Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 8/10 grafika: 5/10
fabuła: 6/10 muzyka: 5/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 13 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,15

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 24
Średnia: 7,5
σ=1,41

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Gokudou-kun Man'yuuki

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 1999
Czas trwania: 26×23 min
Tytuły alternatywne:
  • Jester the Adventurer
  • ゴクドーくん漫遊記
Gatunki: Fantasy, Komedia
zrzutka

Dzielny (?) bohater, jego wierna drużyna i niezliczone tarapaty. Czyli kolejna żywiołowa komedia fantasy.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Nasz bohater, Gokudo z królestwa Eshallatto, jak wielu młodych bohaterów obecnego fantasy nie pali się nadmiernie do nadstawiania karku. Woli lepszą metodę zdobywania sławy i bogactwa – choćby takie kradzieże kieszonkowe. W ten sposób wchodzi w posiadanie własnego dżina (mam tu na myśli ducha z legend arabskich, nie napój wyskokowy) i obowiązkowych trzech życzeń. Niestety, ich spełnienie zostaje odwleczone w bliżej nieokreśloną przyszłość, bo dżin ma wyjątkowo mocny zmysł moralizatorski i proszony o kasę i panienki wygłasza wielogodzinne kazanie… No, ale wracajmy do bohatera. Niespodziewanie zdobywa on także magiczny miecz, a chwilę potem tkwi po uszy w tajemnicy związanej ze zniknięciami w okolicy młodych dziewcząt.

W (magicznym) przebraniu kobiety udaje się ich śladem, by odkryć, że uwięził je nie kto inny, jak król Eshallatto – a raczej demon, który zajął jego miejsce. Ma zamiar poświęcić je, aby odnowić swoje siły życiowe. Gokudo pomaga dziewczętom w ucieczce. W pałacu napotykają jeszcze jednego śmiałka, młodzieńca imieniem Justice, który także przybył tu z misją uwolnienia uwięzionych panien. Jednakże nie uda im się wydostać z zamku, nim nie pokonają złego króla. I tu objawia się przeznaczenie: oto Gokudo i Justice są w rzeczywistości synami króla, skazanymi na śmierć z powodu przepowiedni, wedle której mają się przyczynić do śmierci ojca. Jak łatwo zgadnąć, tu i teraz przepowiednia się wypełnia, a młodzi bohaterowie zostają królami krainy Eshallatto. No, może kilka szczegółów wyglądało nieco inaczej, ale ogólnie tak to właśnie się odbyło.

No dobrze, zapyta czytelnik tej recenzji, to dlaczego jeszcze warto oglądać tę serię? A choćby dlatego, że streściłam tu wydarzenia pierwszych trzech odcinków z dwudziestu sześciu…

Komediowych anime fantasy, w których bohaterowie są tchórzliwi, chciwi albo głupi było już na pęczki, a z pewnością więcej niż serii traktujących ten temat poważnie. Klasyką gatunku pozostaje Slayers, ale Gokudo­‑kun Mannyuki to także kawałek całkiem przyzwoitej rozrywki. Fabuła, jak na serię tego typu, jest w miarę znośna. Wydarzenia wyraźnie dzielą się na kilka części – przygód, ale w finale wątki zostają powiązane w zadowalający sposób. Jest to jednak przede wszystkim szalona i żywiołowa komedia, gdzie tempo wydarzeń tylko chwilami trochę zwalnia, mnożą się natomiast gagi i niesamowite sytuacje, w które rzucana jest nasza drużyna.

Właśnie, drużyna. Tytułowy bohater, Gokudo, nie jest głupi i tchórzliwy, ale to z pewnością najbezczelniejszy drań, jakiego dotąd w anime widziałam „po jasnej stronie mocy”. Za niewygórowaną cenę jest w stanie sprzedać swoich towarzyszy albo zmienić stronę w środku walki, a coś takiego jak ratowanie świata w ogóle nie leży w kręgu jego zainteresowań. Cóż, o ile on wyjdzie z tego z kasą i zgrabnymi dziewczynami, to świat może iść do wszystkich diabłów. Jego towarzysze też nie należą do aniołków. Śliczna Rubette, pochodząca z arystokratycznej rodziny, na pierwszy rzut oka robi wrażenie dobrze wychowanego dziewczątka, nienadającego się do wędrówek i przygód. Ma ona jednak dobry powód, by towarzyszyć Gokudo: dzięki temu ma szansę stłuc na kwaśne jabłko całe stado rozmaitych potworów! A nic tak nie poprawia jej humoru, jak mała rozróbka z użyciem przemocy fizycznej. Z kolei niejaki Niari, nazywany po prostu Prince (tak, w oryginale też), jest księciem z podziemnego świata magii. Ma jasno sprecyzowane zainteresowania: dziewczęta. Piękne dziewczęta, które zresztą padają mu niemal do stóp, zauroczone jego urodą i manierami. Wszystkie, z wyjątkiem Rubette – i to jest jeden z powodów, dla których decyduje się on na wspólną wędrówkę z ww. dwójką. Poza tym mamy wspomnianego już dżina (ze słabością do napojów wyskokowych), pegaza (chyba najnormalniejszego w tym towarzystwie) oraz całą plejadę barwnych postaci drugoplanowych. Nie należy też zapominać o rozbrajająco słodkiej dziewuszce, która zmienia scenografię, wywiesza na końcu odcinka plakietki z napisem „c.d.n.” i pełni inne równie ważne funkcje.

Humor, jak zwykle w tego typu seriach, jest bardzo nierówny. Praktycznie w ogóle zrezygnowano tu z motywów poważniejszych (nawet w końcówce) – chwile wzruszające z reguły zostają obśmiane lub zlekceważone przez bohaterów. Niestety, część żartów trafiała poniżej mojego progu poczucia humoru – jakoś pierdzenie mnie nie śmieszy – ale jednak znakomita ich większość trzymała poziom, a zdarzały się prawdziwe perełki. Anime mimo metki „fantasy” swobodnie miesza style, bohaterowie używają całkiem współczesnych sprzętów, nie może też zabraknąć mechów. Twórcy nie omijają przy tym okazji do wykpienia kilku konwencji anime oraz zjawisk popkultury. Jest też część, która zapewne niemal całkowicie umknie zachodniemu widzowi – liczne odwołania do japońskich legend i mitów. Dla przykładu: w pewnym momencie na wyspę, gdzie bohaterowie odpoczywają po kolejnej przygodzie, przybywa chłopiec zrodzony z brzoskwini, Momotaro, z misją pokonania demonów. Najbliższym polskim odpowiednikiem byłoby nasłanie na drużynę szewczyka Dratewki, biorącego ich za smoki.

Od strony technicznej anime nie wypada olśniewająco. Widać, że produkcja nie miała najwyższego budżetu, ale też twórcy dowcipnie omijają możliwe mielizny, wystawiając w czasie dynamicznych walk wzmiankowaną już dziewuszkę z planszami typu „biją się”, „dalej się biją”, „znowu się biją”. Kreska postaci jest umiarkowanie atrakcyjna – głównego bohatera trudno nazwać przystojnym (ale też nikt w serii go za takiego nie uważa), reszta jest ładna w dość klasycznym, niewyróżniającym się stylu. Warto natomiast zauważyć, że szczegółowo i starannie zostały zaprojektowane rozmaite magiczne stwory, w tym orientalne smoki, a należący do drużyny pegaz wygląda jak solidny koń ze skrzydłami. Muzyka to typowy „podkład komiczny”, nie mający większej racji bytu poza serią. Dynamiczna czołówka przywodzi na myśl produkcje znacznie starsze – ale też nie wiem, czy to jest wadą. Ja słuchałam jej ze sporą przyjemnością.

Komedie fantasy mają z pewnością szlachetniejszych przedstawicieli, także w anime. Jeśli jednak ktoś oglądał Slayers i szuka czegoś równie (albo bardziej) zwariowanego, a przy tym nie nastawia się na intelektualną rozrywkę, powinien dać szansę tej serii.

Avellana, 23 maja 2005

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Pioneer LDC, SOFTX
Autor: Usagi Nakamura
Projekt: Miho Shimogasa, Takeru Kirishima
Reżyser: Kunihisa Sugishima
Scenariusz: Atsuhiro Tomioka