Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 6/10 grafika: 5/10
fabuła: 4/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 7 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,14

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 520
Średnia: 6,85
σ=1,83

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (moshi_moshi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Bleach: Fade to Black – Kimi no Na o Yobu

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 2008
Czas trwania: 94 min
Tytuły alternatywne:
  • Bleach: Fade to Black – I Call Your Name
  • BLEACH Fade to Black 君の名を呼ぶ
Widownia: Shounen; Postaci: Samuraje/ninja, Shinigami; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia, Świat alternatywny; Czas: Współczesność; Inne: Supermoce
zrzutka

Bogowie, jak ja zazdroszczę bohaterom tego filmu amnezji… Czyli bezpowrotnie stracone półtorej godziny życia!

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

W samym centrum Seireitei następuje potężna eksplozja. Duża część siedziby shinigami zostaje pokryta dziwną, szklistą substancją, której nie sposób usunąć. Co gorsza, ofiarami wybuchu pada wielu mieszkańców Seireitei, w tym kapitan Zaraki, a ponieważ ich ciała znajdują się pod tajemniczą powłoką, trudno stwierdzić, czy w ogóle żyją. W tym samym czasie dwoje nieznajomych porywa Rukię i sprawia, że wszyscy tracą wspomnienia z nią związane. Jedynym wyjątkiem od tej zasady jest oczywiście Ichigo Kurosaki, który natychmiast rusza na pomoc przyjaciółce, tym razem z Konem jako towarzyszem.

Bogowie, jakie to było głupie! Mam wrażenie, że scenariusz był pisany podczas tygodniowej libacji, kiedy wszyscy już słaniali się na nogach. Fabuła, logika, sens i oprawa graficzna, kiedy przedstawiono im wizję twórców, popełniły z rozpaczy zbiorowe samobójstwo. Ten film bije na głowę wszystkie, nawet najbardziej idiotyczne „zapychacze” z serii telewizyjnej. Zbiorowa amnezja bohaterów? Świetnie, ja też poproszę, bo nie marzę o niczym innym, jak tylko o tym, żeby zapomnieć ten gniot, szumnie zwany trzecim filmem kinowym, a tak naprawdę przypominający kiepski fanfik, napisany przez pozbawionego talentu dwunastolatka. Mam do Bleach ogromny sentyment, dlatego nieważne, jakie niedorzeczności prezentowali twórcy, i tak zawsze przebijałam się przez nudne „wypełniacze”, przymykałam oko na wpadki, fabularną mizerię, coraz gorszą grafikę i oglądałam dalej. Niestety, co za dużo, to niezdrowo, a ten film przelał czarę goryczy. Nie mam zamiaru wybaczyć reżyserowi i scenarzystom tego, co zafundowali mojej ulubionej bohaterce. Przyznaję, że patrząc na plakat miałam nadzieję, że wreszcie Rukia pokaże charakter i umiejętności, tymczasem zrobiono z niej szmacianą lalkę, którą można przekładać z kąta w kąt. Równie dobrze na jej miejsce można wstawić worek kartofli, efekt będzie dokładnie ten sam: absolutne zero mózgu, brak jakichkolwiek zdolności i nieumiejętność sklecenia jednego sensownego zdania. Zresztą dokładnie to samo można napisać o reszcie postaci, które przez ponad godzinę bezładnie miotają się po ekranie, nie wiedząc, co mają robić. Jedynym wyjątkiem od tej zasady jest Urahara, który powraca do Soul Society w blasku chwały, by poszpanować w kapitańskim płaszczu i wytłumaczyć zagubionym owieczkom, co się w ogóle stało (bez niego trudno byłoby mi przetrwać ten seans). Zasadniczo cały motyw przewodni filmu można sprowadzić do stwierdzenia, że dopóki masz ukryty w zanadrzu zapasowy mózg, wszystko będzie dobrze, ewentualnie, że nie należy zaprzyjaźniać się z niewinnie wyglądającymi dziećmi. Naprawdę trudno napisać coś konstruktywnego o fabule, gdyż zwyczajnie jej nie ma. Anime to zlepek niedopracowanych, dziwacznych pomysłów, które sprawiają wrażenie „odrzutów” z serii telewizyjnej.

Zdaję sobie sprawę, że wymaganie od tego typu produkcji realizmu to zły pomysł, ale wszystko ma swoje granice. Antagoniści wypadli wprost tragicznie i nawet nie umywają się do tych z dwóch poprzednich filmów. W pewnym momencie po cichu zaczęłam liczyć, że może jednak za tą dwójką małolatów stoi jakiś potężny adwersarz (niechby nawet był skończonym kretynem w świecących okularach), który na końcu pojawi się jak królik z kapelusza i zaskoczy wszystkich. Niestety, nie doczekałam się i tym samym historia anime zyskała dwoje rewelacyjnych kandydatów do tytułu „Najbardziej żałosnych czarnych charakterów w historii”. Zresztą Ichigo wypadł niewiele lepiej, bo rozumiem, że umiejętność logicznego myślenia u głównego bohatera serii shounen to tylko nieobowiązkowy dodatek, taka miła ciekawostka i ukłon w stronę trochę bardziej wymagających widzów, ale bez przesady. Zaczynanie poszukiwania sojuszników od burdy i uświadamianie wszystkich dookoła, że coś jest nie tak, poprzez podawanie ich imion (z pominięciem form grzecznościowych) i wymachiwanie im mieczem przed oczami, zamiast spokojnego wytłumaczenia sytuacji, to kiepski pomysł. Wyszło na to, że Kurosaki przez cały film albo łazi ponury, albo się z kimś bije, żeby mu udowodnić, że go zna i lubi. Co ciekawe, na pomysł, żeby sprawdzić w papierach (ostatecznie shinigami to tacy sami biurokraci, jak reszta świata), czy ktoś taki jak Rukia istnieje, wpadli tylko Urahara oraz Byakuya, i to znakomicie świadczy o intelekcie pozostałych postaci. Poza tym zaintrygowało mnie shunpo, a właściwie sposób jego użycia. Wychodzi na to, że jest to technika obdarzona świadomością i do tego kapryśna, która pozwala się stosować tylko wtedy, kiedy ma na to ochotę. Znakomitym przykładem jest zachowanie Ichigo i Renjiego, którzy zamiast wykorzystać swoje umiejętności, aby uratować Rukię, stali i patrzyli się jak zostaje opętana przez niegrzeczne dzieci. Na koniec zostawiłam sobie wisienkę z bleachowego tortu, a mianowicie potwora! Naprawdę nie sądziłam, że da się wymyślić coś gorszego od przerośniętego pokemona z Bleach: The Diamond Dust Rebellion – Mou Hitotsu no Hyourinmaru, a jednak… Tym razem zaserwowano mi olbrzymiego, łypiącego stwora z olbrzymią ilością macek, z których wystrzeliwała podejrzana ciecz, wspomniana we wstępie. Nie, nie chcecie wiedzieć, z czym mi się to skojarzyło… Jeżeli dodać do tego przedramatyzowaną końcówkę z okropnym monologiem nieszczęsnej Rukii i jakże wzruszającym pożegnaniem z antagonistami, wychodzi rzecz bardzo niskich lotów. Całość sprawia wrażenie pisanej na kolanie, w autobusie pełnym wrzeszczących dzieci, na pół godziny przed ostatecznym terminem oddania scenariusza. Z nielicznych plusów mogę wymienić jedynie obecność Urahary, genialny, chociaż zabójczo głupi wątek z Zarakim, oraz niektóre techniki użyte przez kapitanów w ostatecznym starciu. Oczywiście nie można zapomnieć o biednym Mayurim, który mimo że obecny tylko przez chwilę, praktycznie ukradł reszcie postaci show.

Jak już napisałam, grafika popełniła samobójstwo i to widać aż za bardzo. Tak naprawdę od rozpoczęcia wątku Arrancarów projekty postaci robią się coraz brzydsze. Naiwnie sądziłam, że może w filmie kinowym z okazji większego budżetu będą wyglądać nieco lepiej, myliłam się jednak. Połowa bohaterów ma twarze jak po bliskim spotkaniu z pędzącą ciężarówką, druga połowa zaś musiała otrzymać w prezencie brudną bombę. Nawet mój ulubiony bishounen, czyli Byakuya, któremu do tej pory jakoś udawało się przetrwać graficzne zawirowania, wypadł tragicznie. O Rukii nawet nie chce mi się pisać, bo naprawdę nie rozumiem, jak z wyjątkowo ślicznej postaci udało się zrobić taką pokrakę. Na dodatek twórcy strzelili sobie samobója, wplatając w film fragmenty z wczesnych odcinków serii telewizyjnej, które są najlepszą częścią cyklu Bleach, zarówno pod względem fabularnym, jak i audiowizualnym. Animacja jest w porządku, ale jakoś nie było wielu okazji do pokazania fajerwerków, zresztą podobnie jest z tłami. Są ładne, dopracowane, ale w porównaniu z poprzednimi filmami wypadają blado. Natomiast ścieżka dźwiękowa jak zwykle nie zawodzi. Co prawda większość utworów to nieco przetworzone kawałki znane z serialu, ale jednak przyjemnie się ich słucha. Uczciwie mówiąc, szkoda tak dobrej muzyki do takiego gniota, ale cóż zrobić…

Bleach – Fade to Black: Kimi no Na wo Yobu to nędza i rozpacz. Ilość dziur sprawia, że trudno mówić o jakiejkolwiek fabule, a całość jest zdecydowanie przegadana i przedramatyzowana. Zupełnie nie udało się pokazać więzi łączących postaci, Ichigo zamiast działać, woli się użalać nad sobą, a Rukia nie ma nic do powiedzenia i pełni rolę niewiasty w opałach. Męska przyjaźń w wydaniu twórców, pokazana na przykładzie głównego bohatera i Renjiego, polega na praniu się po gębach i wrzaskach. Seireitei z miejsca trudnodostępnego, do którego włamanie się nawet Uraharze zajęło sporo czasu (w serii telewizyjnej), zamieniło się w centrum pielgrzymek hollowów i wszystkich innych podejrzanych osobników. Kiepsko widzę przyszłość tego miejsca i jego mieszkańców w nadchodzącej konfrontacji z Aizenem, skoro umiejętnością logicznego myślenia może się poszczycić zaledwie jeden kapitan i dwoje zbiegów. Długie oczekiwanie zakończyło się wielką porażką i niesamowitym rozgoryczeniem. Nie polecam tej produkcji nawet najwierniejszym fanom „Wybielacza”, lepiej po raz kolejny obejrzeć sobie pierwsze sześćdziesiąt odcinków serii telewizyjnej albo poprzednie filmy. Tym razem ratowanie Rukii okazało się fabularnym niewypałem, naprawdę szkoda czasu…

moshi_moshi, 25 października 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Studio Pierrot
Autor: Kubo Tite
Projekt: Masashi Kudou
Reżyser: Noriyuki Abe
Scenariusz: Natsuko Takahashi
Muzyka: Shirou Sagisu