Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyuu.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 5/10 grafika: 4/10
fabuła: 5/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 1
Średnia: 7
σ=0

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (616)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Mazinkaiser

zrzutka

Kouji Kabuto zasiada za sterami nowego robota. Tytuł, który był jak zastrzyk eliksiru młodości dla Mazingera Z, dzisiaj sam potrzebuje lekarstwa.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: 616

Recenzja / Opis

Złowieszczy Dr Hell pragnie podbić świat przy użyciu armii Mechanical Beasts, ale na jego drodze staje Kouji Kabuto, młodzieniec, któremu dziadek podarował potężnego robota mogącego uczynić go zbawczym bogiem albo demonem zagłady – tak można w skrócie opisać fabułę Mazingera Z, pierwszego tytułu w historii mangi, w którym pojawia się wielki robot sterowany od wewnątrz przez pilota. To ten tytuł otworzył wrota, zza których wysypała się fala mechów, zaludniających dziś setki, jeśli nie tysiące mang i anime. Rola, jaką dzieło Go Nagaiego odegrało przy tworzeniu się całego gatunku i nadaniu metalowym kolosom obecnego znaczenia, jest niezaprzeczalna – mówiąc krótko, bez Mazingera Z nie byłoby żadnej innej „mechówki”, czy to z gatunku super robot czy real robot. Choć tytuł zgromadził wierne rzesze fanów, z czasem jego popularność zaczęła przygasać – pojawiały się nowe, coraz potężniejsze i lepiej wyglądające mechy, piloci mający coraz ciekawsze przygody oraz tytuły wprowadzające nowe elementy i zmieniające często cały gatunek. Na ich tle Mazinger Z przestał wyglądać tak imponująco, jak kiedyś. Nawet we własnym świecie Mazinger Z stracił tytuł najpotężniejszego robota wraz z pojawieniem się dalszych części sagi – Great Mazinger i UFO Robo Grendizer – oraz ich tytułowych robotów. Nawet w grach z serii Super Robot Wars zdarzały się tytuły, gdzie Kouji i jego robot byli przyćmiewani przez innych bohaterów. Twórcy gier postanowili to zmienić i poprosili Go Nagaiego, aby zaprojektował nową, ulepszoną wersję swojego najsłynniejszego dzieła. I tak w Super Robot Wars F Mazinger Z zostaje trafiony wiązką energii Getta z Getter Robo, która wchodzi w reakcję z jego własną mocą i transformuje go w nową machinę – Mazinkaisera. Go Nagai tak polubił ten pomysł, że postanowił jeszcze raz opowiedzieć historię o Koujim i wprowadzić do niej swoje najnowsze dzieło.

W czasie ataku sił Dr. Hella, Mazingera Z i Great Mazingera przytłacza przerażająca przewaga liczebna przeciwników. W efekcie wrogom udaje się przejąć Mazingera Z i przemienić go w broń na usługach Dr. Hella, natomiast Kouji zostaje uznany za zaginionego w akcji. Gdy jednak Baron Ashura przypuszcza atak na Photon Power Labs, bastion sił walczących z Dr. Hellem, na polu bitwy pojawia się nowy robot. Jak się okazuje, Kouji po walce trafił do tajnego laboratorium dziadka, gdzie ten zostawił dla niego nowego, jeszcze potężniejszego robota – Mazingera, który ma przewyższyć wszystkie Mazingery. Z Mazingerem Z Kouji mógł stać się bogiem lub diabłem. Z Mazinkaiserem może przewyższyć ich obu.

Anime jest tak przewidywalne, jak to tylko możliwe – Dr Hell wysyła kolejne machiny, a Mazinkaiser wali w nie, aż zmienią się w kupę złomu. Nieważne, jakie zagrożenie napotka Kouji, i tak je w końcu pokona. Na szczęście tytuł zdaje sobie z tego sprawę i akceptuje tę przewidywalność – nie chodzi tu o to, żeby budować dramatyzm i zmuszać widza do zastanawiania się, czy Mazinkaiser zdoła pobić przeciwnika, ale o to, żeby podziwiać, w jaki imponujący sposób nasz bohater rozprawia się z kolejnym robotem. I to się sprawdza – walki są efektowne i miłe dla oka, więc widz może się cieszyć spektaklem, nawet jeśli wynik starcia łatwo przewidzieć. Przypomina to trochę profesjonalny wrestling – nie ogląda się go po to, by poznać zwycięzcę, ale żeby zobaczyć jak banda umięśnionych facetów leje się po mordach. Nie liczy się wygrana, a sam pokaz.

Jednakże fabuła cierpi z innego powodu – przez niemal połowę serii stoi w miejscu. Pierwsze i ostatnie dwa odcinki to tak naprawdę jedyne fragmenty, gdzie historia posuwa się do przodu. Środek to jeden wielki zapychacz, który jest wprowadzony praktycznie tylko po to, by dać widzowi czas na polubienie bohaterów. Na początku nie uznano bowiem za stosowne poświęcić im wiele miejsca – zostajemy wrzuceni w sam środek wydarzeń, a twórcy najwidoczniej przyjmują założenie, że wiemy, kim są ci wszyscy ludzie biegający po ekranie. W następnych odcinkach fabuła przystopowuje, pozwalając nowemu widzowi oswoić się z bohaterami. Z jednej strony jest to dobre zadośćuczynienie za zaniedbanie z początku, z drugiej widzowi, który miał okazję poznać bohaterów w innych tytułach albo grach, te odcinki wydadzą się najzwyczajniej w świecie nudne i jestem przekonany, że można było przedstawić wprowadzenie do serii tak, by widz mógł poznać bohaterów, zanim zaczęli dostawać łomot. Nie cieszy mnie również fakt, że jeden z tych zapychaczy istnieje tylko po to, by dać nam pokaźne ilości plażowego fanserwisu z udziałem żeńskiej części obsady.

Fabuła skupia się na perypetiach Koujego, Sayaki i Bossa, trójki pilotów walczących z siłami Dr. Hella. Ku mojemu rozczarowaniu, Tetsuya Tsurugi i jego partnerka Jun z Great Mazingera mają tylko niewielką rolę do odegrania, a reszta załogi Photon Power Labs ma za mało czasu antenowego, by móc zabłysnąć, a jeśli już, to wypadają mało interesująco. Nasza trójka nie grzeszy oryginalnością – Kouji to typowy nieustraszony i narwany pilot, jakich wielu w anime, główna rola Sayaki to podkochiwanie się w Koujim, które nie prowadzi do niczego prócz kilku humorystycznych scen, a Boss istnieje tylko jako element komediowy. Są to role, jakie ci sami bohaterowie mieli już w Mazingerze Z, i twórcy niewiele robią, by rozwinąć te postacie, a jeśli już, to bardzo nieśmiało – największe zmiany przechodzi Sayaka, którą z jednego typu tsundere zmienia się w drugi – zamiast być szorstka i od czasu do czasu pokazywać miłą stronę, jak w oryginale, jest sympatyczna i tylko okazjonalnie wychodzi z niej złośnica. Po drugiej stronie barykady mamy Dr. Hella i Barona Ashurę, który jest w połowie mężczyzną, a w połowie kobietą. Oni również wpisują się w schematy, które sami pomagali tworzyć jeszcze w czasach Mazingera Z – szalonego, pragnącego podbić świat geniusza i jego wiernego generała – i nie mogę powiedzieć, żeby zrobiono cokolwiek, aby ich rozwinąć jako postacie, prócz kilku komediowych scen z Ashurą. Z tego powodu ich akcje są przerażająco przewidywalne, a motywacje prawie nieistniejące. Rozumiem, że chciano zachować wierność pierwowzorom, ale jestem pewien, że można było to zrobić, jednocześnie rozwijając postaci i nadając im nową świeżość. Nie, cofam to – nie jestem pewien, że można było to zrobić. Ja to wiem. Wiem to, bo w 2009 zrobił to Shin Mazinger Shougeki! Z­‑Hen – osiem lat później, owszem, ale nie wykorzystując żadnych narzędzi fabularnych, których nie byłoby pod ręką, kiedy powstawał Mazinkaiser. Nawet fakt, że Shin Mazinger miał dziewiętnaście odcinków więcej niż Mazinkaiser nie jest w tym wypadku usprawiedliwieniem, biorąc pod uwagę, że miejsce poświęcone na zapychacze można było przeznaczyć właśnie na rozwinięcie bohaterów.

Budżet przeznaczony na grafikę poszedł w sceny walki wielkich robotów – te są piękne i dynamiczne, nie zauważyłem ani jednego przypadku recyklingu animacji, a machiny prezentują się imponująco. Z drugiej strony oglądając te sceny mam wrażenie, że powstały one we wczesnych latach dziewięćdziesiątych, a nie na początku następnej dekady – to zadziwiające, jak staro wygląda grafika w porównaniu z innymi tytułami z tego samego roku. W przypadku postaci jest jeszcze gorzej – często prezentują się topornie, a ich animacja miejscami przywodzi na myśl produkcje z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Mam wrażenie, że twórcy celowo narysowali ich ostrą, wyróżniającą się z tła kreską, by nadać grafice brudny i ponury klimat, ale nie dopracowali stylu, w jakim to zrobili, przez co efekty wyglądają bardzo dziwacznie.

Muzyka jest chyba najlepszym elementem anime – składają się na nią mocne, zapadające w pamięć utwory, których chce się słuchać. Świetny, rytmiczny opening, sympatyczny ending oraz mocarna pieśń przygrywająca, gdy Mazinkaiser rusza do walki, to główne atuty ścieżki dźwiękowej, która prezentuje się jako kawał bardzo solidnej roboty – całość jest na poziomie ścieżki dźwiękowej z niektórych zachodnich filmów.

Mazinkaiser to anime, dla którego czas nie był łaskawy. Chociaż wyglądało przestarzale już kiedy powstało, było dość interesujące, by tchnąć powiew świeżości w rodzinę tytułów spod znaku Mazingera Z i dla wielu pełniło rolę przewodnika, który wprowadził ich we wspaniały świat wielkich robotów Go Nagaiego. Dzisiaj nie prezentuje się tak dobrze, jak kiedyś i dzieli los poprzednika – przegrywa z nowszymi i bardziej interesującymi tytułami. Jeżeli chcecie poznać przygody Koujego Kabuto i robota, który może uczynić swego pilota bogiem albo diabłem, polecam Shin Mazinger: Shougeki! Z­‑Hen. Ten tytuł możecie skonsumować na deser.

616, 22 lipca 2011

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Brain's Base
Autor: Gou Nagai, Masahiko Murata
Projekt: Kenji Hayama
Scenariusz: Akira Nishimori, Masahiko Murata, Satoru Nishizono, Shinzou Fujita
Muzyka: Kazuo Nobuta