Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Forum Kotatsu

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 6/10 grafika: 8/10
fabuła: 3/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 4,50

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 54
Średnia: 5,72
σ=2,3

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Harukanaru Toki no Naka de ~Hachiyou Shou~

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2004
Czas trwania: 26×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Haruka: Beyond the Stream of Time – A Tale of the Eight Guardians
  • 遙かなる時空の中で ~八葉抄~
zrzutka

Licealistka­‑kapłanka, jej ośmiu obrońców i oczywiście świat do uratowania. Było? Pewnie tak, ale panowie mieli inne kolory włosów!

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Akane Motomiya, zwyczajna licealistka itd. itp. zostaje pewnego pięknego wiosennego dnia znienacka porwana do innego świata. Trafia do przypominającego średniowieczne Chiny królestwa Kyou – i praktycznie na wstępie dowiaduje się, że jest nową kapłanką boga­‑smoka zwanego Ryuujin, a przy tym jedyną istotą, która może ocalić Kyou przed plemieniem demonów, pod wodzą okrutnego Akrama dążącym do jego zagłady. Na szczęście w obcym miejscu nie jest całkiem sama – wraz z nią na darmową wycieczkę załapali się jej szkolni koledzy – Tenma i Shimon. A poza tym jako kapłanka ma odnaleźć ośmiu hachiyou, wojowników, których zadaniem będzie jej strzec i wspierać w wypełnieniu misji.

Skojarzenia z Fushigi Yuugi nasuwają się same. Tu jednak muszę uczynić małą dygresję. Bliskie (i zakończone recenzją) spotkanie z Ayashi no Ceres (także opartym na mandze Yuu Watase) sprawiło, że wszelkich kontaktów z Fushigi Yuugi unikałam jak ognia. Pomijając już kwestie rozwlekłości słynnego romansu, mój problem zasadniczy polegał na tym, że zwyczajnie nie podobały mi się projekty postaci – a umartwiać się serią z brzydkimi facetami nie zamierzałam. Mogę więc tylko zacytować znalezione w Internecie opinie osób, które oba te tytuły widziały: owszem, pomysł wyjściowy jest podobny, ale jednak ta seria nie jest klonem Fushigi Yuugi. Na temat tego, czy jest w związku z tym lepsza, czy gorsza, zdania były podzielone.

Ja w każdym razie przeżyłam spore rozczarowanie. Nie, nie oczekiwałam historii głębokiej, wzruszającej, a już na pewno – oryginalnej. Doskonale wiem, czego można się po tym gatunku spodziewać i czego należy od fabuły wymagać. A wymagać należy minimalnej spójności i właśnie za jej brak ocena tego aspektu spadła do marnych 3. Co więcej, nie chodzi tu o zwykłe dziury w fabule, wynikające z tego, że twórcy pogubili się w mnogości bohaterów i pomieszało im się, co, kto i kiedy powinien czynić. Proszę wyobrazić sobie mangę. Taką wielotomową i wielowątkową, ze stadem postaci. A potem proszę wyjąć z niej losowo tak z 1/3 stron, zszyć i całość wręczyć niczego niepodejrzewającej koleżance. Jest spora szansa, że pozostała część będzie miała wystarczająco dużo sensu, by dało się prześledzić wydarzenia od początku do końca. Możliwe, że niektóre ubytki będą zupełnie niedostrzegalne, bo zgubimy nic nieznaczący wypełniacz. Na pewno jednak w wielu miejscach zostaniemy bez jakiejś kluczowej informacji, za to z niemiłym podejrzeniem, że jednak ta informacja gdzieś być powinna. Co najgorsze, w równym stopniu dotyczy to wątku głównego, jak i pobocznych, rozgrzebujących powierzchownie całe mnóstwo spraw i zostawiających je niedopowiedziane.

Na główną bohaterkę zwyczajnie i po prostu zabrakło pomysłu. Akane posłusznie przyjmuje swoją rolę, grzecznie słucha opiekującej się nią księżniczki Fuji, powtarzającej jak zaprawiona w praniu mózgu katarynka „musisz ocalić Kyou”, miło uśmiecha się do swoich hachiyou i generalnie stara się być dobra dla całego świata. Nie jest nawet jakoś wyjątkowo głupia, ani irytująca – jest całkowicie i nieodwracalnie nijaka. Irytować może tylko to, że z reakcji otoczenia wynikałoby, że mają do czynienia z wyjątkowo charyzmatyczną, niezwykłą i magnetyczną osobowością… Dość standardowy zestaw prezentują też hachiyou, z których każdy mógłby startować w konkursie na Mistera Kyou. Jednakże 26 odcinków to dość, by każdemu z nich poświęcić osobny wątek, który w jakimś momencie zrobi się ważny dla fabuły – tyle tylko, że z powodów podanych powyżej te wątki są zwykle niekompletne, porzucając opowieść w najciekawszym miejscu, albo odwrotnie – dostarczając za mało informacji wyjściowych, by ostateczna konkluzja miała jakiś głębszy sens. Ponadto – jako wybrańcy kapłanki dobrego i czystego boga – sami są nieznośnie prawi i szlachetni, co poważnie ogranicza możliwości ubarwienia ich charakterów. Wszyscy też w mniejszym lub większym stopniu mają słabość do bohaterki. Co prowadzi do całkowitego kuriozum, jakim jest dołączony do edycji DVD pęczek alternatywnych zakończeń. W każdym z trzyipółminutowych filmików inny pan deklaruje swoje uczucia i zostaje przez bohaterkę ciepło przyjęty… Co więcej, wszystkie te warianty w równym stopniu są prawdopodobne – o tyle, że w zasadzie żaden nie wynika jakoś jasno z samej fabuły.

I w tym miejscu powiedzmy jasno i brutalnie: gatunek „romans” został tu przydzielony nieco na wyrost. No dobrze, uniknęliśmy słynnego „Miaka­‑Tamahome”. Ale anime wypchane przystojnymi facetami i zawierające kilka sensownych pań, do tego przeznaczone dla dziewcząt, po prostu prosi się o wątek romantyczny! Tymczasem można zapomnieć o trójkątach, konfliktach, czy chociażby uczuciu zesłanym przez gwiazdy. Panowie kręcą się wokół Akane jak trutnie wokół królowej pszczół, nie wchodząc sobie w drogę i w zasadzie nie informując jej o swoich uczuciach. Oczywiście, zdarzają się tak miłe dziewczęcemu sercu sceny romantyczne! Szkoda, że wyglądają one, jakby ktoś ze stoickim spokojem realizował zapis w scenariuszu: „teraz rzucasz wszystko, łapiesz dziewczynę w ramiona, a inspicjent sypie płatki sakury”. Brak napięcia emocjonalnego to jedna z najpoważniejszych wad tego anime. W dodatku tak naprawdę są tu wszystkie potrzebne do zbudowania go elementy – tylko za każdym razem zawodzi próba poskładania ich we wzruszającą całość.

Nie oszukujmy się zresztą: przyczynę można odkryć bez trudu. Seria jest adaptacją mangi Touko Mizuno, ale sama manga została oparta o… grę typu symulatora randek dla dziewcząt – stąd jako autor figuruje także firma­‑producent gry. Wyraźnie widać, że autorzy adaptacji poszli najgorszą możliwą drogą – zamiast zdecydować się na wybór jednej z dostępnych „ścieżek” przedstawili coś w rodzaju rozbudowanego menu dla przyszłych graczek. Stąd zapewne wynika też nijakość bohaterki, która oryginalnie miała być tylko „powłoką” do wypełnienia. Problem polega na tym, że w rezultacie żaden z poszczególnych punktów tej „karty dań” nie ma specjalnych szans na zainteresowanie pozbawionych gry widzów… A może właśnie ma? W tej serii niewątpliwie najlepsze będą te części, które wymyśli się samemu, uzupełniając pokawałkowane historie. Tyle tylko, że to w żaden sposób nie może się odbijać na żadnej z ocen.

Wykonanie, jak na stosunkowo nową produkcję przystało, jest przyzwoite. Projekty postaci są udane, panowie mają odpowiednio zróżnicowaną urodę – chociaż panie, z wyjątkiem bohaterki, poznawałam głównie po stroju i kolorze włosów, a sama Akane jest chodzącą nijakością także zewnętrznie. Co więcej, nie widać poważniejszych błędów w animacji ruchu czy przy oddaleniach kamery (nie ukrywajmy jednak, że najefektowniejsze są odpowiednio ustawione i oświetlone zbliżenia). Animacja nie jest szczególnie dynamiczna nawet w scenach walk, ale też nie zawiera błędów i niedociągnięć, przeszkadzających w oglądaniu. Zdecydowanie na plus natomiast wybija się ścieżka dźwiękowa. Owszem, można powiedzieć, że wzruszające smyczki albo dramatyczne pasaże fortepianowe niezamierzenie podkreślały kiczowatość niektórych scen – ogólnie jednak muzyka wpadała w ucho i jak sądzę, miałaby spore szanse obronić się w oderwaniu od obrazu. Nieudane były tylko (mające w założeniu być jej ozdobą) tzw. „inserty”, czyli pojawiające się w różnych odcinkach piosenki­‑motywy poszczególnych postaci. Może z jednym wyjątkiem były to przykłady najbardziej przeciętnego j­‑popu, nadające się do posłuchania raz i raczej już nie więcej. Warto też wspomnieć o zestawie seiyuu – zgromadzono tu sporo znanych nazwisk, szkoda tylko, że mało który z nich miał odpowiednią do swoich możliwości rolę do zagrania.

Oglądać zatem, czy nie oglądać? Na pewno jest to zupełnie inna klasa niż wcześniejsza i bardzo żałosna seria OAV. Pamiętajmy też, że amatorki tego typu serii nie są niestety rozpieszczane – tytułów z „odwróconym haremem”, nie będących przy tym shounen­‑ai, pojawia się niewiele. Jak sądzę, właściwą grupą docelową są nastoletnie dziewczęta, jeśli jednak ktoś poszukuje po prostu czegoś nieskomplikowanego i ze stadem przystojnych panów, a nie ma przy tym szczególnych oczekiwań co do jakości fabuły – niech próbuje. Ostrzegam tylko, że romantycznie nastrojona dusza będzie zgrzytać (metaforycznymi) zębami, patrząc na marnotrawstwo poszczególnych wątków. I drugie ostrzeżenie: trójwymiarowym panom tym razem dziękujemy. Dla własnego zdrowia psychicznego powinni omijać to anime szerokim łukiem.

Avellana, 10 czerwca 2007

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Yumeta Company
Autor: KOEI, Touko Mizuno
Projekt: Ken'ichi Oonuki
Reżyser: Aki Tsunaki
Scenariusz: Junko Okazaki
Muzyka: Yoshihisa Hirano