Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Yatta.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

2/10
postaci: 1/10 grafika: 3/10
fabuła: 2/10 muzyka: 5/10

Ocena redakcji

4/10
Głosów: 6 Zobacz jak ocenili
Średnia: 3,67

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 143
Średnia: 5,76
σ=2,29

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Ysengrinn)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Slayers Evolution-R

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2009
Czas trwania: 13×24 min
Tytuły alternatywne:
  • スレイヤーズ EVOLUTION-R
Postaci: Magowie/czarownice; Pierwowzór: Powieść/opowiadanie; Miejsce: Świat alternatywny; Inne: Magia
zrzutka

Po serii Revolution nikt chyba nie wiązał z jej kontynuacją wielkich nadziei… Jak się okazuje, całkowicie słusznie.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Choć w poprzedniej serii bohaterom udało się pokonać straszliwego Zannafara (dla tych, którzy nie oglądali – tak, znowu), ich pierwotna misja ratowania królestwa Taforashii utknęła w martwym punkcie. Wprawdzie wiedzą, że muszą odnaleźć dzban z zapieczętowaną duszą Rezo, jego poszukiwanie jednak przypomina szukanie igły w stogu siana. Gdy nie znajdują żadnych informacji o tego rodzaju artefaktach nawet w największej bibliotece królestwa Saillune, postanawiają wrócić do zrujnowanego pałacu Giocondy i przetrząsnąć go najdokładniej, jak się da. Ku swemu zaskoczeniu odkrywają tam Namę – żywą zbroję o ludzkiej duszy, która, jak sama twierdzi, została wyrwana z ludzkiego ciała, gdy przypadkiem dotknęła magicznego dzbana. Genialna i piękna czarodziejka natychmiast się domyśla, iż musi chodzić o tenże właśnie dzban, pozwalający przechowywać dusze, i zaczyna indagować zbroję o miejsce wypadku. Niestety rychło okazuje się, że Nama cierpi na amnezję i nie pamięta, kim jest, nie wspominając o lokalizacji jakiegoś naczynia. Bohaterowie postanawiają jednak chwycić się tej brzytwy i przystępują do żmudnych działań mających przywrócić zbroi pamięć (niestety metoda Liny, polegająca na długotrwałym a solidnym grzmoceniu w hełm, nie przyniosła rezultatów), które potrwają przez kilka kolejnych odcinków. Będzie to tym trudniejsze, że Nama okazuje się obdarzona dość ekscentryczną i nieobliczalną (a dla Liny również niepokojąco znajomą) naturą.

Absolutnie wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Nama to tak naprawdę Naga Biała Wężyca i niestety zdradzenie tego nie jest żadnym spoilerem – można się tego domyślić już w pierwszym odcinku, tak samo jak z „subtelnych” sugestii już dawno można było wywnioskować, iż Naga jest zaginioną siostrą Amelii. Później zresztą wątek bynajmniej nie doczekuje się rozwiązania czy choćby rozwinięcia. Po prostu w pewnym momencie zostaje przecięty jak nożem i nigdy nie dowiemy się nawet tego, co się stało z ludzkim ciałem Namy (wszystko wskazuje na to, że dalej leżało gdzie padło i w momencie zakończenia wątku zapewne było już w zaawansowanym stadium rozkładu). Ot, z braku materiału na główny wątek wepchnięto lubianą postać, co dało pretekst dla kilku odcinków­‑wypełniaczy, przeraźliwie głupich i, mimo usilnych starań, zupełnie nieśmiesznych, po czym usunięto ją niemal natychmiast po przejściu do kolejnego wątku. Wyraźnie widać, iż próbowano przypodobać się fanom, zwłaszcza tym, którzy chcieli zobaczyć spotkanie i interakcję obu córek Philionela – analogicznie zresztą jak z Zelgadisem i Amelią, na których gdzieś od połowy serii NEXT nie było pomysłu, a których jednak zatrzymano w drużynie ze względu na popularność wśród widowni. Zauważyłem jeszcze jedno podobieństwo – w obydwu przypadkach zapewne padł odgórny przykaz, aby pod żadnym pozorem nie naruszać status quo ustalonego przez oryginał, czyli powieści Hajimego Kanzaki, toteż w toku fabuły rozwój zarówno historii osobistych bohaterów, jak i ich relacji, ulega zamrożeniu.

Po odcinkach z Namą następuje historia Zumy, niezależna i prawie niepowiązana z wątkiem Taforashii, będąca na dobrą sprawę kolejnym nudnym wypełniaczem. Jest ona luźno oparta na fabule jednej z powieści, co tylko pozornie jest zaletą – podczas brutalnego przykrawania do fabuły serialu została ona dosłownie zmasakrowana, wypruta z sensu, logiki i jakiegokolwiek prawdopodobieństwa. Podam jeden przykład – Lina podejmuje się ochraniać pewnego kupca, na którego życie dybie Zuma, po czym… Udaje się, jak gdyby nigdy nic, do karczmy, bo przecież to ona jest prawdziwym celem zabójcy i ją będzie atakował w pierwszym rzędzie (pomińmy już, że nawet Lina nie miała w zwyczaju narażać życia cywilów, prowokując wroga w ludnych miejscach). Inną sprawą jest, podobnie jak w serii Revolution, wyraźna inflacja mocy drużyny – nie sposób nie zauważyć, że po starciu na proch dwóch Zannafarów, kilku potężnych władców mazoku i całych zastępów ich podwładnych, a wreszcie oszalałej fuzji dwóch bogów i starożytnego smoka, Lina Inverse w pojedynkę utopiłaby niewydarzonego zabójcę w łyżce wody. Sęk w tym, że w oryginale tej historii bohaterowie stawiają czoła Zumie bliżej początku swej przygody, a tym samym są sporo słabsi i mniej doświadczeni. Natomiast na plus wątku Zumy należy policzyć, że Zelgadis i Amelia nareszcie przestali podpierać ściany i znaleziono im zajęcie. „Zajęcie” ma postać pary demonów, które Zuma nasyła na ową dwójkę celem odciągnięcia ich od Liny, którą zamierza wykończyć osobiście. Jest to godne pochwały, gdyż nawet w starszych seriach bywali oni zapominani, choć pewnie można było to zrobić subtelniej – dziwnym trafem Zuma nie uznał za konieczne pozbywać się Gourry’ego.

O ile cała owa trójka bohaterów, a także Nama i Zuma, od biedy potrafią usprawiedliwić swą bytność na ekranie, o tyle Xellos, ulubiona postać wielu fanów, jest najzwyczajniej zbędny. Nie znaczy to, że nic nie robi, bo robi sporo – problem polega na tym, że jego akcje są tak niekonsekwentne, chaotyczne i pozbawione logiki, iż ostatecznie wychodzą na zero. Najpierw próbuje odebrać nieszczęsny dzban znanej z poprzedniej serii pokojówce Ozel, by następnie starać się go zniszczyć, a po chwili stwierdzić, że cała sprawa zupełnie go nie interesuje i wycofać się na z góry upatrzone pozycje – zupełnie jakby był zdalnie sterowany przez swą szefową, Zellas Metallium, cierpiącą na zespół napięcia przedmiesiączkowego i zmieniającą co pięć minut zdanie. Niewątpliwie jest to prosta konsekwencja tego, że z jednej strony fani chcieliby widzieć go w akcji, z drugiej twórcy zdają się święcie wierzyć, iż Xellos jest zbyt silny i mógłby przypadkiem resztę postaci zadeptać, a z trzeciej wreszcie – odzywa się wspomniana już niechęć do zmieniania status quo, co byłoby nieuniknione, gdyby doszło do prawdziwej walki między nim a czwórką bohaterów.

Gdy już zupełnie spisałem serię na straty, zaczął się odcinek dziesiąty i… opadła mi szczęka. Niespodziewanie otrzymałem odcinek skupiony na Zelgadisie(!), w którym odzyskuje on zdolność myślenia i działania, Lina dochodzi do skądinąd słusznego wniosku, że chimeryczny czarodziej w zasadzie ma uzasadnione powody, by nie chcieć uwalniać Czerwonego Kapłana, a Pokota wreszcie (po 1,5 serii…) zostaje uświadomiony, że jego idol niekoniecznie miał czyste rączki i rozstał się ze światem przy wydatnej pomocy czwórki bohaterów. Słowem – wrócili starzy dobrzy Slayersi! Na tym jednak nie koniec, gdyż twórcy po raz pierwszy zdecydowali się wyjść przed szereg i pchnąć wątek Zelgadisa do przodu – jak już pisałem, nie zdobyli się na to ani przy Namie, ani przy Xellosie. Niestety owo przedziwne zjawisko trwało tylko jeden odcinek – scenariusz kolejnych najwyraźniej znowu pisała sprzątaczka, gdyż wszystko wróciło do „normy”. Materiał, który dałoby się streścić w najwyżej jednym odcinku, rozciągnięty został na trzy, zakończenie zaś było tak absurdalnie głupie, że prawie śmieszne (niestety – jak uczą reklamy piwa – „prawie” robi różnicę).

Ogólnie rzecz biorąc, większość odcinków ma fabułę po prostu fatalną, bez względu na to, czy dotyczy ona wypełniaczy czy wątku głównego (który to wątek zamyka się w bodaj pięciu odcinkach z trzynastu). Scenariusz często każe postaciom robić coś bez uwzględnienia ich indywidualnych charakterów czy choćby elementarnej logiki. Zresztą, poczynając od drugiego odcinka, niemalże cały humor opiera się na robieniu z bohaterów zidiociałych krzykaczy i żałosnych autoparodii, zazwyczaj nietrafionych – na przykład w jednym z odcinków­‑wypełniaczy Zelgadis zaczyna płakać z podniecenia, gdy opisuje atak specjalny Amelii i Namy. Można by odnieść wrażenie, że autorzy scenariusza w ogóle nie znali serii, na której pracowali – co jest o tyle dziwne, że przynajmniej główny scenarzysta, Jiro Takayama, brał udział w produkcji wszystkich serii telewizyjnych.

Grafika w zasadzie nie zmieniła się w porównaniu ze Slayers Revolution. Sporo osób narzekało na ten aspekt, nie umiałem jednak stwierdzić, co było powodem jej niskiej jakości do momentu, gdy zająłem się wybieraniem kadrów. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że naprawdę grafika jest gorsza niż w starych seriach – nie z powodu kreski, ale dlatego, że do znudzenia stosuje zaledwie kilka ujęć – na grupkę postaci w oddaleniu, na postać na pierwszym planie i grupkę w tle, na „popiersia” kilku postaci, wreszcie mocne zbliżenie twarzy któregoś z bohaterów. Zwłaszcza to ostatnie pojawia się przerażająco często, zapewne ze względu na prostotę wykonania. Oczywiście kilkoma ujęciami nie można zilustrować wszystkiego, ale twórcy wyraźnie się tym nie przejmują, czego efektem są puste kadry i postaci miotające się po krawędziach, wrażenie statyczności i przerażająca monotonia. Ujęć scen akcji (niemal zawsze statycznych) jest niewiele, prawie wszystkie prześwietlone lub przyciemnione. Wszystko to byłoby na miejscu w serii kładącej nacisk na dialogi i napięcie, ale jest niedopuszczalne w komediowej przygodówce. Na tym tle nawet pierwsza seria Slayers wypada bardzo dobrze – wprawdzie ma archaiczną kreskę i bardzo słabą animację, ale dzięki większej różnorodności kadrów nie jest to tak widoczne. Muzyka nie zmieniła się praktycznie od pierwszej serii telewizyjnej – w tym sensie, że wykorzystuje dokładnie te same utwory, co jej poprzedniczki, nie licząc openingu i endingu.

Jeżeli nie widzieliście Slayers Revolution, nie ma sensu zaczynać opowieści od środka fabuły, jeśli zaś owo nieszczęście już Was spotkało, sami wiecie najlepiej, czego się spodziewać.

Ysengrinn, 18 lipca 2009

Recenzje alternatywne

  • Garcinda - 30 lipca 2009
    Ocena: 6/10

    A ja łudziłam się, że po Revolution ktoś łaskawie zaniecha kończenia historii. Ależ bym się rozczarowała! więcej >>>

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: J.C.STAFF
Autor: Hajime Kanzaka
Projekt: Naomi Miyata
Reżyser: Takashi Watanabe
Scenariusz: Jirou Takayama, Katsumi Hasegawa, Michiko Itou, Yasunori Yamada
Muzyka: Osamu Tezuka (kompozytor)

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Podyskutuj o Slayers Evolution-R na forum Kotatsu Nieoficjalny pl