Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Gakkon 4 - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 7/10
fabuła: 8/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,33

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 71
Średnia: 7,48
σ=1,59

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Easnadh)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Zettai Kareshi

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2008
Czas trwania: 11×57 min
Tytuły alternatywne:
  • Absolute Boyfriend
  • 絶対彼氏。
Tytuły powiązane:
Widownia: Josei; Postaci: Androidy/cyborgi; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Live action
zrzutka

W literaturze epoki Heian znak „ukochany/ukochana” można było odczytać także jako „smutny, bolesny”. A gdyby ktoś wpadł na pomysł, by usunąć tę nieprzyjemną stronę miłości i stworzył „idealnego ukochanego”?

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Riiko Izawa nie ma szczęścia w miłości. Jest typem nieśmiałej, ale bardzo miłej dziewczyny o dobrym sercu, która ukochanemu tradycyjnie w prezencie robi szalik na drutach. Przyznacie jednak, że to niezbyt fascynująca i uwodzicielska strategia. Któregoś wieczoru, gdy po nieudanym wyznaniu miłosnym Riiko próbuje odzyskać humor w kawiarni, przysiada się do niej pewien mężczyzna. Podając jej wizytówkę (Gaku Namikiri, firma Kronos Heaven, cokolwiek by to miało oznaczać) pyta kusząco, czy chciałaby spróbować zmienić swoje życie. Jako że jakiejś pozytywnej zmiany akurat dziewczynie najbardziej potrzeba, niewiele czasu zabiera jej przemyślenie propozycji. W siedzibie Kronos Heaven Riiko musi odpowiedzieć na szereg pytań dotyczących między innymi pożądanego poziomu inteligencji, zazdrości czy temperamentu seksualnego i wyglądu idealnego chłopaka. No bo cóż, skoro nie wychodzi tak i nie wychodzi siak, to można spróbować z biurem matrymonialnym. Jest tylko jeden szkopuł. Kronos Heaven nie jest instytucją tego rodzaju, o czym Riiko przekonuje się pewnego ranka, kilka dni później. Zostaje jej bowiem dostarczona duża paczka, której zawartością jest, o zgrozo, nagi, nie ruszający się mężczyzna. Trup?! Na szczęście w krytycznej chwili dzwoni Namikiri. Za jego enigmatyczną wypowiedzią: „W tym pudle znajdziesz wieczną miłość” kryje się projekt Kronos Heaven, które ma zamiar rozpocząć produkcję robotów – idealnych chłopaków. Przez przypadek i wrodzonego chyba pecha Riiko zamówiła sobie model prototypowy 01, wersję „nocny kochanek”, na pięciodniowy okres próbny, a tym samym została króliczkiem doświadczalnym. Niby fajnie, bo facet ma być absolutnie oddany, wierny i miły, poza tym nie marudzi, nie musi jeść czy spać, a na dodatek ma tysiące różnych funkcji i zastosowań (może robić zarówno za pralkę albo zmywarkę, jak i masażystę). Ale kto by chciał robota za chłopaka? Tym bardziej, jeśli serce mocniej bije już na widok pewnego prawdziwego mężczyzny, żywego i z krwi i kości?

Po Zettai Kareshi sięgnęłam z ciekawości – chciałam zobaczyć, jak ten „idealny chłopak” będzie wyglądać w wersji live. Okazało się, że nie do końca tak, jak sobie wyobrażałam. I zdecydowanie nie tak, jak wyglądał w mandze. Jednak patrząc obiektywnie, Night jest całkiem przystojny, wysoki i umięśniony, więc chyba ma predyspozycje, by z wyglądu pretendować do tytułu „chłopaka idealnego”. Jeśli chodzi o walory wewnętrzne, jego szanse rosną jeszcze bardziej. Przypomina księcia na białym koniu, który jest szarmancki, wierny, bezgranicznie kocha swoją ukochaną, wspiera ją w ciężkich chwilach i zawsze gotowy jest ruszyć jej na ratunek. Przy tym wszystkim jest jednak robotem, więc niemal bez przerwy zdarza mu się popełniać różne gafy i zachowywać dziwnie czy nieludzko, jednak wpadki te nie drażnią, wręcz przeciwnie – w większości przypadków są albo urocze, albo zabawne, albo jedno i drugie. Riiko wypada przy swoim „ukochanym z przymusu” bardzo zwyczajnie. Nie jest to jednak wada, bo owa przeciętność dobrze uzupełnia się z niezwykłością Nighta i jest źródłem wielu śmiesznych scenek. Poza tym główna bohaterka niewątpliwie posiada pewien dziewczęcy czar, którym z powodzeniem nadrabia to, że nie jest taką pięknością jak na przykład jej przyjaciółka, Mika. Ów dziewczęcy urok i zaraźliwy zapał w tym, co robi, sprawiają, że prezentuje się bardzo sympatycznie. Kolejną bardzo ważną dla fabuły postacią, choć z początku może się tak nie wydawać, jest Soushi Asamoto, młodszy syn dyrektora firmy, w której pracuje Riiko. Po pierwszym odcinku pozostawia nie najlepsze wrażenie: lekkoduch, leń i kobieciarz. Jednakże… Nie, nie powiem, że to tylko poza, bo tak nie jest. Soushi jest trochę ironicznym, bystrym młodym mężczyzną, który jednak ma to do siebie, że nie stara się za bardzo, jeśli nie widzi potrzeby i sensu w tym, co robi. Gdy w końcu ów sens znajduje, możemy się przekonać, co naprawdę potrafi. W serialu znaleźć można jeszcze kilkoro niezwykle sympatycznych bohaterów, a ja szczególnie wdzięczna jestem twórcom za stworzenie postaci rywalki w miłości, która wreszcie nie jest typem niezwykle wrednej i knującej potworzycy, dążącej po trupach do celu.

Historia opowiedziana w Zettai Kareshi jest, ogólnie rzecz biorąc, milutka. Aby ją obejrzeć, trzeba mieć jednak odpowiednie nastawienie i przejść do porządku dziennego nad faktem istnienia robota, który został stworzony po to, by obdarzać miłością, pojęciem przecież pustym i bez znaczenia dla maszyny. Po uporaniu się z tym problemem (ewentualnie po wzruszeniu ramionami) można ze spokojnym sumieniem oglądać dalej, do końca, bo fabuła prezentuje się bardzo ciepło i dość smakowicie, prawie jak ciasteczka i torciki, które w serialu bardzo często pojawiają się na ekranie. Właśnie, ciasteczka! Oczywiste jest, że osią historii są relacje pomiędzy głównymi bohaterami i tworzone przez nich wielokąty miłosne. Po jakimś czasie jednak do wątku głównego dochodzi wątek konkursu cukierniczego, który staje się równie ważny. Jest to nadzwyczaj udany zabieg, gratuluję twórcom pomysłu. Okazuje się, że przy tworzeniu smacznego, dobrego ciastka, oprócz mąki, cukru, masła i tym podobnych (autorka recenzji jest totalnym antytalentem kuchennym, więc proszę wybaczyć ogólniki) tak samo ważne i potrzebne są uczucia, wspomnienia, marzenia i chęć dawania radości.

Jednak osobom znającym mangę (do których ja również się zaliczam) już na początku pierwszego odcinka mogą dość znacznie poopadać szczęki. Można bowiem odnieść wrażenie, że poza imionami bohaterów i bardzo ogólnym zarysem fabuły serial nie ma nic wspólnego z mangą Yuu Watase, sama przez chwilę myślałam nawet, że oglądam nie to, co trzeba. Riiko nie jest tu licealistką, z kolei Night jest robotem z krwi i koś… przepraszam, z obwodów i blaszek (tak, jestem też antytalentem technicznym, specjalistyczne słownictwo jest mi całkowicie obce), więc całkiem często zdarza mu się zachowywać sztucznie, a czasem zawieszać się z powodu braku energii. Zaś Namikiri został z dziwacznego i zabawnego akwizytora przerobiony na naukowca, twórcę „idealnego chłopaka”. Wspomniane zmiany w konstrukcji bohaterów i fabuły potencjalnych wielbicieli mangi Zettai Kareshi mogą oburzyć, jednak obiektywnie patrząc, efekt jest bardzo udany. Skrócono wychodzący już bokiem motyw romansowy (sześć tomów ględzenia w kółko o tym samym to niemało) i powyrzucano co głupsze i bardziej oklepane gagi. Przede wszystkim jednak wszystko wypada o wiele bardziej naturalnie i realistycznie, zwłaszcza relacje pomiędzy postaciami. Przykładowo w mandze niemal natychmiast Riiko pogodziła się z faktem, że jest właścicielką przystojnego robota i uczepiła się go jak tonący brzytwy. Natomiast w serialu Night przez dwa odcinki szwenda się bez imienia, a na noc zamykany jest w toalecie, jak pies. Riiko traktuje go raczej jak dziecko, młodszego brata, ewentualnie nowe zwierzątko domowe, a nie jak dorosłego mężczyznę i potencjalnego partnera, czego przykładem może być zabawna scenka, gdy chyba już w odruchu desperacji półnagi Night pręży się przed czytającą gazetę dziewczyną: „Riiko. Patrz, patrz! Czy jestem seksowny?”, na co ona, odrywając się na sekundę od lektury, odpowiada szczerze, ale i zupełnie obojętnie: „Tak, jesteś”. Postaci w porównaniu do mangi też więcej zyskują, niż tracą. Riiko jest dojrzalsza (w mandze określenie „dojrzała Riiko” to oksymoron), ale jednocześnie nie przestaje być uroczo dziewczęca. Jak już wspominałam, Night zachowuje się czasami dość sztucznie, a i powalającym swym wyglądem bishounenem o błękitnych ślepkach i blond włoskach też zdecydowanie nie jest. Jednak w przypadku robota sztuczność jest, paradoksalnie, jak najbardziej naturalna. Do wyglądu z kolei można się przyzwyczaić i przekonać, a po pewnym czasie naprawdę trudno jest nie odpowiedzieć uśmiechem na szeroki, naiwnie radosny uśmiech Nighta. Najbardziej radykalna jest jednak zmiana dotycząca Soushiego i na początku byłam nią nawet ciut zbulwersowana. Jednakże po zastanowieniu doszłam do wniosku, że w mandze był on postacią raczej sztywną i na dłuższą metę nieciekawą. Z kolei w serialu prezentuje się naprawdę dobrze i wiarygodnie, a jego ambicje sięgają dalej niż mangowe „odebrać Nightowi Riiko”.

Skoro już jesteśmy przy postaciach, warto wspomnieć o aktorach. Znając japońską tendencję do upychania w filmach nieumiejących grać modelek, bo są kawaii, trochę się jednak obawiałam o poziom. Okazało się, że martwiłam się na zapas, albowiem, pomijając typową dla Japończyków grę, niekiedy „wyrazistą aż za bardzo”, i charakterystyczny sposób mówienia oraz intonację, aktorzy spisali się całkiem dobrze. Odtwórczynie głównych postaci żeńskich są na szczęście z zawodu aktorkami, a Mokomichi Hayami (Night) i Hiro Mizushima (Soushi) także pokazują, że ich wygląd nie jest głównym atutem i grać potrafią.

Muszę przyznać, że ścieżka dźwiękowa Zettai Kareshi idealnie pasuje do serialu – nie jest może arcydziełem, ale przyjemnie się jej słucha, na dodatek bardzo dobrze wtapia się w poszczególne sceny; zawiera zarówno muzykę elektroniczną, jak i graną na instrumentach klasycznych. Przy romantycznych czy też nieco bardziej wzruszających scenach możemy usłyszeć delikatne i urocze Mori no Otoiro, którego początkowa wstawka na flecie niezmiennie wywołuje u mnie iście sielankowe skojarzenia, oraz instrumentalną wersję endingu Okaeri. W scenach bardziej dramatycznych za tło służą nieco ostrzejsze utwory, jak Dennou Sekai no Shinden czy Gravity. Wracając do endingu – Yuu Watase specjalnie poprosiła piosenkarkę Ayakę o napisanie i zaśpiewanie utworu przewodniego dla adaptacji swojej mangi. Ayaka się zgodziła, przeczytała wszystkie tomy Zettai Kareshi (brawo, brawo!) i stworzyła Okaeri – bardzo przyjemną dla ucha, ciepłą i pasującą do klimatu serialu piosenkę.

Zaletą Zettai Kareshii jest to, że serial można obejrzeć w zupełnym oderwaniu od mangi, jako że tworzy on kompletną i zrozumiałą całość i nie widzę problemu w traktowaniu go jako zwykłego, całkiem udanego filmu o tematyce romantycznej, a nie adaptacji komiksu. Osobom znającym pierwowzór wersję live action też polecam. Wielbicielom oryginału serial może się spodobać, jako że zachowuje jego ducha, a wszelkie zmiany są na tyle urocze, że da się je „przełknąć”. Natomiast tym, na których manga nie wywarła dobrego wrażenia (do której to grupy zalicza się niżej podpisana), mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że owe wyżej wymienione większe i mniejsze zmiany uczyniły z tej historii coś, co naprawdę da się obejrzeć gładko, bez zgrzytania zębami i z przyjemnością. Na koniec małe ostrzeżenie dla wszystkich potencjalnych widzów: zanim zaczniecie oglądać, dobrym pomysłem byłoby zaopatrzenie się w jakieś ciastka. Mamy bowiem do czynienia z tym samym przypadkiem, co podczas oglądania filmu Czekolada, którego bez tabliczki czekolady pod bokiem nie da się obejrzeć w spokoju, bo kiszki zaczynają grać marsza i straszliwym wyciem dopominają się o coś słodkiego.

Easnadh, 21 marca 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Autor: Yuu Watase
Reżyser: Genta Satou, Manabu Kitagawa, Masato Hijikata
Scenariusz: Junpei Nihei, Rei Fumishima, Rika Nezu
Muzyka: Yuuko Fukushima