Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

3/10
postaci: 2/10 grafika: 6/10
fabuła: 1/10 muzyka: 4/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

brak

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Enevi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Jikuu Tenshou Nazca

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 1998
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Dimension Movement of Nazca
  • Nazca
  • 時空転抄ナスカ
zrzutka

„Widziałam kondora cień. Nad Tokio wzbił się niczym wiatr”. Prawie jak Orła cień Varius Manx. Prawie robi wielką różnicę.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Pewnego dnia Kyouji Miura, zwykły licealista, odkrywa, że jego przyjaciel i zarazem nauczyciel kendo, Tate Masanari, jest kolejnym wcieleniem inkaskiego wojownika Yawaru, który zapragnął zniszczyć świat i stworzyć swój własny. Sam Kyouji również okazuje się wojownikiem – w poprzednim życiu nazywał się Bilka i walczył z Yawaru. Wraz z nimi „budzą się” również ich sprzymierzeńcy i tak oto zaczyna się walka o los współczesnego świata…

Już właściwie sam początek dał mi do zrozumienia, że nie mam co liczyć na ambitną serię. Jednak utarte schematy wcale nie skazują na totalną porażkę, owszem odbierają takiej produkcji świeżość, ale nie muszą jej niszczyć. Niestety w przypadku tego anime sztampowe rozwiązania nie służą do „wzbogacenia” opowieści, a są jej fundamentami. Wraz z rozwojem akcji stwierdzenie „schematyczne anime” staje się eufemizmem, a brak logiki i spójności są coraz bardziej rażące i denerwujące. O postępie ich widoczności nawet nie będę wspominać, gdyż zauważyć można je gołym okiem po przeczytaniu pierwszego lepszego streszczenia. Dobre podstawy zawsze gwarantują chociaż częściowy sukces, lecz Jikuu Tenshou Nazca należy do produkcji, w których nie zadbano nawet o ten najważniejszy element. To, co dzieje się na ekranie, nie ma żadnego ciągu przyczynowo­‑skutkowego, a niedopowiedzeń jest masa. Pierwszą i największą dziurą jest brak jakiegokolwiek sensownego motywu, który mógłby być siłą napędową serii. Dowiadujemy się tylko, że jeden z głównych bohaterów nagle zdaje sobie sprawę, kim tak naprawdę jest i budzi się w nim żądza stworzenia idealnego świata, poprzedzonego oczywiście zniszczeniem obecnego. Współczesny świat jest bowiem zły i niesprawiedliwy, a ludzkość zepsuta do szpiku kości. Szkoda tylko, że nie dowiadujemy się, dlaczego tak sądzi… Postawiono tutaj na typowe widzimisię postaci i nie pokuszono się o jakiekolwiek głębsze wyjaśnienia. Po tym jakże uroczym wstępie następuje seria zupełnie niezrozumiałych wydarzeń, które ostatecznie prowadzą do przewidywalnego i oklepanego finału. Całość jest tak naiwna i przepełniona patosem, że jedyne na co było mnie stać to spazmatyczny rechot, który towarzyszył każdemu „błyskotliwemu” pomysłowi twórców.

Postanowiono również wzbogacić fabułę i nadać serii egzotycznego posmaku, wykorzystując elementy kultury Ameryki Łacińskiej. Tym razem twórcy oparli całą „intrygę” na historii. I to tej najprawdziwszej. Akcja rozgrywa się bowiem w przeszłości i w teraźniejszości, z czego ta pierwsza służy wyjaśnieniu wydarzeń we współczesnej Japonii. Wątek „historyczny” niewątpliwie wyjaśnia kilka kwestii, jednak nie odpowiada na podstawowe pytania, które od samego początku zadaje sobie widz. Przy tej okazji warto się zastanowić, jak bardzo można przeinaczyć fakty, aby pasowały one do wybranej konwencji. Jikuu Tenshou Nazca zabiera widza do czasów wojny domowej w państwie Inków – konfliktu pomiędzy braćmi Atahualpą i Hauscarem (na krótko przed przybyciem konkwistadorów). Spór o władzę i posłuszeństwo zastąpiono walką o tajemniczą moc zwaną Iryatesse, której kontrola gwarantuje władzę nad światem. Hauscar został tu przedstawiony jako despotyczny władca, zaś z Atahualpy zrobiono szlachetnego buntownika. Dwaj główni bohaterowie byli najpotężniejszymi wojownikami walczącymi po przeciwnych stronach. Sztuką jest przeinaczyć historię tak, aby przedstawione wydarzenia miały jakikolwiek sens, ale niestety także pod tym względem twórcy ponieśli klęskę. Sposób przedstawienia kultury Inków (z oczywistych względów wykrzywiony) jest tak niewyobrażalnie głupi i niekonsekwentny, że szkoda słów. Co ciekawe, zobaczymy również źródło tej niszczycielskiej i tajemnej mocy, przez bohaterów zwane szumnie „bogiem”, który pojawia się i znika bez wyraźnego powodu, a wpływu na fabułę nie ma żadnego. Jeśli ktoś szukał czegoś podobnego do Tajemniczych Złotych Miast, tylko krótszego, srogo się zawiedzie.

Inteligencja bohaterów jest proporcjonalna do logiki i odkrywczości scenariusza. Ich płytkie osobowości spowił ten sam cień tajemnicy, co zupełnie niespójny początek historii. Każda z postaci ma jasno określony cel, do którego dąży od kilkuset lat i nie zawaha się przed niczym, by go osiągnąć. Problem tkwi w tym, że pozbawiono ich w ten sposób jakichkolwiek cech charakteru, które pogłębiałyby ich osobowości. Wszystkim przyporządkowano po jednym, niezwykle irytującym schemacie i ani razu nie pozwolono im wyjść poza jego ramy. Bezlitosny los rzuca im kłody pod nogi, a oni albo usilnie starają się zmienić Przeznaczenie patetycznymi monologami, albo wprost przeciwnie, rzucają się z mieczem na dawnych wrogów, chcąc ich wykończyć. W ten sposób otrzymujemy dwóch przyjaciół, którzy z powodu wyżej wymienionej chęci jednego z nich stają się śmiertelnymi wrogami. W momencie, gdy w grę wchodzi możliwość panowania nad światem, wszystko inne przestaje się liczyć. Także relacje między postaciami opierają się na Miłości, żądzy Zemsty czy nieuzasadnionej Nienawiści bądź Przyjaźni. Tate (Yawaru) to pusty i wyjątkowo bezwzględny człowiek(?), ogarnięty żądzą władzy, który jest gotów zabić swojego przyjaciela. Kiedy bowiem budzi się w nim dawny wojownik, wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Za nim podąża stado mniej lub bardziej zaprzyjaźnionych baranów, które z niewiadomych przyczyn również bardzo chcą zniszczyć świat i stworzyć nową idealną krainę. Z kolei drużyna siedemnastoletniego Kyoujiego ma udaremnić wykonanie ich nikczemnego planu(?). Chłopak nieustannie żali się na los i natchnionym głosem wykrzykuje, jakie to okrutne i niesprawiedliwe są poczynania Tych Złych, a jednocześnie twierdzi, że ufa dobrej stronie swojego Mistrza, która zostaje przypomniana w paru niezwykle istotnych retrospekcjach. Dzieciak jest wyjątkowo niezdecydowany i niekonsekwentny, co może wywołać jedynie irytację.

Do walki o Iryatesse wpleciono wątek trójkąta romantycznego. Nie jest on może tak istotny dla samej fabuły, co nie zmienia jednak faktu, że wiele sobą nie prezentuje. Służy tylko i wyłącznie udramatyzowaniu postaci i zapełnia czas ekranowy. Wepchnięto tutaj też rodzinę Kyoujiego, która jest wyjątkowa, gdyż nie obchodzi ich w ogóle, co takiego dzieje się z ich podopiecznym, a to, że gada brednie o tajemniczych mocach i byciu wojownikiem, nie wzbudza ich najmniejszych podejrzeń. Przeciwnie, dopingują go do działania, choć sami nie wiedzą dokładnie, co się właściwie dzieje. Jeśli chodzi o ilość sztampy, jest to prawie stuprocentowe stężenie: niezwykłe zbiegi okoliczności (wszyscy, w których obudziły się poprzednie wcielenia, się znają!), dylematy moralne („a może jednak nieładnie zrobiliśmy, wybijając całe miasto?”) i tym podobne bzdury. Przy okazji wszyscy są wyjątkowo antypatyczni i puści, a ich losy raczej nikogo nie będą obchodzić. Ot, marionetki w rękach nieudolnych scenarzystów.

Sytuacji nie jest w stanie uratować przeciętna grafika. Same projekty bohaterów są ładne i staranne, ale dość typowe. Wyróżniają je natomiast stroje. Twórcy nie tylko stworzyli naiwny i głupi obraz Inków oraz ich kultury, ale również postanowili wymyślić im oryginalne ubiory. Efektem ich pomysłowości są przede wszystkim niezwykle gustowne, obcisłe kostiumiki, które eksponują wyjątkowo muskularną budowę ciała panów, ze szczególnym uwzględnieniem barów i pośladków. Występują one w połączeniu z bardzo twarzowymi fryzurami (jeden z bohaterów zapewne reklamuje niezwykle mocny żel do włosów) i ozdobami (panowie na głowach mają opaski z piórami czegoś, co prawdopodobnie było przerośniętym albo zmutowanym kurczakiem, a do jednego z wojowników przyczepiły się wściekle zielone wodorosty). Są to stroje bardzo praktyczne i służą głównie jako cele dla broni przeciwnika (mierzący w czyjąś głowę mieczem oczywiście musi trafić na opaskę bądź piórko, a nie na czaszkę…). Ponieważ seria ma już swoje lata, animacja w porównaniu do dzisiejszych standardów wypada blado. Najbardziej rażą biegnący i walczący bohaterowie, którzy poruszają się, jakby połknęli kije od szczotek. Tym, czego jednak nie zapomnę, był atak motylków, które zlatywały się chmarami, aby ratować nieudolnych wojowników. Wszystkie niedociągnięcia można zwalić jednak na wiek serii, wszak od jej powstania minęło jedenaście lat. Krajobrazy prezentowały się natomiast całkiem przyzwoicie, zwłaszcza jeśli chodzi o góry i łąki, bo już rozmyty las nie do końca mi się podobał. Ze wszystkich wymienionych wad najbardziej niestety razi zastosowanie grafiki komputerowej i to w dodatku na dużą skalę. Na wstępie w openingu straszy wykonana w 3D pustynia, potem pojawiają się jeszcze tajemnicze wrota i budynki we mgle, na tle których postacie są ewidentnie płaskie. Bardzo popsuło to ogólne wrażenie, bo nie wierzę, że nie można było postarać się trochę bardziej. Przebolałabym nawet niezbyt szczegółowe, ale tradycyjnie wykonane tła, ale nie… Czołówkę skomponowano ładnie, a towarzyszy jej wykonywana przez The Eccentric Opera piosenka Ai no Fugue. Podobnie jak ending, Condor wa Tonde Yuku, stanowią one miłą odmianę od słodziutkich j­‑popowych potworków, gdyż jedna z nich śpiewana jest po łacinie (opening), a druga po hiszpańsku (ending, który jako jedyny wprowadza odpowiedni klimat do serii). W tle nie usłyszymy jednak ładnych melodii, a patetyczne chórki bądź niezbyt udane solówki skrzypiec czy pianina, skomponowane niestety bardzo nieudolnie i zagłuszane przez pełne dramatyzmu przemowy bohaterów. To sprawia, że bardziej przypominają przysłowiowe plumkanie niż faktyczne utwory muzyczne.

Jeżeli ktokolwiek oczekuje emocjonującej serii przygodowej z egzotycznym tłem w postaci Inków, nie ma po co sięgać po Jikuu Tenshou Nazca, gdyż zwyczajnie nie spełni ono jego oczekiwań. W serii praktycznie nic się nie dzieje, a niektóre błyskotliwe pomysły twórców mogą powalić niejednego wytrwałego widza, który co chwilę będzie pukał się w czoło i zastanawiał, jakie inne ciekawe pomysły miał scenarzysta. Brak jakiejkolwiek logiki i spójności fabularnej nie zachęca. Drewniani bohaterowie, którzy mogą poszczycić się osobowościami o głębokości przeciętnej kałuży, również nie stanowią zalety, a piosenek spokojnie można posłuchać w oderwaniu od obrazu, bo będzie się miało jeszcze złe wspomnienia. Chociaż trzeba przyznać, że jako niezamierzona komedia anime to wyszło twórcom idealnie, absurd goni absurd, a końca nie widać. Jeśli więc ktoś interesuje się historią ludów Ameryki Południowej, z czystym sumieniem mogę mu polecić o wiele starsze Tajemnicze Złote Miasta, bo tym gniotem zwyczajnie nie warto zawracać sobie głowy. I pamiętajcie: głupota bywa zaraźliwa i potrafi zaszkodzić nawet najbardziej odpornemu widzowi.

Enevi, 4 marca 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: RADIX
Projekt: Hirotoshi Sano
Reżyser: Hiroko Tokita
Scenariusz: Naruhisa Arakawa, Tsunehisa Itou
Muzyka: Tsuneyoshi Saitou