Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Forum Kotatsu

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 8/10 grafika: 6/10
fabuła: 7/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 5 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,80

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 12
Średnia: 7,58
σ=0,86

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (metamind)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Uchuu Senkan Yamato

zrzutka

Pierwszy rozdział opowieści o gwiezdnym pancerniku „Yamato” i jego załodze. Mimo ponad trzydziestu lat na karku, seria nadal potrafiąca przykuć widza do ekranu.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Rok 2199. Dopiero niedawno ludzie na dobre wyrwali się z kajdan grawitacji i rozpoczęli podróże kosmiczne, a już na ich drodze stanął wróg. Cywilizacja Gamilian wtargnęła do Układu Słonecznego i zbudowała bazę na Plutonie, z której Ziemia bombardowana jest przy pomocy radioaktywnych meteorytów. Kolejne starcia dowodzą przewagi technicznej nieprzyjaciół. W decydującej bitwie koło Plutona ziemska flota zostaje rozgromiona. Statek dowodzącego nią kapitana Okity jako jedyny powraca z pola bitwy. Losy Ziemi wydają się przesądzone – poziom radioaktywności na powierzchni planety wzrasta bowiem błyskawicznie i okazuje się, że wystarczy rok, aby ludzkość, chroniąca się w podziemnych miastach, całkowicie wymarła. W tym samym czasie niedaleko położonej na Marsie bazy rozbija się tajemniczy statek. Przybyli na miejsce zdarzenia dwaj członkowie obsady bazy, Susumu Kodai i Daisuke Shima, odnajdują martwą już kobietę, która ściska w dłoniach zakodowaną wiadomość. Obaj w mig powracają na Ziemię. Odkodowana informacja okazuje się przesłaniem dla Ziemian od Starshy, mieszkanki planety Iscandar. Proponuje ona przekazanie maszyn, które mogą przywrócić Ziemi jej pierwotny stan. Ale jak dotrzeć na planetę położoną w Obłoku Magellana, 148 tysięcy lat świetlnych od Ziemi, kiedy ziemska flota kosmiczna została dopiero co rozbita w pył?

Rozwiązaniem okazuje się wrak największego okrętu wojennego w dziejach ludzkości, japońskiego pancernika z II wojny światowej – „Yamato”. W wyniku eksplozji meteorytów morza i oceany zniknęły z powierzchni Ziemi. Ścigając się z czasem, ludzie przebudowują „Yamato” na statek kosmiczny, wyposażając go w napęd warpowy i potężne działo zwane „wave motion gun”, zbudowane dzięki instrukcjom zawartym w wiadomości od Starshy. Doświadczony kapitan Okita zostaje dowódcą statku, od którego misji zależy istnienie ludzkości, Shima obejmuje stanowisko głównego technika, zaś w rękach Kodaia spoczywa dowodzenie systemami bojowymi. Wraz z blisko setką wybrańców wyruszają ku Iscandarowi. Wróg nie zamierza jednak przypatrywać się temu z założonymi rękoma, dlatego droga „Yamato” będzie długa, trudna i okupiona wieloma bitwami, w których ofiary padną po obu stronach. Czas zaś upływa nieubłaganie i nawet nieznaczne opóźnienia w podróży mogą mieć fatalne skutki. Kosmiczna odyseja gwiezdnego pancernika będzie testem zarówno dla statku, jak i dla jego załogi.

No właśnie, bohater zbiorowy, czyli załoga „Yamato”, to dość bogate grono najrozmaitszych osobowości, którym raczej daleko do wyidealizowanych herosów – wszyscy mają swoje słabości i wady. Kapitan Okita jest chory i choć mężnie zmaga się ze słabością własnego, wiekowego już ciała, jasne jest, tak dla niego, jak i stopniowo także dla reszty, że może z tej wyprawy nie powrócić żywy. Kodai to w gorącej wodzie kąpany młodzieniec, któremu osobiste tragedie (jego rodzice zginęli podczas bombardowania Ziemi, zaś brat poległ podczas bitwy koło Plutona, osłaniając odwrót okrętu kapitana Okity) przysłaniają często logiczną analizę sytuacji. Dla odmiany Shima jest osobą bardzo ostrożną i niezbyt skłonną do ryzyka. Obu przyjaciół poróżnia dodatkowo sympatia do pielęgniarki o imieniu Yuki. Galerię bohaterów pierwszego planu uzupełniają jeszcze pokładowy lekarz – alkoholik, doktor Sado, wielozadaniowy robot o całkiem ludzkiej osobowości – Analyzer i stary przyjaciel Okity – Tokugawa, kierujący sekcją silników. Obok nich przewija się wielu bohaterów drugiego planu. Chociaż Okita przyjmuje tu rolę surowego kapitana, widać wyraźnie, że szuka wśród członków załogi tego, który mógłby go zastąpić. Staje się dla swoich podwładnych mentorem, którego słowo zawsze ma wielką wagę. Zauważalna jest nader skromna liczba postaci kobiecych – na dobrą sprawę mamy tu tylko Yuki, która więcej charakteru nabiera dopiero w kolejnych seriach, tu zaś robi za klasyczną damę do ratowania z opresji. Na niej lista istotnych bohaterek się kończy – Starsha to postać epizodyczna. Dziwne to, gdyż u Leijiego Matsumoto kobiety były zwykle silnymi i niezależnymi osobowościami.

Z drugiej strony Gamilianie to także nie jednolita masa wrogów, ale konkretne osoby. Kieruje nimi Dessler, postać dość trudna do oceny. Na początku wydaje się myśleć chłodno i racjonalnie, ale stopniowo widać ogarniającą go obsesję dotyczącą „Yamato”. Urocza jest jego megalomania – nawet pole minowe postawione przez flotę gamiliańską zostaje ochrzczone jego imieniem. Niektórzy doszukiwali się wpływu Hitlera na kreację tej postaci, zwłaszcza że tytułem Desslera jest „wódz” (aczkolwiek autorzy anime zaprzeczali tym porównaniom). Pod wieloma względami przeciwieństwem swojego władcy jest admirał Domel, zachowujący się, jakby urodził się w Japonii i przestrzegał zasad kodeksu bushido. Znamienne jest, że wszyscy gamiliańscy dowódcy noszą niemiecko brzmiące nazwiska (najwybitniejszy generał – Domel już brzmieniem nazwiska może kojarzyć się z feldmarszałkiem Erwinem Rommlem).

Warto tu się zatrzymać. Na brzmieniu nazwisk odniesienia historyczne się bowiem nie kończą. Bystre oko szybko zauważy, że bombowce nurkujące czy jednostki torpedowe floty Obcych mają pewne cechy wspólne z jak najbardziej historycznymi maszynami Luftwaffe. O samym „Yamato” nie ma co nawet wspominać. Nawet finałowe starcie Domela z ziemskim pancernikiem może kojarzyć się z bitwą pod Midway. „Yukikaze”, statek brata Kodaia, nosi identyczną nazwę, jak jeden z niszczycieli, które eskortowały historycznego „Yamato” podczas jego ostatniego, samobójczego rejsu. Z kolei wśród członków załogi pancernika pojawia się bardzo wiele nazwisk, które zapisały się w dziejach Japonii, jak Okita, Todo, Tokuwaga, Hajime, Yamanami czy Yamazaki. Język gamiliańskich raportów wojennych jak żywo przypomina zaś język japońskiej propagandy z czasów drugiej wojny światowej. Ostatecznie całość nabiera cokolwiek groteskowej wymowy – japoński pancernik z drugiej wojny światowej, walczący wówczas jako sojusznik III Rzeszy, teraz staje się ostatnim obrońcą ludzkości przed niemcopodobymi obcymi. Może to swoista, mniej lub bardziej świadoma, próba ekspiacji? Znający realia historyczne widz może się zdziwić, oglądając reminiscencje z zatopienia oryginalnego „Yamato”, którego agonii asystują Amerykanie, oddający honory tonącemu okrętowi z pokładów własnych statków.

Ostrzegałbym przed traktowaniem tego tytułu jako produkcji stricte science­‑fiction, a jeśli już, to ze zdecydowanym naciskiem na „fiction”. Co prawda pierwszy etap podróży „Yamato” wiedzie przez Układ Słoneczny, ale mijane planety tylko z daleka przypominają to, co możemy zobaczyć choćby na Discovery. Życie na Plutonie, bujna dżungla na Marsie – cóż, to stanowczo więcej niż tylko lekkie naginanie rzeczywistości do potrzeb fabularnych. Do tego dochodzą kwestie radośnie absurdalne – podczas starcia w okolicach Plutona nagle okazuje się, że na kosmicznym bądź co bądź okręcie jest niesamowicie długi łańcuch z kotwicą, który umożliwia „złapanie się” księżyca i wykorzystanie go jako hamulca dla pędzącego pancernika. To jedna z tych scen, podczas których trudno się nie roześmiać – a kilka podobnych, łamiących zarówno prawa fizyki, jak i zdrowego rozsądku, się tu znajdzie. Podczas licznych bitew „Yamato” zostaje uszkodzony, nieraz bardzo dotkliwie, ale ślady tych zniszczeń znikają niezwykle szybko – nawet jeśli odpadnie cały dolny mostek to i tak w kolejnym odcinku będzie on na swoim miejscu, a rozbite podczas walk wieże artyleryjskie cudownie pojawiają się z powrotem, niczym nietknięte. To i tak detal w porównaniu z tym, że nagle, w połowie serii, Gamilianie bez podania jakiegokolwiek powodu zmieniają kolor skóry z całkiem ludzkiego na sinoniebieski – czyżby cała nacja zbiorowo zsiniała ze złości wywołanej przegranymi starciami z „Yamato”? Przez całą serię wszyscy zastanawiają się nad podobieństwem Yuki do Starshy – ostatecznie nie wynika z tego absolutnie nic.

Początek serii może wywoływać skojarzenia z klasyczną space operą pt. Star Trek. Wielki statek kosmiczny, który wyrusza w nieznane, by śmiało dotrzeć tam, gdzie nie dotarł jeszcze nikt inny, do tego umiejscowienie gros wydarzeń na mostku. Iście startrekowe jest także potraktowanie kwestii związanych z eksploracją – na wyprawy poza statek wyruszają zawsze główni bohaterowie, nieważne, że wedle wszelkiej logiki powinni oni siedzieć na swoich miejscach, a takie misje wykonywać powinien wyspecjalizowany oddział abordażowo­‑eksploracyjny. Jednak dość szybko seria ta wychodzi poza startrekowe schematy – mamy tu bitwy z udziałem wielu statków, nie ma tak typowych „bridge bunnies” (czyli bohaterek, których rola polega na brylowaniu na mostku dowodzenia), a portrety psychologiczne poszczególnych bohaterów stopniowo ulegają pogłębieniu, podobnie jak ich wzajemne relacje – o czym w typowych serialowych space operach raczej nie było mowy.

Największą chyba słabością tej serii nie są jednak kwestie naukowo – techniczne, tych bowiem można nie zauważać, traktując wszechświat w ujęciu twórców anime jako licentia poetica. Problem, o którym piszę, jest natury boskiej, a dokładniej chodzi o deus ex machina. Bohaterowie są tu dość często wikłani w sytuacje niemal bez wyjścia. Widzowi może wydawać się, że autorzy nie mają litości dla postaci, a tu nagle, w kulminacyjnej scenie funduje nam się rozwiązanie tak groteskowe lub absurdalne, że faktycznie, nikt zdrowo myślący by na nie nie wpadł. Oczywiście nie uogólniam, bywa, że pojawiają się całkiem sensowne pomysły, ale cudownie leżący we właściwym miejscu pistolet (jeden na całej planecie!) lub pole siłowe, które wzięło się właściwie znikąd, mają prawo drażnić widza, który oczekiwał nieco bardziej racjonalnych rozwiązań, zwłaszcza że seria aspiruje znacznie wyżej.

Liczący dwadzieścia sześć odcinków Uchuu Senkan Yamato to fabularnie jednolita opowieść o podróży ku Iscandarowi oraz walce z Gamilianami. Choć anime pochodzi z roku 1974, nie jest to serial całkowicie epizodyczny, tu każdy odcinek wynika w pewnym sensie z poprzedniego, zdarzają się historie rozciągane na dwa odcinki, a czasem przegapienie któregoś z epizodów może sprawić, że coś w fabule stanie się niejasne. Pod tym względem anime to stanowi całkowitą antytezę wspomnianego wyżej Star Treka. Zwraca uwagę fakt, że po każdym odcinku odlicza się czas, jaki pozostał do zagłady życia na Ziemi, przypominając niejako widzowi, że nie chodzi tu o zwykłe latanie po kosmosie, toczenie walk z Obcymi i okazyjne zwiedzanie planet, a załoga ma jasno określoną misję do wykonania. Co prawda w rachubie popełniono kilka błędów, ale widz zapewne nie zwróci na nie większej uwagi. Miłym dodatkiem jest pojawianie się przy każdej nowej postaci napisu z jej imieniem, nazwiskiem i rangą – pomysł wykorzystany wiele lat później w Legend of the Galactic Heroes. Zresztą, obserwując niektóre starcia, da się dostrzec wpływ, jaki anime to wywarło na twórców tamtej serii.

Dość realistyczna kreska, jaką przedstawiono postaci, pasuje tu całkiem nieźle. Szkoda tylko, że Yuki oraz Starsha, w założeniu twórców zapewne piękne kobiety, wyglądają groteskowo i śmiesznie. Analyzer momentalnie kojarzy się z R2D2 z Gwiezdnych Wojen, pamiętajmy jednak, że to nie saga George’a Lucasa była pierwsza. Zwracają uwagę projekty statków kosmicznych – choć próżno w nich doszukiwać się logiki, są one miłe dla oka. Zwłaszcza tytułowy „Yamato”, dla militarysty wręcz ucztą dla oczu jest obserwowanie wszystkich detali sylwetki pancernika i porównywanie ich z oryginałem. O podobieństwach do drugowojennych samolotów już wspomniałem, a gamiliańskie lotniskowce również nie mają kształtów całkowicie fantastycznych (acz śmieszy trochę fakt, że każdy lotniskowiec przewozi tylko jeden typ jednostek). Gorzej jest z taktyką starć – moment, w którym wielki (podobno) dowódca rusza na pancernik z czterema lotniskowcami i ani jednym statkiem eskorty, może sprawić, że widz popuka się w czoło. Pomysły gamiliańskich generałów nieraz mogą wprawić oglądających w konfuzję, jednak gdyby myśleli oni choć trochę bardziej logicznie, podróż „Yamato” nie trwałaby wszak zbyt długo. Zresztą we współczesnych seriach intelektualne ubóstwo u antagonistów występuje równie często – dowodem choćby Code Geass, gdzie ponoć niezwyciężona armia brytyjska zachowuje się jak banda idiotów dowodzonych przez kretynów. Czy takie nagromadzenie bezmózgów może mieć miejsce w rzeczywistości, to już temat na osobną rozmowę, choć patrząc na dokonania niektórych utytułowanych dowódców z czasów nawet nam niespecjalnie odległych (że wymienię tylko marszałka Bernarda Lawa Montgomery’ego lub kontradmirała Chuuichiego Nagumo) nie wydaje się to nawet aż taką fikcją.

Zwrócił moją uwagę jeden istotny element – Uchuu Senkan Yamato jest mimo wszystko serią optymistyczną. Heroizm jest tu niekoniecznie związany z nieuchronnie wiszącym nad człowiekiem fatum, które kojarzy mi się zwykle z japońskim pojmowaniem bohaterstwa. W tej produkcji bohaterowie mierzą się z losem, chwytają go za rogi i wygrywają, jeśli wykażą dość determinacji, a czasem ruszą głową. Nie wystarcza zachwyt nad samym pięknem walki, liczy się także rezultat, w końcu od działań załogi „Yamato” zależy los całej ludzkości. A że w miarę upływu czasu widz coraz bardziej zżywa się z poszczególnymi postaciami, ich śmierć raczej nie cieszyłaby zbytnio. Nie znaczy to, że wszyscy, którzy wyruszyli na wyprawę, powrócą z niej cało – to w końcu produkcja, jakby nie patrzeć, wojenna. Mimo to ta charakterystyczna nuta iście amerykańskiej interpretacji bohaterstwa, gdzie postać otrzymuje swoisty „bonus za heroizm”, bardzo mi tu pasuje.

Muzyka idealnie wpasowana jest w klimat serii. Opening, Uchuu Senkan Yamato, to jedna z bardziej rozpoznawalnych melodii w dziejach anime, z charakterystycznym, podniosłym zaśpiewem i marszowym rytmem. Wariacje na temat melodii z tej piosenki towarzyszą przez cały czas trwania anime, zarówno podczas starć, jak i w bardziej refleksyjnych momentach. Oprawa jest w całości orkiestrowa, nierzadko pełna patosu. Endingi wprowadzają nieco bardziej spokojny nastrój. Zresztą, patos w tej produkcji jest wszechobecny – trzeba jednak przyznać, że nie jest ona całkowicie wyprana z humoru. Dzięki takim bohaterom, jak wiecznie pociągający z butelki dr Sado czy starający się być jak najbardziej ludzki robot Analyzer (który w pewnym momencie zapała nawet miłością do Yuki) pojawiają się sceny bardziej humorystyczne, rozluźniające nieco poważny nastrój anime.

Uchuu Senkan Yamato było pierwszym anime wyświetlanym poza Japonią, które miało konkretną linię fabularną. Pokazywane w USA pod tytułem Star Blazers zdobyło tam znaczną popularność. Zmieniono co prawda nazwę statku (na niewywołującą u Amerykanów negatywnych skojarzeń „Argo”) oraz imiona postaci, a także wycięto co bardziej drastyczne sceny (warto wspomnieć, że w ramach czynienia serii bardziej odpowiednią dla młodszych widzów, dr Sado zamiast alkoholu regularnie „tankuje”… mleko – ciekaw jestem, czy ono również wywołuje czkawkę i charakterystyczne rumieńce, wszak w jednym z odcinków, w którym ów napój wylał się na Analyzera, był to dość istotny motyw). Disney planował nakręcić nawet własny film aktorski, w którym zamiast „Yamato” pojawiłby się amerykański pancernik „Arizona” (oryginalnie zatopiony podczas bombardowania Pearl Harbor). W samej Japonii popularność anime była tak duża, że doczekało się ono dwóch kolejnych serii telewizyjnych i kilku filmów kinowych, zaś trzydzieści lat po zakończeniu sagi – nowego filmu animowanego i zapowiedzianego na grudzień 2010 filmu aktorskiego. Sylwetka „Yamato” stała się jedną z ikon japońskiej animacji, rozpoznawalną na całym świecie, na równi chyba z Astroboyem, Gundamem, Sailor Moon czy Pikachu. Znamienne, że kilka lat później Amerykanie nakręcili głośny serial Gwiazda bojowa Galaktyka, dość wyraźnie inspirowany przygodami „Yamato”. Obok Mobile Suit Gundam, Legend of the Galactic Heroes czy Sekai no Senki jest to jedna z najbardziej klasycznych i zarazem udanych kosmicznych serii animowanych.

A czy da się dziś, po ponad trzydziestu latach, oglądać to anime? Trudno ukryć, trochę trąci ono myszką. Jednak na własnym przykładzie stwierdziłem, że nie straciło wiele na atrakcyjności. Mimo wspomnianych wyżej wad, całą serię połknąłem w kilka wieczorów, śledząc przygody „Yamato” i jego załogi z niekłamaną przyjemnością. To w zasadzie powinno wystarczyć. Jeśli nie jesteście uczuleni na nieco bardziej staroświecką kreskę, a cenicie sobie porządne, kosmiczne serie z obowiązkową dozą patosu i militarnymi smaczkami, Uchuu Senkan Yamato będzie dla was produkcją idealną – porywającą, trzymająca w napięciu i ciekawą.

Grisznak, 11 marca 2010

Recenzje alternatywne

  • metamind - 11 kwietnia 2009
    Ocena: 8/10

    Międzygwiezdna podróż na ratunek ludzkości, czyli przepis na klasyczną, ale wciągającą space operę. więcej >>>

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Academy Productions
Autor: Leiji Matsumoto
Projekt: Hachjirou Tsukima, Nobuhiro Okasako
Reżyser: Leiji Matsumoto
Scenariusz: Eiichi Yamamoto, Keisuke Fujikawa
Muzyka: Hiroshi Miyagawa