Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 10/10 grafika: 7/10
fabuła: 8/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 18 Zobacz jak ocenili
Średnia: 8,22

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 445
Średnia: 8,27
σ=1,27

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kuragehime

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2010
Czas trwania: 11×23 min
Tytuły alternatywne:
  • Princess Jellyfish
  • 海月姫
Widownia: Josei; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Realizm
zrzutka

Historia z życia grupy outsiderek przeżywających zderzenie z rzeczywistością. Seria piekielnie dobra, a przy tym równie piekielnie urwana.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Enevi

Recenzja / Opis

„…skąd to się wzięło?!” – ciśnie się na usta komentarz. Oto przychodzi ostatni sezon roku 2010, niezbyt urodzajny w dobre serie (poza Oreimo! Banzai!), niezbyt też warty wyróżnienia. W tymże jednak sezonie pojawił się niespodziewanie, zupełnym cichaczem obiekt tyleż niepozorny, co zaskakująco dobry. Tak zwyczajnie, po prostu dobry. Autokorekta – bardzo dobry. Nie fazowy, nie imponujący zawiłością, nie zaskakujący. Tak zwyczajnie, po prostu cholernie dobry. Z początkiem emisji dopiero w trzecim tygodniu października, z jedynie jedenastoma planowymi odcinkami, bez większej reklamy, na podstawie niezbyt ciągle znanej poza Japonią mangi – tak ukazało nam się Kuragehime.

Gloryfikacji to jeszcze nie koniec, zalecam uzbroić się w cierpliwość. Ale po kolei. W domu zwanym Amamizu­‑kan obowiązuje żelazna zasada, która chroni jego rezydentki – zakaz wstępu dla mężczyzn! Wspomniane istoty zaiste tej ochrony potrzebują. Reprezentują różne środowiska i najróżniejsze charaktery, ale łączy je kilka wspólnych cech: nieumiejętność socjalizacji z otoczeniem, kompleks niższości, strach przed zewnętrznym światem, wszechogarniające poczucie niezrozumienia. Szereg negatywnych aspektów, które na tę grupę podziałały niczym betonowe spoiwo, splatając wszystkie razem więzią twardą i nierozerwalną. Tsukimi Kurashita, ogarnięta miłością do meduz najmłodsza z rezydentek Amamizu­‑kan, pewnego dnia nieświadomie łamie jednak niepisane prawo – sprowadza do swojego pokoju obcą kobietę, która pomogła jej wykaraskać się z tarapatów. Rzeczywistość była paskudna – obca kobieta okazuje się przebranym za kobietę obcym mężczyzną.

Tak otwiera się historia. Mówię to z lekkim sarkazmem, bo tak naprawdę te jedenaście odcinków dla mnie było jednym wielkim otwarciem historii. Do tego jednak wrócę potem. Przede wszystkim – postaci! Muszę daleko, daleko sięgać pamięcią wstecz, aby przypomnieć sobie tytuł z takim świetnie dobranym zestawem bohaterów. Najlepiej przyjdzie nam poznać Tsukimi i jej utrapienie/anioła stróża (niepotrzebne skreślić), przebranego za kobietę Kuranosuke Koibuchiego. Nasza protagonistka nie potrafi pogodzić się ze śmiercią swojej matki, mimo długiego czasu, jaki upłynął od tego wydarzenia. Obdarzona wielkim talentem do rysunku dziewczyna poświęca większość czasu na pielęgnowanie swojego hobby, wspólnego z jej zmarłą matką, to jest fascynacji meduzami. Kuranosuke nie przypomina bohaterki pod żadnym względem, poza jednym. Również i on w młodym wieku został rozdzielony z matką i chowa z tego tytułu głęboką ranę. Poza tym także przejął po swojej rodzicielce zainteresowania – to jest fascynację światem mody. Jego świat wygląda jednak zupełnie inaczej. Odważny, pewny siebie syn wpływowego polityka, prący przez życie pewnym i zdecydowanym krokiem. Czemu więc taki człowiek przebiera się za kobietę? Ten absurdalny motyw w jego przypadku wydaje mi się tak naturalny i… rozsądny. Bohater po prostu z wielką determinacją broni swoich priorytetów, bombardowany ze wszystkich stron przez oczekiwania otoczenia, aspiracje własnej rodziny czy presje społeczną. Podejmując kroki na pozór szalone, udowadnia po prostu, że nie boi się działać, jest gotów na wiele, aby nadać swojemu życiu kształt, jakiego oczekuje. Nawet przebierać się za kobietę.

Na drugim biegunie stoi przyrodni brat Kuranosuke, Shuu Koibuchi. Równie pewny siebie i silny, jest jednak zdecydowany sprostać oczekiwaniom, jakie przed nim są stawiane i dorosnąć do ambicji rodziny. Na tle tych postaci trochę bladziej wypadają współlokatorki Tsukimi, które jednak nawet słabiej zarysowane są bardzo ciekawymi postaciami. Choć indywidualnie poznamy je słabo, ich problemy i przeżycia jako zbiorowości są potraktowane nie mniej uważnie niż losy protagonistki. W życie tych osób wmiesza się też gwałtownie Shouko Inari, przebojowa, gotowa na wszystko młoda agentka nieruchomości, która upatrzyła sobie ziemię, na której stoi Amamizu­‑kan. Na ekranie przewinie się też wielu innych bohaterów. Nikt nie jest przypadkowy czy nijaki – nawet pojawiające się przelotnie postaci coś wyróżnia, posiadają cechy indywidualizujące ich na tle reszty. To rzecz warta wielkiej pochwały.

Od samego początku bardzo ostrożnie i starannie twórcy tworzą pajęczynę zależności, która cienkimi, ale bardzo silnymi nićmi łączy poszczególne postaci. W ich kontaktach jest pełno nieporozumień, wynikających głównie z dzielących ich różnic, które uniemożliwiają czasami zrozumienie siebie nawzajem. Bywa też jednak, że wynika to z nieczystych intencji którejś ze stron. Każda kolejna interakcja między postaciami wprowadza coś nowego, zmienia odrobinę sieć. Patrząc jednak z dystansu, przez cały czas widać w niej ład, widać, że tworzona konstrukcja jest przemyślana i zmierza w stronę określonego kształtu. Cały czas staje się ciekawsza, głębsza, coraz bardziej fascynująca.

I tu pojawia się największy problem serii. Oto nadciąga moment, gdy widzę cały kształt tej sieci. Wstaje i mówię – w tym momencie robi się najciekawiej! To jest ta chwila, gdy z największym zniecierpliwieniem wypatruję rozwoju sytuacji. I ujrzeć go nie mogę, bo w tym momencie seria się urywa. I tak oto wzbiera we mnie gniew, z rozczarowaniem wznoszę ręce… by je po chwili opuścić w poczuciu bezsiły. Ta seria tragicznym, łamiącym serce głosem woła o kontynuację! Ale boję się bardzo, że się jej nie doczeka. Pozbawiona jest bowiem ciekawego fanserwisu, wybuchowej akcji i wielu innych rzeczy, które mogą nakręcać sukces kasowy. Jasne, to właśnie te zręcznie utkane serie, wymagające od widza trochę więcej, oferujące atrakcje nie tak widowiskowe, subtelniejsze, ale też bardziej dopieszczone, łapiące za te głębsze instynkty, są najczęściej przywoływane potem przez fanów jako najlepsze. Ale mimo to one nieporównywalnie rzadziej mogą doczekać się kontynuacji. Taka jest smutna prawda.

Bez kontynuacji dla mnie cała ta pięknie nakreślona konstrukcja idzie na marne. Choć nazywam to tylko wstępem do historii, akcja od pierwszego do ostatniego odcinka ciekawiła mnie konsekwentnie i nieustannie. Polubiłem bardzo humor, trochę agresywniejszy niż spodziewałbym się po serii o tej tematyce. I bardzo dobrze, uniemożliwia on przypisanie Kuragehime łatki serii smętnej, pomysłowość i celność gagów, wplecionych starannie między mniej lub bardziej poważne momenty nadaje całości odpowiedni ton. Seria nie męczy, nie przytłacza bagażem negatywnych emocji, nie nuży też ciągnącym się za długo humorem. Jest wyważona z wielką troską.

Spoglądając na techniczną stronę serii, fajerwerków nie dostrzegam. Kreska jest bardzo przyjemna i ujmująca przez większość czasu, jednak jak dla mnie rysownicy potraktowali niektóre postaci trochę zbyt karykaturalnie. Za to trzeba solennie oddać twórcom, że w momentach o większym bagażu emocjonalnym, zwłaszcza przy scenach smutnych czy melancholijnych, osiągnięto wart wyróżnienia klimat. Nawet sceny po wielokroć powtarzane, jak choćby wspomnienia protagonistki na temat matki, do samego końca ujmowały mnie prostym, ale bardzo wyrazistym przekazem. Od strony muzycznej jest lekko powyżej przeciętnej. W pamięci bardzo łatwo zapada opening, zarówno dzięki dobrej piosence, jak i przepełnionej parodiowymi nawiązaniami do światowego kina animacji. Ending niestety nie dostał już równie pomysłowej szaty graficznej, muzycznie jednak broni się nie gorzej.

Dlaczego „tylko” 8? Pojęcia mieć nikt nie może, jak bardzo żałuję, że taką ocenę tej serii wystawiam. To jest materiał na piękne, okrągłe „10”, przybite znaczkiem jakości i moją rekomendacją. Ale, do cholery, nie w tej urwanej, uciętej w najciekawszym momencie formie! Tego się nie robi! Nie zabiera się dziecku pączka, gdy dogryzło się wreszcie do marmolady! A dokładnie to mi zrobiono, urywając w ten sposób Kuragehime. Będę paskudny, będę złym recenzentem, podłym potworem i najgorszą kutwą, dam tej serii ledwo „8”. Obiecuję jednak poprawę, jeżeli tylko poznamy dalsze losy rezydentek Amamizu­‑kan i pozostałych bohaterów, a te okażą się równie ciekawe, jak ten fragment, który zobaczyć mogliśmy w tej serii. Trzymam naprawdę kciuki, aby tak się właśnie stało.

Costly, 23 kwietnia 2011

Recenzje alternatywne

  • Maciejka - 23 maja 2011
    Ocena: 8/10

    Czy zawsze to, co dziwaczne i ekscentryczne, jest złe? Meduzia księżniczka udowadnia, że nie! więcej >>>

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Brain's Base
Autor: Akiko Higashimura
Projekt: Kenji Hayama
Reżyser: Takahiro Oomori
Scenariusz: Jukki Hanada
Muzyka: Makoto Yoshimori