Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Gakkon 4 - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 5/10 grafika: 7/10
fabuła: 5/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 9 Zobacz jak ocenili
Średnia: 4,56

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 391
Średnia: 6,43
σ=2,29

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (IKa)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Uta no Prince-sama: Maji Love 1000%

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2011
Czas trwania: 13×24 min
Tytuły alternatywne:
  • うたの☆プリンスさまっ♪ マジLOVE1000%
Gatunki: Komedia, Romans
Widownia: Shoujo; Postaci: Idole, Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Gra (otome); Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Męski harem
zrzutka

Śpiewać każdy może… Komponować także, zwłaszcza jeśli jest niewinną dziewoją, którą wszyscy ubóstwiają. Reverse harem, wydanie kolejne, popraw… skopane.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Haruka Nanami marzy o karierze kompozytorki. Aby zrealizować to marzenie, zdaje egzamin do prestiżowej szkoły dla młodych muzycznych talentów, Akademii Saotome. Miejsce to specyficzne, pełne ambitnych i zdolnych uczniów oraz ekscentrycznych nauczycieli, których twarze zdobią okładki gazet. Niepozorną i zahukaną nastolatkę szybko otacza wianuszek przystojnych i wyróżniających się kolegów, dziewczyna spotyka także Tokiyę Ichinose, wyglądającego kropka w kropkę jak jej ukochany idol, Hayato. Problem polega na tym, że Tokiya zdecydowanie nie zachowuje się jak sympatyczny i otwarty gwiazdor, a Harukę traktuje z wyraźnym dystansem. Jakie tajemnice kryje Akademia i jej młodzi uczniowie, i czy nieśmiała bohaterka przebije się ze swoim talentem?

Oto kolejne „romansidło” haremowe na podstawie gry dla dziewcząt. Mamy więc typową, uroczą i słodką do bólu bohaterkę, stadko przystojnych rycerzy w lśniących zbrojach, przekombinowane problemy, sporo gagów i mnóstwo lukru. Tematyka podobna do tej z La Cordy, ale tym razem podana bez specjalnego pomysłu. Konkurs muzyczny dawał jakieś pole do popisu, zmagania Hino i jej kolegów były na swój sposób emocjonujące i ciekawe. Widz miał okazję poznać bohaterów, jednak nie kosztem fabuły, która może do wybitnych nie należała, ale zdecydowanie była obecna, potrafiła wciągnąć i sprawiała, że widać było rozwój postaci oraz relacji między nimi. Uta no Prince­‑sama: Maji Love 1000% jest za to śliczną wydmuszką, pięknie pokolorowaną, ale pustą w środku. Ani przez chwilę nie poczułam, że Akademia Saotome to miejsce elitarne, wylęgarnia przyszłych sław sceny i ekranu. Przykro mi, ale stwierdzenie, że dwóch nauczycieli to wielkie gwiazdy, w niczym nie pomaga, zwłaszcza kiedy najbardziej obiecujący uczniowie zamiast skupić się na nauce, ciężkiej pracy i tym podobnych, biegają wokół nijakiej Haruki, próbując jej zaimponować. Zresztą, co to za wybitna szkoła muzyczna, która przyjmuje osoby niepotrafiące czytać nut? Tak, dobrze się domyślacie, to jedna z pierwszych przeszkód, jakie musi pokonać bohaterka, tylko jak w takim razie przebrnęła przez supertrudny egzamin wstępny? Cóż, na to pytanie niestety nikt nie udziela widzom odpowiedzi. Tego typu kwiatków jest w serii znacznie więcej, co sprawia, że cały pomysł na scenariusz wydaje się jednym wielkim kuriozum.

Z góry uprzedzam – nie, w żadnym wypadku nie oczekuję realizmu od serialu nakręconego na podstawie gry, ale niechże się to wszystko choć odrobinę trzyma kupy… Serio, chłopak, który chce być gwiazdorem kina akcji i sam wykonywać niebezpieczne sceny, ale niestety ma lęk wysokości; albo młody spadkobierca potężnego imperium finansowego, który zapisuje się do szkoły, wiedząc, że może w niej pozostać tylko rok (po jakie licho w ogóle zawracać sobie głowę?). We wspomnianej wyżej La Cordzie bohaterowie także mieli problemy, kochali muzykę, ale nie zawsze mogli postawić ją na pierwszym miejscu wśród swoich priorytetów, rzecz w tym, że uzasadnienie takiej sytuacji zawsze było sensowne. Hino nie znała nut, nie miała pojęcia o graniu, dlatego motorem całej akcji stały się magiczne skrzypce, nie przeszkodziło to jednak bohaterce później rozpocząć naukę (i nie, nie od razu wszystko jej wychodziło). Tymczasem Haruka dostaje się do Akademii nie wiadomo jak, nagle ujawnia się jej niebywały talent do komponowania, wszyscy trzęsą się nad nią niczym kwoka nad jajkiem, głównie dlatego, że jest dobra i naiwna. Niechby nawet okazała się geniuszem na miarę Mozarta, z takim charakterem po kilku dniach w show­‑biznesie ktoś wypruje jej flaki i rozwiesi je jak girlandy. Nie mam bladego pojęcia, kto wymyślił tę bajkę o wrażliwych i delikatnych artystach. Przemysł rozrywkowy to nie miejsce dla chodzących dobroci, żeby dać sobie radę w tym towarzystwie, trzeba mieć twarde łokcie i odporne cztery litery, o czym twórcy anime zdają się nie wiedzieć.

Jednak największym problemem produkcji pozostaje fatalna kompozycja. Większość odcinków zmarnowano na przedstawienie widzom kolejnych panów; w tym czasie nie dzieje się absolutnie nic godnego uwagi, a fabuła w żaden sposób nie rusza z miejsca. Około ósmego odcinka scenarzyści przypominają sobie, że wypadałoby wrzucić jakiś motyw przewodni, który doprowadzi do efekciarskiego finału. Wtedy właśnie mamy okazję poznać jeszcze jednego przystojniaka, Cecila, tym razem w dosyć nietypowy sposób, gdyż nagle seria zostaje wzbogacona o wątek nadnaturalny, służący tylko i wyłącznie mglistemu oraz zupełnie nieprzekonującemu wyjaśnieniu, skąd taka popularność Haruki. Motywem przewodnim zostaje zaś końcowy egzamin, polegający na tym, iż każdy przyszły kompozytor dobiera sobie parę w postaci potencjalnego tekściarza i razem muszą stworzyć przebój. Oczywiście wszyscy bishouneni rzucają się jak jeden mąż na biedną Harukę, która ma problem z dokonaniem wyboru, bo jeszcze przypadkiem kogoś urazi. Co ciekawe, chociaż jedną z żelaznych zasad panujących w Akademii jest absolutny zakaz romansowania, próby namówienia dziewczyny do współpracy w żadnym momencie nie wyglądają profesjonalnie i z czysto zawodowym podejściem niewiele mają wspólnego. Oczywiście wszystko kończy się dobrze, a zamiast sensownej konkluzji, otrzymujemy przesłodzony finał, który wygląda bardziej na pobożne życzenie niż coś, co miałoby szansę faktycznie się wydarzyć. W ramach pocieszenia mogę dodać, że jak to w przypadku randkowych symulatorów bywa, gra ma kilka zakończeń, w tym jedno ciągnące wątek nadnaturalny, ale jest ono tak niesamowicie idiotyczne, że brak słów. Wystarczy wspomnieć, że Haruka okazuje się jedyną osobą zdolną zbawić świat. Dziękować niebiosom za to, iż scenarzyści nie wpadli na genialny pomysł wykorzystania go w anime. Tak, mogło być dużo gorzej, a właściwie może, gdyż zapowiedziano już drugą serię.

Uta no Prince­‑sama: Maji Love 1000% to guma do żucia dla oczu: owszem, jest na co popatrzeć, ale nic poza tym. Znany zestaw bishounenów zawodzi, chociaż scenarzyści starali się poświęcić im jak najwięcej czasu, nawet kosztem fabuły. Wydaje mi się, że trzynaście odcinków to dużo, a przynajmniej wystarczająco dużo, żeby powiedzieć coś o bohaterach, przedstawić jakieś interakcje. Niestety, panowie są co prawda ładni, ale poza wyglądem trudno szukać w nich czegoś więcej. Nie dostali ani grama osobowości, bo trudno za taką uznać karteczki z przymiotnikami, naklejone na czoło. Tak naprawdę wystarczy rzut oka i jedna kwestia, i już wiemy z jakim typem postaci mamy do czynienia. Co gorsza, chociaż wszyscy panowie kręcą się wokół bohaterki niczym pszczoły wokół królowej, nie czuć żadnej chemii, nie ma nawet zapowiedzi potencjalnego romansu. Co z tego, że szkolny idol, Ren, daje dziewczynie kwiaty, koleżeński Otoya z wypiekami na twarzy wyznaje, że kocha jej kompozycje, poważny Masato pomaga jej przezwyciężyć problemy, a cierpiący Tokiya nie może oderwać od Nanami wzroku? Dziewczyna rumieni się za każdym razem, kiedy ktoś złapie ją za rękę lub rzuci górnolotnym komplementem, ale raczej dlatego, że wypada, a nie z powodu uczuć. I te dziwaczne podchody na końcu, ni to wyznanie, ni to pochwała kompozytorskich umiejętności… Jedynie tajemniczy Cecil decyduje się na pocałunek, w rękę oczywiście, nie wymagajmy cudów. Zostają jeszcze pełen chłopięcego uroku Shou i sympatyczny Natsuki, acz tu mam wątpliwości czy panowie bardziej wolą Harukę, czy siebie nawzajem. Cóż, po raz kolejny wyszło mdło i nijako, tym razem nie tylko ze względu na koszmarnie ciapowatą bohaterkę.

Problemy z fabułą i postaciami to niestety norma w przypadku anime kręconych na podstawie gier. Co prawda jest kilka serii, które udowadniają, że da się na takiej bazie stworzyć coś interesującego, ale jednak większość powiela nudne schematy, za każdym razem oferując dokładnie ten sam zestaw przystojniaków, identyczną bezbarwną bohaterkę oraz wydumane problemy, zmieniają się tylko dekoracje. Pewnie, można zobaczyć raz, drugi, a nawet trzeci, ale potem wszystko będzie smakować jak średniej jakości odgrzewany kotlet, który jeszcze świeży nie uchodził za rarytas. Kurczę, lubię się pogapić na wyidealizowanych narysowanych gości, posłuchać świetnej gry aktorskiej znanych seiyuu, ale niech to ma choć odrobinę uroku. Tymczasem omawiana produkcja oferuje jedynie garść schematów, którymi dodatkowo bezlitośnie wali po głowie. Jedynym światełkiem w tunelu okazała się przyjaciółka głównej bohaterki, żywiołowa i pewna siebie Tomochika, która, biorąc pod uwagę tematykę serii, zdecydowanie powinna grać pierwsze skrzypce. Ileż życia zostałoby wtedy wlane w barwne, acz monotonnie zdobione ramy. Szkoda, że w obsadzie zabrakło wyrazistej jednostki, zdolnej pociągnąć kiepskie przedstawienie. Owszem, mamy zastęp bohaterów pełen ekscentryków, ideałów, książąt i tym podobnych cukierków, niestety widziany po raz enty w tych samych kostiumach. To trochę jak dostać pluszaka zamiast prawdziwego zwierzątka: popatrzeć można, ale frajda już zdecydowanie nie taka.

Jedną z nielicznych zalet serialu jest oprawa graficzna. Jest kolorowo, żywo i dynamicznie. Projekty postaci, zwłaszcza bishounenów, są estetyczne, przyjemne i zróżnicowane, wydaje więc mi się, iż każda miłośniczka animowanych przystojniaków znajdzie tu coś dla siebie, przynajmniej żeby popatrzeć. Tła nie straszą pustką czy kiepskimi efektami komputerowymi, chociaż stężenie kiczu przekracza wszelkie dopuszczalne normy (ach, ten budynek szkoły, stylizowany na francuski pałac… zgroza). Takoż animacja stoi na wysokim poziomie, o czym świadczy chociażby ending, w którym bohaterowie wykonują dosyć skomplikowany jak na standardy anime układ choreograficzny. Natomiast są dwie rzeczy, które zupełnie nie przypadły mi do gustu. Po pierwsze, teoretycznie mało istotna kwestia, czyli oczy głównej bohaterki. Nie mam pojęcia, skąd wziął się pomysł, żeby blado­‑zielonkawe źrenice (!) otoczyć zgniłożółtymi tęczówkami, w każdym razie efekt końcowy jest tragiczny – Haruka wygląda, jakby była ślepa. Po drugie, różowe połyski na włosach panów, których matka natura (lub fryzjer) obdarzyła blond czuprynami. O ile w przypadku ciemnych włosów silny połysk jest czymś naturalnym, tak jasne pukle błyszczą się znacznie mniej. Tymczasem pod wpływem światła i pal licho, gdyby chodziło tu tylko o blask zachodzącego słońca, fryzury Rena, Natsukiego i Shou zamieniają się w wypalającą oczy feerię barw. Jasne, ma być kolorowo, słodko i zachęcająco, ale niektóre barwy wyglądają razem po prostu źle…

Kontrowersyjnie prezentuje się ścieżka dźwiękowa, pełna popisów wokalnych seiyuu. Praktycznie w każdym odcinku możemy usłyszeć jakiś j­‑popowy „hit”, wykonywany przez jednego z bohaterów, zresztą podobnie ma się sprawa czołówki i endingu. Cóż, istnieje grupa aktorów, którzy śpiewać potrafią, a przynajmniej wychodzi im to nieźle – zaliczają się do niej między innymi Mamoru Miyano, w Uta no Prince­‑sama grający Tokiyę, oraz Junichi Suwabe, podkładający głos Renowi. Całkiem sprawnie poradził sobie również Kishou Taniyama, czyli Natsuki, natomiast reszta wypadła raczej blado. Zdaję sobie sprawę, że anime traktuje o szkole muzycznej, bohaterowie powinni pochwalić się talentem, a od seiyuu niejednokrotnie wymaga się więcej niż powinno, ale na bogów, albo ktoś ów talent posiada, albo nie. Twórcy powinni zostawić śpiewanie osobom, które mają o tym pojęcie, tudzież nie katować aktorów pozbawionych tej umiejętności, a zarówno widzom, jak i anime wyszłoby to na dobre. Same utwory do wybitnych nie należą, z wyjątkiem przezabawnej, głównie ze względu na animację, piosenki towarzyszącej napisom końcowym. Przy czym to też nie jest coś, co ma szansę zdobyć listy przebojów, ot jedna z tych irytujących kompozycji, które przyczepiają się do człowieka i zostają na dłużej.

Uta no Prince­‑sama: Maji Love 1000% to przede wszystkim zmarnowany potencjał i zawiedzione nadzieje na kawałek porządnej rozrywki. Zapowiedziana kontynuacja nie nastraja pozytywnie, zwłaszcza po tym, jak scenarzyści wpletli do fabuły wątek nadnaturalny. Właściwie nie widzę możliwości rozwoju dla bohaterów i nie wiem, co musiałoby się wydarzyć, żeby Haruka zyskała chociaż ślad kręgosłupa. Nie wierzę, że w drugiej części wreszcie pojawi się coś, co zasłuży na miano romansu, tudzież że zobaczymy, jak wygląda przemysł rozrywkowy od kuchni (z poprawką na lukier oczywiście). Dlatego też nie widzę sensu polecania części pierwszej. W dobie imageboardów można się pogapić na bishounenów bez konieczności marnowania czasu na serię z irytującą heroiną i szczątkową fabułą.

moshi_moshi, 22 kwietnia 2012

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: A-1 Pictures
Autor: Broccoli
Projekt: Mitsue Mori, Tadashi Morisaki
Reżyser: Yuu Kou
Scenariusz: Tomoko Konparu
Muzyka: Elements Garden