Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 5/10 grafika: 7/10
fabuła: 5/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 184
Średnia: 6,83
σ=1,88

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (IKa)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Shugo Chara!! Doki

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2008
Czas trwania: 51×23 min
Tytuły alternatywne:
  • しゅごキャラ!!どきっ
  • Guardian Character!! Heartbeat
Widownia: Shoujo; Postaci: Magical girls/boys, Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Magia
zrzutka

Trójkąt romantyczny i walka ze Złą Organizacją, która niszczy dziecięce sny. Tylko dlaczego to jest takie nudne?

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Jak każda(?) porządna kontynuacja, Shugo Chara!! Doki rozpoczyna się półtoraodcinkowym streszczeniem wydarzeń z poprzedniej serii. Po tym wstępie możemy przejść do właściwej akcji, stwierdzając… Że nic się prawie nie zmieniło. Tajemnicze Embryo pozostaje równie tajemnicze i odległe, a zadaniem Guardians w dalszym ciągu jest ratowanie dziecięcych serc, które Easter z uporem godnym lepszej sprawy stara się pogrążyć w negatywnych emocjach. Miejsce Utau, która na dobre opuściła szeregi tej organizacji, zajmuje niejaka Lulu, importowana z Francji córeczka słynnego szefa kuchni i jeszcze słynniejszej autorki, która ze znanych tylko sobie powodów z ogromną gorliwością bierze się do tropienia Embryo. Natomiast w grupie Guardians miejsce Waleta zajmuje Nagihiko, przedstawiający się jako brat bliźniak pamiętanej z pierwszej serii Królowej, Nadeshiko. Jego wybór do tej roli może budzić pewne wątpliwości – ma wprawdzie swojego shugo chara, jednak pozostaje on wciąż jeszcze niewykluty, a co za tym idzie, Nagihiko może służyć przyjaciołom wyłącznie wsparciem moralnym (i logistycznym).

Początek serii (pomijając wyżej wspomniane streszczenie) może wydać się bardzo obiecujący. Do odkrycia pozostają tajemnice Easter, tajemnica związana z przeszłością Ikuto i Tadasego, a przede wszystkim – tajemnica kłódki, kluczyka i samego Embryo. Całe mnóstwo tajemnic plus wątek romantyczny, bo Amu i Tadase zbliżają się do siebie… Ale jest przecież jeszcze Ikuto, o którym nasza różowa bohaterka nie potrafi zapomnieć. Nie wspominając o wątkach związanych z postaciami drugoplanowymi… Bardziej interesujące stają się także wyzwania stające przed Guardians, bo dzięki mocy Lulu czarne gnomy z pierwszej serii zastąpili podobnie jak oni transformujący się przeciwnicy, próbujący „na skróty” spełniać swoje sny. Całe mnóstwo obiecujących rzeczy, które mogą się dziać na przestrzeni tych pięćdziesięciu jeden odcinków, prawda? Nieprawda, niestety. Druga seria na dłuższą metę wlecze się znacznie bardziej od pierwszej, a co gorsza, ma wyjątkowo wręcz fatalnie rozplanowany scenariusz.

Przyczyny tego należy, rzecz jasna, upatrywać w kwestiach finansowych. Tak jak przyzwoitą wędlinę pompuje się solanką, aby znacznie zwiększyć jej objętość, tak scenariusz mangi napompowano nawet nie lukrem, ale osłodzoną i zabarwioną różową farbką do jajek wielkanocnych wodą. Kluczowe wydarzenia i zwroty fabuły nie są wcale takie złe, jednak oddziela je znacznie więcej „czasu ekranowego” niż powinno. Pierwszym z brzegu przykładem jest choćby wątek Nagihiko – potencjalnie całkiem interesujące oczekiwanie i niepewność trwają w nieskończoność – pierwsze istotne, a dotyczące go wydarzenie następuje dobrze w drugiej połowie serii, drugie zostaje wepchnięte w finał, kiedy już co innego zaprząta uwagę widza i scenarzystów, a kwestię jego powiązań z Nadeshiko w ogóle zamieciono na później pod dywan. Podobnie rzecz ma się z głównym wątkiem romantycznym. W pewnym momencie dramatyczne wydarzenia dotyczące całej trójki zainteresowanych sprawiają wrażenie definitywnego zwrotu akcji… Po to tylko, żeby rozmyć się potem kompletnie i zakończyć serię wynikiem nierozstrzygniętym. Nawet nie chodzi o to, że bohaterowie podejmują decyzję, a potem zmieniają zdanie – podejmują decyzję z fanfarami i… nic się nie zmienia. Tak po prostu. Większość fabuły, tak jak poprzednio, stanowi po prostu coraz nudniejsza kolorowa wata, z której, jeśli przewinąć powtarzalne „walki”, niewiele zostaje. Z góry przepraszam, ale nie uważam tego za „psucie zabawy”, tylko za uczciwe postawienie sprawy: o samym Embryo i magicznych przedmiotach na końcu wiemy tyle samo, ile na początku. Trzeba jednak przyznać, że rozwiązany zostaje wątek Easter, chociaż biorąc pod uwagę, ile razy bohaterom do tej pory nie udawało się dotrzeć do prawdy, nagłe odsłonięcie wszystkich zagadek jest, łagodnie mówiąc, mało „klimatyczne”.

Amu pozostaje w miarę udaną i wyrazistą bohaterką, jednak na palcach jednej ręki można policzyć okazje, kiedy można obserwować jakieś ciekawsze sceny z jej udziałem. Zazwyczaj po prostu jest w centrum wydarzeń i tyle, bo same wydarzenia są powtarzalne i nie wymagają niczego poza powtórzeniem wariacji na temat optymistycznej przemowy i pomachania odpowiednią różdżką. Yaya i Rima pozostają takie, jak w pierwszej serii, czyli zwyczajnie uciążliwe – na ogół stanowią dekoracje w tle, a już o jakichkolwiek powiązanych z nimi wątkach czy też czymkolwiek, co ożywiłoby trochę ich papierowe charaktery, można tylko pomarzyć. Wysiłki twórców mające na celu udowodnienie, że Tadase to typ „księcia na białym koniu”, spełzły niestety na niczym. Czego by nie robili, sprawia wrażenie nieinteresującego i średnio inteligentnego (jeśli chodzi o wyciąganie wniosków) grzecznego dzieciaka, który pasowałby może na młodszego braciszka, ale nie na chłopaka bohaterki. Kremowe koronki i falbanki po transformacji mu niestety nie pomagają… Utau i Kukai zostali zredukowani do roli postaci epizodycznych, co jest o tyle dużą stratą, że chimeryczna piosenkarka była jedną z bardziej wyrazistych bohaterek pierwszej serii. O Nagihiko pisałam wcześniej – początkowo zapowiadał się na całkiem interesującą i barwną postać, jednak na przeważającą większość serii został zredukowany także do roli dekoracji, a związany z nim wątek został rozwiązany pospiesznie i „po łebkach”. Fanki Ikuto pozostaną zapewne z bardzo mieszanymi uczuciami. Rozwinięty w pewnym momencie wątek dotyczący jego i Amu bez wątpienia powinien przypaść im do gustu. Jednakże przez praktycznie całą drugą połowę serii popularny catboy pozostaje autystyczną „kukiełką” Easter. Na krótką metę można się zachwycić jego mroczną transformacją i pożałować smutnego losu, ale na dłuższą – odcinki mijają i nic się nie zmienia – robi się to także nudne. Do tego, pod nieobecność jego i Utau, relacje między pozostałymi bohaterami pływają niemrawo w wyżej wspomnianej letniej różowej wodzie.

Jakość grafiki nie skacze chyba aż tak bardzo, jak w pierwszej serii, utrzymując się na minimalnym akceptowalnym poziomie. Nie ma tu rażących błędów animacji, ale w miarę możliwości unika się pokazywania dynamicznego ruchu czy większej liczby postaci. Tła pozostają nieciekawe, a najbardziej razi chyba używanie zawsze tego samego obrazka szkoły, nawet w środku zimy otoczonej zielonymi drzewami. Warto też wspomnieć, że niektóre projekty przeciwników bohaterów przekraczają dopuszczalne granice absurdu i wyglądają naprawdę idiotycznie, podczas gdy inne mieszczą się na szczęście w magicalgirlsowej normie. Nowe transformacje bohaterów obejmują w większości przypadków tylko dodane gadżety, zasadnicze projekty kostiumów pozostają bez zmian (wyjątek stanowi wspomniana mroczna transformacja Ikuto, znacznie bardziej udana od swojej podstawowej wersji). Na ścieżce muzycznej nie znajdziemy niczego nadzwyczajnego. Cztery piosenki w czołówce są nieszczególnie ciekawe – niby pełne energii, ale czegoś im brakuje, szczególnie jeśli porównamy je z bardziej udanymi kompozycjami przy napisach końcowych, wykonywanymi przez zespół Buono! Natomiast przykro powiedzieć, ale prezentowane w tej serii piosenki Utau (wykonywane przez jej seiyuu, skądinąd utalentowaną piosenkarkę, Nanę Mizuki), mające podkreślić, że znajduje się ona „po jasnej stronie mocy”, zdecydowanie ustępują pamiętanym z pierwszej serii Meikyuu Butterfly i Black Diamond.

Oglądane po jednym odcinku Shugo Chara!! Doki jest znośną porcją lekkiej rozrywki, jednak mam wrażenie, że pomału zaczynam tracić cierpliwość do tego anime. Tym bardziej, iż jedynym momentem finału, kiedy autentycznie zimny dreszcz przeszedł mi po plecach, była zapowiedź następnej serii – Shugo Chara! Party!, mającej łączyć segmenty animowane (w tym ze wstawkami super­‑deformed) z segmentami „aktorskimi”, w których możemy podziwiać zespolik gwiazdeczek, naśladujący shugo chara należące do głównej bohaterki. Irytujące jest to, że pojedyncze sceny i epizody były tu naprawdę udane – jednak widać wyraźnie, że gdyby je powybierać, to z tych 102 odcinków dałoby się zrobić całkiem przyzwoitą 26­‑odcinkową serię, w której znalazłoby się nawet miejsce na jeden lub dwa „wypełniacze”. Manga wciąż jeszcze jest wydawana, więc tam także nie należy spodziewać się ostatecznych rozstrzygnięć, jednak z dostępnych mi informacji wynika, że przynajmniej kondensuje ona wydarzenia w jakimś nieco rozsądniejszym czasie.

Avellana, 24 października 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Satelight
Autor: Peach-Pit
Projekt: Fumihide Sai
Reżyser: Kenji Yasuda
Scenariusz: Hiroshi Oonogi
Muzyka: Di'LL