mówić o czwórce, ale że czwarta osoba pojawia się dopiero w końcówce serii, z oczywistych powodów nie uwzględnię jej w recenzji – powiem jedynie, że został on (bo mamy do czynienia z dorosłym mężczyzną) obdarzony ciekawą osobowością i obok Zena stał się moją ulubioną postacią. Właśnie, Zen. Poważny i zasadniczy mężczyzna, zdolny jednak do okazywania ciepła, który zajmowałby się spokojnie swoją pracą, gdyby nie nieoczekiwane wydarzenia w Shiniki. Metamorfoza, jaką przechodzi na przestrzeni kolejnych odcinków, jest bardzo dobrze widoczna – sprawa, początkowo „jedna z wielu” w jego karierze prokuratorskiej, przeradza się w sprawę „życia i śmierci”, a to nie może nie wpłynąć na jego postępowanie; rozwaga ustępuje miejsca obsesyjnemu wręcz pragnieniu – tak to nazwijmy – osobistego wymierzenia sprawiedliwości. Jednocześnie nie idzie za tym przesada mogąca z bohatera zrobić karykaturę. Na szczęście cienka granica między postępującą paranoją a śmiesznością nie została przekroczona. Zen nadal potrafi myśleć racjonalnie i zauważać problemy w sytuacji, gdy reszta jego współpracowników zdążyła już stracić czujność. Dzięki temu, mimo iż nie jest postacią wzbudzającą jednoznaczną sympatię, widz kibicuje mu w walce z przeciwnikami, szczególnie czekając na jego starcie z Magase.

Kreacje Itsukiego i Magase mają zarówno szereg zalet, jak i wad, aczkolwiek przy tych drugich bardziej zawinił scenariusz niż samo przedstawienie postaci. Obydwoje też nie są łatwi do jednoznacznej oceny. Itsuki swoje chore plany wprowadza w życie z cudzą pomocą, ale określanie go mianem zwykłej marionetki byłoby zdecydowanym uproszczeniem. Owszem, najważniejszą rolę gra Ai, jednakże i on ma wiele do powiedzenia w tej historii. Co więcej, jakkolwiek jego poglądy nie muszą się podobać, potrafi on je formułować w sposób pokazujący, że przed widzami nie stoi pierwszy lepszy wariat z dziwnymi pomysłami. Równie opanowany, co pewny siebie, w czasie dyskusji z adwersarzami nie daje się wyprowadzić z równowagi i odpowiada własnymi argumentami; na ile sensownymi i przekonującymi, to już inna sprawa. Tym bardziej boli niedokończenie związanych z nim wątków i ogólnie brak podsumowania tej postaci, chociaż, patrząc na inne niedomówienia serii, chyba tak miało być. O jeszcze większych niejasnościach można mówić w przypadku Ai Magase. Znaczy, że jest osobą wyjątkowo groźną, nie trzeba nikogo przekonywać. Problem pojawia się, gdy zapytamy: dlaczego? Co kryje się za jej mocami? Widzowie lubiący, gdy anime wszystko dokładnie wyjaśnia lub przynajmniej podsuwa konkretne podpowiedzi, poczują się rozczarowani, ci zaś, którzy chętnie tworzą różne teorie, będą mieli pole do popisu. Interpretacji zdolności Magase, podobnie jak w ogóle całej jej postaci, nie brakuje (łącznie z przekonaniem, że nie jest prawdziwym człowiekiem); nie ma tu miejsca na ich omawianie, wyraźnie jednak widać, że kreacja Ai pobudza do dyskusji. Mnie nie podobało się coś innego, a mianowicie to, że w pewnym momencie również zaczęła brudzić sobie ręce. Jako antagonistka jedynie (czy raczej aż) wpływająca na innych wydawała się bardziej intrygująca.

Zazwyczaj w recenzjach nie poruszam kwestii reżyserii, ewentualnie podsumowuję ją krótkim zdaniem, przy Babylonie jednak jej pominięcie byłoby karygodnym niedopatrzeniem, nie mówiąc o zmarnowaniu oczywistej okazji do pochwalenia tytułu. Reżyserię, momentami wręcz genialną, doceniają nawet osoby uważające Babylon za koszmarną produkcję. Nic dziwnego, nieprzeciętna reżyseria była najprawdopodobniej głównym powodem, dla którego widzowie narzekający po każdym odcinku nie porzucili serii po którejś z kolei głupocie scenariuszowej. Dobra, koniec złośliwości – anime ogląda się znakomicie i kropka. Największą sławę zyskała bodajże scena przesłuchania z drugiego odcinka, ale i reszta anime potrafi pozytywnie zaskoczyć. Co jakiś czas racząc widzów wyjątkowo udanym momentem, w żadnej zaś chwili ogólny poziom wykonania nie schodzi poniżej wysokiej średniej. Umiejętnie wykorzystywany montaż, zabawa kadrowaniem, zmiany szerokości ekranu – to i inne rzeczy sprawiają, że podczas seansu trudno oderwać wzrok od wydarzeń na ekranie, nawet jeśli toczy się właśnie zwykła rozmowa. To chyba należy uznać za główne osiągnięcie twórców – potrafią zaintrygować czymś wydawałoby się mało ciekawym. Najchętniej pozachwycałabym się poszczególnymi scenami (m.in. końcowymi minutami odcinka siódmego czy obradami w przedostatnim), nie będę jednak sztucznie przedłużać recenzji, omawianie powyższej kwestii zakończę natomiast cichym westchnieniem, abyśmy kiedyś otrzymali od twórców Babylonu kolejne równie znakomicie zrealizowane anime, oparte na choć trochę lepszym scenariuszu.

Seria może też się pochwalić bardzo dobrze przemyślanym soundtrackiem. Muzyka idealnie współgra z akcją – kiedy trzeba, jest nastrojowa, innym razem żywiołowa. Same momenty wejścia poszczególnych kompozycji potrafią zrobić świetne wrażenie, zwłaszcza że mamy do czynienia z wieloma znakomitymi motywami muzycznymi, chociażby takimi jak Spiral Staircase czy Omen. Ogólnie mówiąc, cała ścieżka dźwiękowa nadaje się do osobnego słuchania poza anime. Mniejszy zachwyt wzbudziły w moim przypadku piosenki przewodnie. Krótki wstęp muzyczny trudno nazwać openingiem (aczkolwiek w sieci łatwo znaleźć pełną wersję utworu pod tytułem Echoing), endingów z kolei otrzymujemy aż trzy, każdy odpowiadający kolejnej części historii. Mnie urzekł jedynie pierwszy z nich, Live and Let Die, wykonywany przez Q­‑MHz (odpowiada też za pozostałe endingi) z gościnnym udziałem uloco, z pewnością jednak także drugi (Inochi Shokumu Tamashii, śpiewane przez Mikako Komatsu) i trzeci (The Next New World That No One Knows, *Namirin) znajdą niejednego amatora. Ze swoimi rolami seiyuu poradzili sobie w sposób co najmniej zadowalający, a niekiedy ocierają się nawet o geniusz, tak jak Takahiro Sakurai (Shinobu Kujiin, przyjaciel Zena) w siódmym odcinku. Co najważniejsze jednak, dzięki znakomitej grze Yuuichiego Nakamury (m.in. Tsukasa Shishiou z Dr. Stone, Kyouhei Kadota z Durarara!!) i Satsuki Yukino (m.in. Kaname Chidori z Full Metal Panic!, Milly Thompson z Triguna) konfrontacje między Seizakim a Magase prezentują się jeszcze lepiej i dopełniają omówioną już wyżej nieprzeciętną reżyserię. Nie zamierzam też krytykować oprawy graficznej. Nieprzekombinowane projekty postaci pasują do anime, natomiast zastosowanie stonowanych barw czyni z Babylonu bardziej zagadkowy tytuł. Warto jednak zauważyć, że twórcy czasem odchodzą od prostego stylu na rzecz eksperymentów, co czynią całkiem umiejętnie i o dziwo bez wrażenia nieprzyjemnego kontrastu z kreską reszty serii.

Mimo skrytykowania wielu kwestii nie mogę wystawić serii oceny mniejszej niż siedem. Dlaczego? Bo mi się po prostu bardzo podobała – napisałabym dobitniej, ale wulgaryzmy w recenzji są niedozwolone. Na każdy odcinek czekałam z niecierpliwością, a gdy już przychodziło do seansu, trudno mi było oderwać wzrok od ekranu, nieważne, czy działa się jakaś niesamowita akcja, czy bohaterowie tylko rozmawiali. Ba, „żyłam” anime także pomiędzy odcinkami, przeglądając komentarze, czytając interpretacje pozwalające lepiej zrozumieć te czy inne kwestie, a nawet przypatrując się materiałom promocyjnym typu plakaty. Także w trakcie pisania recenzji mocno zastanawiałam się nad tym anime i pewnie jeszcze długo moje myśli będą się kręciły wokół Babylonu, mimo że nie brakuje tytułów, którymi mogłabym się zająć.

Babylon, w przeciwieństwie do większości serii, po których obejrzeniu nie zostają żadne przemyślenia (co ja mówię – nawet w trakcie ich nie ma), nie pozostawia obojętnym i każe się zastanawiać nad swoją strukturą. Owszem, przyznaję, przy tej okazji dostrzega się więcej słabości anime, nietrafionych rozwiązań czy niewykorzystanego potencjału, ale, po pierwsze, widzi się również nowe pozytywy, po drugie, dałoby się tak napisać o prawie każdej produkcji. W moim przypadku intensywne rozważania pozwoliły napisać w miarę – mam nadzieję – rzeczowy tekst i nie zaszaleć z oceną, która, gdybym brała pod uwagę wyłącznie swoje wrażenia, byłaby jeszcze wyższa. Nie będę ukrywać, że na wiele wad nie zwracałam uwagi ani mi nie przeszkadzały, innymi słowy – nie włączał mi się tryb „krytyki” ani tym bardziej „czepialstwa”. W dużej mierze to zasługa świetnej realizacji, ale też możliwości poznania intrygującej historii z niesztampowymi bohaterami. Jednocześnie proszę, aby nie uważać mojej opinii za jedyną słuszną. Jeśli którekolwiek z recenzowanych przeze mnie anime zasługuje na recenzję alternatywną, powinien to być właśnie Babylon. Ja zostałam urzeczona serią, ale ktoś inny będzie nią rozczarowany lub wręcz uzna za tytuł kiepski – zresztą, liczba ocen poniżej pięciu i krytycznych komentarzy mówi sama za siebie. Nie polecę więc ochoczo tego anime, choć mimo wszystko uważam, że warto spróbować się za nie zabrać i sprawdzić, do której grupy się należy.

Ancietejka, 18 lutego 2020

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Revoroot
Autor: Mado Nozaki
Projekt: Akiko Kumada, Atsushi Kashiwa, Keisuke Gotou, Zain
Reżyser: Keisuke Kojima, Kiyotaka Suzuki
Scenariusz: Minaka Sakamoto, Naohiro Fukushima, Yutaka Yasunaga
Muzyka: Yutaka Yamada