Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

4/10
postaci: 4/10 grafika: 5/10
fabuła: 4/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

4/10
Głosów: 5 Zobacz jak ocenili
Średnia: 4,00

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 75
Średnia: 6,04
σ=2,21

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Enevi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

White Album

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2009
Czas trwania: 13×25 min
Tytuły alternatywne:
  • ホワイトアルバム
  • W.A.
zrzutka

Początkująca piosenkarka, zwykły student i jeszcze kilka dziewcząt do kompletu, czyli opera mydlana w japońskim wydaniu.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Touya i Yuki jeszcze w liceum zostali parą. Po szkole oboje idą na studia, ich miłość przeżywa wzloty i upadki, ale ostatecznie wszystko kończy się dobrze – biorą ślub, a potem żyją długo i szczęśliwie. Piękny scenariusz, prawda? Zapewne wymarzony dla tych, którzy rzeczywiście chcą spędzić razem całe życie. W tym przypadku jednak nie wszystko układa się tak dobrze. Touya rzeczywiście jest studentem, ale jego druga połówka próbuje swoich sił w show­‑biznesie. Początkujący artyści nigdy nie mają łatwo, więc dziewczyna praktycznie cały czas spędza w pracy i bardzo rzadko widuje się ze swoim chłopakiem. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy Touya poznaje koleżankę Yuki po fachu, Rinę, a menedżerka jego ukochanej wyraźnie daje mu do zrozumienia, że stanowi on przeszkodę dla rozwoju kariery wschodzącej gwiazdeczki j­‑popu. Dodatkowo na scenę wkraczają pozostałe znajome chłopaka. Czy uczucie dwojga młodych ludzi przezwycięży wszystkie przeciwności?

Czy anime haremowe musi być złe? Nie. Czy, żeby nie być nudne i schematyczne, musi być szaloną komedią? Też nie. Czy anime o życiu codziennym może być nudne i schematyczne? Oczywiście! White Album jest doskonałym przykładem zmarnowanego potencjału. Już po pierwszym odcinku widz może być pewny, że nie ma do czynienia z porywającym dramatem, a raczej spokojną i cichą opowiastką „z życia wziętą”. Po drugim może mieć nadzieję na ciekawy rozwój wydarzeń, po trzecim zaczynają docierać do niego sygnały, że coś jest nie tak, po czwartym zaczyna tracić nadzieję, a po piątym spostrzega, że całość robi się naiwna i głupiutka. Tak to przynajmniej wyglądało w moim przypadku. Z odcinka na odcinek robi się coraz gorzej, fabuła wlecze się niemiłosiernie i przy okazji rozjeżdża pod naporem genialnych pomysłów scenarzystów. Dominuje tu wątek miłosny, a motyw muzyczny stanowi jedynie niewyraźne tło. Jest to swoiste połączenie schematyczności z oryginalnością (niestety taką, która szkodzi). Przeciwnościami, o których pisałam we wstępie, okazują się poszczególne niewiasty, które mniej lub bardziej związane są z głównym bohaterem. Mogłoby to być interesujące, gdyby nie sposób podania. Owszem, coś się dzieje, jednak tak naprawdę postaci przez większość czasu robią mało istotne rzeczy bądź uczestniczą w „niezwykle intrygujących” rozmowach, które prowadzą donikąd i zajmują jedynie czas ekranowy. Tempo wydarzeń jest wprost porywające i niejeden ślimak szybciej dopełzłby do celu. Na początku można jeszcze to wytrzymać, niestety z czasem robi się to zwyczajnie męczące i denerwujące, a sytuacja komplikuje się do tego stopnia, że seria obyczajowa zamienia się w rasową telenowelę i realizm znika bez śladu. Zaprezentowanych wątków jest całkiem sporo, lecz zanim zdążą się ukłonić, wszedłszy na scenę, zostają brutalnie zepchnięte na bok i fabuła znowu powraca do głównego nurtu wydarzeń. Warto zaznaczyć, iż nie jest to historia o trudnym związku Touyi i Yuki, a o niezdecydowaniu pewnego studenta, który postępuje wyjątkowo głupio i nierozważnie (nie można tego usprawiedliwić młodym wiekiem, brakiem doświadczenia i charakterem, ponieważ rzeczony delikwent go nie posiada). Mnóstwo tu wątków zwyczajnie zbędnych, które wciskane na siłę, nużą.

Teoretycznie część przypadków i nieporozumień można tłumaczyć osadzeniem akcji w latach osiemdziesiątych, a dokładniej w 1986 roku. Brak telefonów komórkowych na pewno znacznie wpływa na trudności w komunikowaniu się, ale chyba nie do takiego stopnia, żeby dwie osoby szukały siebie nawzajem w jednym miejscu przez cały odcinek, prawda? Kiedy kogoś nie ma w domu, trudniej go zastać, mając do dyspozycji jedynie telefon stacjonarny. Ale jest przecież automatyczna sekretarka… Bohaterowie chyba jednak nie pamiętają o jej istnieniu i uparcie nigdy nie mogą się ze sobą skontaktować. Z drugiej strony należy pochwalić twórców za oddanie realiów tamtych czasów i dbałość o szczegóły. Przynajmniej w tej kwestii spisali się oni dobrze, bo warstwa fabularna pozostawia wiele do życzenia. Szkoda, że wątek muzyczny, który ledwo zaznacza swoją obecność, również jest grubymi nićmi szyty i stanowi nędzną dekorację, „zaskakując” swoją odkrywczością i świeżością. Owszem, nagranie płyty to nie taka łatwa sprawa i często spędza się w studiu mnóstwo czasu, tylko dlaczego kosztem tylu cennych minut odcinka?

Tym, co najbardziej odrzuca mnie od tej serii, są zupełnie nijacy bohaterowie. Pod tym względem najbardziej ucierpiał protagonista, którego całkowicie pozbawiono osobowości. To nawet nie jest rasowy fajtłapa, wzbudzający zachwyt wszystkich pań dookoła. Ilość poświęconego mu czasu jest odwrotnie proporcjonalna do głębokości jego charakteru. Jedyne, co można o nim powiedzieć, to że jest wyjątkowo niezdecydowanym i słabym osobnikiem, który nie wie, czego chce od życia. Ma wiele okazji, aby wykazać się choć szczątkową osobowością, ale w większości przypadków pozostaje wyjątkowo bierny. Spędza czas ze wszystkimi dziewczynami dookoła, a widzowi próbuje wmówić, że bardzo, ale to bardzo zależy mu na Yuki. Z kolei ukochana Touyi to niewinna i wyjątkowo spokojna dziewuszka, która… taka pozostaje przez cały czas. Rzadko pojawia się na planie, a jeśli już, to zwykle ma próby, sesje, bądź próbuje dodzwonić się do głównego bohatera. A jej motywacje w niektórych przypadkach są wyjątkowo… osobliwe. Jako że jest to anime haremowe, mamy do czynienia z tzw. „potworem tygodnia”, który w danym odcinku (albo odcinkach) ma poważne problemy i koniecznie musi zwalić się na głowę głównemu bohaterowi, bo nie ma nikogo innego w pobliżu. Te małe dramaty są najczęściej rozdmuchane do niebagatelnych rozmiarów, co sprawia, że losy dziewczyn śledzi się z jeszcze mniejszym zainteresowaniem. Gdyby miały ciekawsze charaktery… Przykro mi, zły adres. Wszystkie te postaci cechują się brakiem jakiegokolwiek zaplecza psychologicznego i jedyne, co udało się wcisnąć, to sztuczne traumy, które mają je uczynić bardziej ludzkimi. Na szczęście udało mi się znaleźć w tej grupie indywiduów jedną jedyną postać, której udało się wzbudzić moją sympatię. Któż to taki? Rina. Z prostej przyczyny. Nie towarzyszą jej żadne tragiczne wydarzenia i, co najważniejsze, nie skomli ona do Touyi za każdym razem, kiedy ma jakiś problem. Przeciwnie, stara się pomóc zarówno jemu, jak i Yuki, a że są to wysiłki daremne, to już inna sprawa.

Biorąc pod uwagę, że seria powstała w roku 2009, można by liczyć na całkiem porządną oprawę techniczną. Niestety pod względem grafiki White Album nie zachwyca, podobnie jak w przypadku fabuły i bohaterów. Z początku spodobały mi się projekty postaci, gdyż na pierwszy rzut oka przypominały te z True Tears. Wystarczyło się jednak im przyjrzeć w ruchu i wrażenie staranności prysło niczym bańka mydlana. Niektóre ujęcia, głównie od frontu i oddalenia, wyglądają wyjątkowo nieestetycznie, a parę razy natknęłam się nawet na dziwnie wykrzywione twarze. Biegające postaci poruszają się bardzo sztywno i nienaturalnie, zupełnie jakby połknęły długie kije, chodzące wyglądają odrobinę lepiej, ale do płynności im jeszcze daleko. Pomijając te momenty, na bohaterów miło popatrzeć, ale tylko wtedy, gdy pozostają w bezruchu. Dla odmiany trzeba pochwalić tła i wnętrza, które mimo że nie zwracają na siebie tak bardzo uwagi, wykonane są w miarę starannie, zarówno pod względem szczegółowości, jak i kolorystyki. Twórcy w dość widoczny, ale jednocześnie subtelny sposób oszczędzają na grafice, wplatając charakterystyczne nieruchome kadry, przypominające akwarele, i statyczne ujęcia, w których nie widać, jak bohaterowie np. poruszają ustami. O ile nieruchome obrazki pasują do endingu i bardzo często stosuje się właśnie taką praktykę, to już czołówka wyraźnie świadczy albo o niedbalstwie, albo o niezbyt pokaźnym budżecie. Teoretycznie jest to seria z wątkiem muzycznym, a w praktyce wygląda to tak, że prócz openingu i endingu można usłyszeć dwie, może trzy piosenki, przewijające się gdzieś w tle. Pozostają one jednak, podobnie jak utwory instrumentalne, całkowicie niewidoczne. Melodie pojawiające się w poszczególnych scenach są ładne i spokojne, ale nie zapadają jakoś szczególnie w pamięć. Zdecydowanie warto zwrócić uwagę na seiyuu, które spisały się dobrze w swoich rolach, na tyle, na ile były w stanie oddać charaktery(?) bohaterek. Mam na myśli Nanę Mizuki, Ayę Hirano oraz Romi Paku, której, niestety, przypadła w udziale znienawidzona przeze mnie postać menedżerki Yuki. Piosenki utrzymane są w konwencji j­‑popu, a to idealnie pasuje do klimatu serii (prawie niewyczuwalnego, ale jednak). Zarówno Shin Ai w wykonaniu Nany Mizuki, jak i Maiochiru Yuki no You ni Suary są miłe dla ucha i przynajmniej tę drugą zapamiętam na dłużej.

Przyznam szczerze, iż wiadomość o planowanym drugim sezonie, nie tyle mnie zmartwiła, co zdziwiła. Zastanawiam się bowiem, cóż takiego wymyślą jeszcze twórcy. Teoretycznie mogłoby to tłumaczyć brak jakiegokolwiek rozwoju fabuły, ale jeżeli za scenariusz będzie odpowiedzialna ta sama osoba, nie wróżę tej serii sukcesu. Trzeba umieć pisać ciekawie o codziennym życiu, a niewielu się to udaje. W tym przypadku również nie wyszło najlepiej, gdyż główny wątek stanowią pojedyncze historie kolejnych dziewczyn, przedstawione jedynie pobieżnie i wprowadzone tylko po to, aby wypełnić czymś czas ekranowy. Wszelkie zabiegi, mające wzbogacić całość, odbierają jej jakąkolwiek wiarygodność, którą twórcy starają się budować poprzez drobiazgi. Owszem, można docenić ich starania, jednak w obliczu tak nieudanego scenariusza trudno je zauważyć. Odpychające są również postaci, pozbawione osobowości, wypłowiałe i naprawdę irytujące swoją bezbarwnością. Żeby chociaż było na co popatrzeć… Niestety także od strony technicznej anime nie zachwyca, a piosenki spokojnie można posłuchać, nie zapoznając się z serią. Nie mam pojęcia, co chciano osiągnąć, ale wydaje mi się, że ostatecznie wyszła seria przeznaczona dla nikogo. Dla miłośników dramatów obyczajowych raczej za głupia, dla ubóstwiających melodramat również niewiele zostaje, bo całość wypada naprawdę sztucznie. Biedni są też widzowie liczący na fanserwis, który często towarzyszy haremowym anime. Muszę Was zmartwić – nie występuje on tu nawet w ilościach śladowych. Podsumowując, White Album jest produkcją schematyczną, naiwną, nudną i zdecydowanie niewartą uwagi. Nie nadaje się nawet jako niezamierzona komedia, bo zwyczajnie nie ma się z czego śmiać, można jedynie wzruszyć ramionami i przejść obok niej zupełnie obojętnie.

Enevi, 4 kwietnia 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Seven Arcs Pictures
Autor: AQUAPLUS, Leaf
Projekt: Hisashi Kawata, Kou Yoshinari
Reżyser: Akira Yoshimura
Scenariusz: Hiroaki Satou

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Podyskutuj o White Album na forum Kotatsu Nieoficjalny pl