Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyuu.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 6/10 grafika: 4/10
fabuła: 5/10 muzyka: 4/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 11 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,64

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 189
Średnia: 7,17
σ=1,96

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (moshi_moshi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kyou Kara Maou!

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2004
Czas trwania: 78×25 min
Tytuły alternatywne:
  • God? Save Our King!
  • King From Now On!
  • 今日からマ王!
zrzutka

Co by się stało, gdyby Miaka była chłopcem…? No właśnie. Oto jest pytanie. Ktoś w końcu postanowił na nie odpowiedzieć.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Co by się stało, gdyby Miaka była chłopcem? Nie trzeba pytać, ponieważ Tomo Takabayashi już zdążyła odpowiedzieć na to pytanie. Yuri Shibuya ma piętnaście lat, jest przeciętnym, a przy tym zdumiewająco naiwnym (zaskakujące, prawda?) licealistą, uwielbiającym baseball. Nic dziwnego, że ten ciamajdowaty miłośnik Sprawiedliwości okazuje się kolejnym królem państwa rodem z filmów fantasy, położonego w równoległym świecie. I przynajmniej nie dostaje się tam za pomocą książki…

Pewnego dnia, wracając ze szkoły, nasz bohater widzi, jak trzech chłopaków nęka jego kolegę z gimnazjum. Wedle zasady „mierz siły na zamiary” postanawia pomóc. Niestety ściąga na siebie uwagę dręczycieli, a jego kolega ucieka. Nowi „znajomi” postanawiają zmyć śmiałkowi głowę w najbliższej publicznej toalecie. Jakież zdumienie ogarnia Yuriego, gdy zostaje dosłownie wciągnięty do wnętrza sedesu… Bohater budzi się w szczerym polu w nieznanym mu miejscu. Na dodatek ludzie mówią w dziwnym języku i zaczynają rzucać w niego kamieniami. Nagle zjawia się potężny mężczyzna, który jakimś cudem sprawia, że Yuri zaczyna rozumieć otaczające go osoby. A potem z odsieczą przybywa pewien (ekhem…) przystojny nieznajomy. Yuri dowiaduje się, że nie znalazł się tu przypadkiem, jest przyszłym królem i należy do rasy demonów – mazoku. W królestwie od dawna trwa konflikt pomiędzy zwykłymi ludźmi i demonami, jednak wszyscy wierzą, że ich przyszły władca będzie w stanie załagodzić sytuację.

To jeszcze nie koniec niespodzianek. Podczas powitalnej kolacji przez przypadek oświadcza się Wolframowi – niezwykle porywczemu mazoku, władającemu ogniem, który wyzywa go potem na pojedynek. Swoją drogą: kto by pomyślał, że uderzenie w policzek wśród arystokratów może być prośbą o rękę, a podniesienie zrzuconego noża – zaakceptowaniem pojedynku? Trzeba dodać, że związki między mężczyznami są tu na porządku dziennym. Niestety przyszły król nie zdaje sobie sprawy, że to dopiero początek jego kłopotów. Czy przy całej swojej ślamazarności i naiwności małego dziecka poradzi sobie z obowiązkami monarchy? Oczywiście! Przecież ma przy sobie grupę oddanych przyjaciół, gotowych pomóc mu w każdej sytuacji.

Prawdopodobnie większości czytelników skojarzyło się to ze znanym swego czasu romansem fantasy – Fushigi Yuugi. I słusznie. Seria bez skrępowania i bezczelnie parodiuje tamto anime, wykorzystując dobrze znane motywy i zalewając je tonami absurdalnych pomysłów. Fabuła do odkrywczych nie należy, wręcz przeciwnie: powiela wiele ogranych wątków, ale też twórcom bynajmniej nie chodziło o to, by stworzyć coś ambitnego. Kluczowym zabiegiem była zmiana płci głównej postaci, co od razu uniemożliwia płomienny romans i sceny typu „Miaka – Tamahome”. Prowadzi zaś do wielu zabawnych (czasami zbyt zabawnych) sytuacji. Nie zmienia to faktu, że mamy tu harem może nie do końca przystojnych, ale dobrych i szlachetnych panów, którzy starają się niańczyć (tak, niańczyć) swojego ukochanego króla. Kolejną aluzją do Fushigi Yuugi jest poszukiwanie tajemniczej broni, która może pomóc w walce z ludźmi. Tak zwany Morgif jest mieczem przeznaczonym dla króla demonów. Na dodatek nie jest to taki zwykły miecz – wydaje się być żywy i pochłania ludzką energię. Trzeba też powiedzieć, że czasami poziom żartów przekracza pewne granice i czyni je niestrawnymi dla sporej części widzów – choć wszystko zależy od podejścia oglądającego. W każdym razie wymagana jest cierpliwość i pobłażliwość dla niedorzeczności większości pomysłów.

W serii dominują niemieckojęzyczne imiona, takie jak Günter czy Stoffel. Postaci na pierwszy rzut oka są schematyczne, a ich działania przewidywalne. Przy bliższym poznaniu udowadniają jednak, że są czymś więcej niż jednowymiarowymi kukiełkami, które poruszają się na ekranie. Część ich cech może się wydać przejaskrawiona, jednak nie przeszkodziło im to w zdobyciu mojej sympatii. Oryginalni może i nie są, ale w większości sytuacji zachowują się w miarę sensownie i sprawiają miłe wrażenie. Znaczna długość serii pozwala bliżej ich poznać i może nawet polubić. Szczególnie miło wypada niefortunny narzeczony Yuriego, z pozoru zuchwały i nieprzyjemny, okazuje się być co prawda nieokrzesanym, ale jednak pozytywnym bohaterem. Ten drugi przymiotnik tyczy się większości, jeżeli nie wszystkich postaci. W każdym można znaleźć odrobinę dobra, prawda? Tak, to naiwne podejście, jednak sposób przyrządzenia charakterów okazał się całkiem smaczny.

Niestety, pieniędzy zabrakło na oprawę techniczną. Mimo że niedopracowane, projekty postaci byłyby całkiem ładne, gdyby nie przypadłość „przezroczystych włosów” i rozjeżdżające się na cały ekran nieszczególnie ładne zbliżenia twarzy. Również i tutaj twórcy pokusili się o parodię: kapłanka Ulrike wygląda jak sobowtór Hinoto z X, a Günter tylko trochę przypomina Sephirota z Final Fantasy VII: Last Order. W tle dominuje żywa kolorystyka i niezbyt szczegółowe wnętrza oraz plenery. Animacja również do mistrzowskich nie należy, chociaż przeciętnemu widzowi nie powinna przeszkadzać. W jednym z ostatnich odcinków chyba zmienia się sztab animatorów, bo wszystkie postaci zaczynają wyglądać doroślej i zdecydowanie inaczej niż poprzednio, a rysunek oczu sprawia, że zdają się być niewidomi. Nie mam pojęcia, czemu miał służyć ten eksperyment, ponieważ jego efekt wydał mi się co najmniej dziwny.

Ścieżka dźwiękowa… No cóż, można powiedzieć, że istnieje. Doskonale wtapia się w całość, bo jest prawie niezauważalna. „Chórki”, pojawiające się w bardziej dramatycznych momentach, nie wywołały we mnie szczególnego entuzjazmu – wręcz przeciwnie. Chyba jedynymi wartymi uwagi kawałkami są instrumentalna wersja czołówki i drugi ending – Arigatou – w wykonaniu BON'z. Jednak czy to wystarczy? Nie, stąd taka, a nie inna ocena: za brak oryginalności i powtarzalność.

Zabierając się za Kyou Kara Maou! trzeba pamiętać, że jest to komedia, wypełniona po brzegi niedorzecznymi pomysłami, które nie wszystkim wydadzą się strawne, więc wymagane jest podejście z przymrużeniem oka. Część widzów może odstraszyć długość, ponieważ trudno obejrzeć 78 odcinków za jednym posiedzeniem. Gdyby skrócić serię o połowę, zapewne sięgnęłoby po nią więcej osób, twórcy jednak postanowili stworzyć tasiemca. Natomiast wątku shounen­‑ai nie należy brać na poważnie – jest to kolejny element parodii, występujący w tym tytule, i pomimo wielu aluzji nie powinno to przeszkadzać nawet przeciwnikom tego gatunku. Polecę to anime ciętym na serie fushigiyuugopodobne, przy założeniu, że potencjalny widz pragnie naprawdę długiego odpoczynku od serii ambitnych, mrocznych, romantycznych i pełnych dramatyzmu. Powinno się spodobać, co nie znaczy, że musi.

Enevi, 14 lipca 2007

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Studio DEEN
Autor: Tomo Takabayashi
Projekt: Temari Matsumoto, Yuka Kudou
Reżyser: Junji Nishimura
Scenariusz: Akemi Omode
Muzyka: Youichirou Yoshikawa

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Kyou Kara Maou!: fanfiki na Czytelni Tanuki Nieoficjalny pl
Kyou Kara Maou! - artykuł na Wikipedii Nieoficjalny pl