Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Gakkon 4 - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 7/10 grafika: 7/10
fabuła: 6/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 376
Średnia: 7,39
σ=1,66

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (moshi_moshi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Bleach: Jigoku-hen

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 2010
Czas trwania: 100 min
Tytuły alternatywne:
  • Bleach: Hell Chapter
  • BLEACH 地獄篇
Widownia: Shounen; Postaci: Samuraje/ninja, Shinigami; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia, Świat alternatywny; Czas: Współczesność; Inne: Supermoce
zrzutka

Kolejny film bleachowego cyklu sponsoruje literka „W” jak „wybuchy”… Różowe! Oraz „M” jak „mordobicie”. Fabuła? A na co komu fabuła?!

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Hagane no

Recenzja / Opis

Oto kolejny zwyczajny dzień z życia Ichigo: mało znacząca bójka, spotkanie z Rukią i Renjim, którzy przybyli do Karakury, żeby wypełnić bliżej niesprecyzowaną misję. Dzień jak co dzień, do czasu… Trzej zamaskowani osobnicy atakują szkołę, do której uczęszcza Kurosaki, i wszystko wskazuje na to, że to właśnie on jest ich celem. Co gorsza, przeciwnicy okazują się szalenie silni i głównie dzięki szczęściu Ichigo i jego przyjaciele odpierają pierwszy atak. Ale to nie koniec przykrych niespodzianek, gdyż uparci antagoniści porywają najmłodszą latorośl klanu Kurosaki. Aby ją ocalić, pomarańczowowłosy shinigami musi udać się do Piekła. Ma mu w tym pomóc tajemniczy nieznajomy Kokuto, który już raz uratował skórę chłopakowi. Czego chcą wysłannicy piekieł i dlaczego jeden z nich staje po stronie strażników śmierci?

Czwarty film kinowy kontynuuje „Wybielaczową” tradycję porwania jako wątku głównego. Oczywiście i tym razem ratunku wymaga przedstawicielka płci pięknej (ciekawe, kiedy ktoś zdecyduje się uprowadzić na przykład Ishidę lub Renjiego?), ale w porównaniu do poprzednich produkcji, rolę Yuzu bardzo spłycono. Najmłodsza z rodu Kurosakich nawet nie ma okazji pokrzyczeć „ratunku!”, gdyż cały czas pozostaje nieprzytomna (może to i dla niej lepiej…). Tym samym na pierwszy plan wysuwa się podróż Ichigo przez Piekło. Podróż interesująca, choć chwilami budząca wątpliwości natury „moralnej”. O ile dobrze pamiętam wydarzenia z początkowych odcinków serialu i rozdziałów mangi, Piekło było miejscem dla wszelkiej maści wyrzutków i skończonych drani. Miejscem niezbyt wesołym i przyjemnym, ale trzeba się było naprawdę postarać, żeby tam trafić. Tymczasem scenarzyści robią absolutnie wszystko, aby widzowi chociaż przez chwilę zrobiło się żal tamtejszych rezydentów. Dlatego też pokazują okrutnych strażników posilających się oszalałymi już grzesznikami, którzy bardziej przypominają zombi niż myślące istoty. Podkreślają fakt, iż w Piekle nie można umrzeć, a zniszczona dusza w ramach pokuty odradza się nieskończenie wiele razy. I co, zrobiło mi się żal? A takiego! Wyszłam z założenia, że gdyby ktokolwiek znajdujący się tam zasłużył na łaskę, trafiłby jednak do Soul Society. Zresztą o ile film jako całość wspominam całkiem pozytywnie, o tyle motyw biednych, okrutnie traktowanych grzeszników zgrzytał mi przez cały seans. Piekło ma być Piekłem, jak chcemy brać widzów na litość, to zamiast niego pokazujemy czyściec. Mam wrażenie, że komuś się definicje pomieszały… Kolejnym problemem okazała się zła kompozycja. Dynamiczny początek zapowiada interesujące widowisko, ale pomysłu starczyło na około godzinę, a potem zaczynają się dłużyzny i „powtórka z rozrywki” z kiepskim finałem.

Poza próbą rehabilitacji morderców, psychopatów i innej maści świrów, oraz kiepskim rozplanowaniem poszczególnych wydarzeń, czwarty film prezentuje się zaskakująco dobrze. Piekło okazuje się dużo ciekawsze i bardziej złożone niż Hueco Mundo. Jego warstwowa struktura oraz surrealistyczne krajobrazy pobudzają wyobraźnię, a prawa nim rządzące nawet jeżeli nie przerażają, to wzbudzają chociaż gorzką refleksję. Fabuła Bleach: Jigoku­‑hen jest prosta jak konstrukcja cepa, a większość czasu upływa pod znakiem kolejnych starć z przeciwnikami. Ichigo po raz kolejny udowadnia, że jest idealnym głównym bohaterem serii shounen: przede wszystkim używa mięśni, najpierw daje po pysku, a potem pyta i zasadniczo nie lubi kalać swojego mózgu myślą wszelaką. Cóż, pewne rzeczy pozostają niezmienne… Reszta bohaterów, z wyjątkiem głównego antagonisty, pełni raczej trzeciorzędną rolę. Wszyscy fani kapitanów będą zapewne srodze zawiedzeni, gdyż pojawia się ich tylko kilku i w zasadzie pełnią funkcję ruchomych dekoracji. Nie inaczej ma się sprawa Renjiego, Rukii i Ishidy, którzy towarzyszą Kurosakiemu w wyprawie do Piekła. Wszelkie nadzieje na popisy z ich udziałem są złudne, ponieważ tak jak reszta obsady szybko lądują gdzieś na czwartym planie. Mimo to na pewno jest to znaczenie lepsza produkcja niż wyjątkowo żenujący Bleach: Fade to Black – Kimi no Na wo Yobu. Bohaterowie myślą, z wyjątkiem Ichigo (ale to akurat żadna nowość), każdy otrzymuje swoje „pięć minut”, a i antagoniści wypadają znacznie ciekawiej niż dwójka emo­‑dzieciaczków i „coś z tentaklami”.

Ze względu na długość filmu nie dowiadujemy się zbyt wiele o piekielnych przeciwnikach pomarańczowowłosego shinigami, co można by już uznać za tradycję „wybielaczowych” dodatków do serialu. Trzej zamaskowani pomagierzy na tle chociażby Arrancarów wypadają raczej blado. Gdyby zmienić ich wygląd, równie dobrze mogliby być kolejnymi hollowami do eksterminacji. Rozczarowuje również Shuren, który nie dość, że dostaje mniej czasu antenowego niż jego podkomendni, to jeszcze dodatkowo zupełnie nie potrafi go wykorzystać. Swoją drogą, już dawno nie słyszałam tak tragicznie dobranego seiyuu. Tooru Furuya, znany głownie z ról Yamchy w Dragon Ball i Mamoru w Czarodziejce z Księżyca, mówi, jakby połknął kij od szczotki. Jest tak sztywny i nienaturalny, że to aż boli. Najlepiej wypada Kokuto (rewelacyjny Kazuya Nakai, czyli między innymi Mugen w Samurai Champloo czy Zoro w One Piece), który wraz z Ichigo pełni w filmie rolę głównego bohatera. Nie do końca przypadła mi do gustu jego przemiana, ale muszę przyznać, że na tle postaci z poprzednich produkcji wypada interesująco. Scenarzystom nie tylko udało się zgrabnie nakreślić jego przeszłość, ale także stworzyć bohatera, którego można opisać większą niż zwykle ilością przymiotników. Jest „charakterny” i nawet jeżeli nie wzbudza sympatii, to przynajmniej zapada w pamięć.

Graficznie jest zaskakująco dobrze. Co prawda nadal opłakuję stare projekty postaci i przeklinam dzień, w którym Tite Kubo zmienił styl rysowania, ale Bleach: Jigoku­‑hen oglądało się przyjemnie. Duże znaczenie ma w tym przypadku ciekawe rozwiązanie projektu Piekła. Kolejne jego warstwy przykuwają uwagę zróżnicowaniem i odważnymi, nieco psychodelicznymi zestawieniami barwnymi (na przykład intensywny fiolet z takąż żółcią). Nie można też zapomnieć o wspomnianych w „dwóch zdaniach” wybuchach, których w filmie nie brakuje, a które ładnie kontrastują optymistyczną różową barwą ze smutnym, acz równie kolorowym otoczeniem. Nieco słabiej prezentują się pojedynki, znakomite animacyjnie, ale niezachwycające choreografią. Po raz kolejny postawiono na efekciarskie przemiany bohaterów zamiast na ich umiejętności. Tym razem jednak nie wyszło i nieszczęsny Ichigo wyglądał w pewnym momencie jak ulubiony wampir większości nastolatek, Edward Cullen, na wakacjach w Toskanii. Serio, aż mi się żal „Truskawki” zrobiło… Muzycznie jest przeciętnie, nie dość, że utworów jest mało, to na palcach jednej ręki można by wyliczyć nadające się do słuchania i godne uwagi. Reszta to kiepska elektronika, która stanowi jedynie niewyróżniające się tło dla bardziej dynamicznych scen. Piosenka towarzysząca napisom końcowym nie jest zła, ale… Moje pierwsze skojarzenie, kiedy ją usłyszałam, to był Gundam, właśnie skończyłam oglądać kolejną serię z mechami w roli głównej! Skojarzenie nieprzypadkowe, jak się okazało, ponieważ rzeczony utwór wykonuje T.M.Revolution, odpowiedzialny za piosenki do serii Mobile Suit Gundam Seed i jej kontynuacji.

Bleach: Jigoku­‑hen jest produkcją najwyżej przeciętną, ale w porównaniu z gniotem, jakim był trzeci film kinowy, wypada bardzo pozytywnie. Skomplikowaną fabułę zastąpiło radosne mordobicie i efekty specjalne. W zasadzie nie mam nic przeciwko, zwłaszcza że do tej pory chęć zaimponowania widzowi złożoną intrygą kończyła się większą lub mniejszą katastrofą. To nie jest arcydzieło czy godny następca epizodu poświęconego ratowaniu Rukii, ale jako niewymagająca rozrywka sprawdza się nieźle. Oczywiście uważam, że scenarzystów mających do dyspozycji tak genialną i barwną obsadę stać na coś lepszego, ale przyznaję bez bicia, że tym razem wyjątkowo bawiłam się dobrze i nawet za bardzo nie zgrzytałam zębami. Stąd nieco naciągana i mocno subiektywna siódemka: reszta świata na wszelki wypadek niech odejmie jednak jedno oczko.

moshi_moshi, 1 listopada 2011

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Studio Pierrot
Autor: Kubo Tite
Projekt: Masashi Kudou
Reżyser: Noriyuki Abe
Scenariusz: Masahiro Ookubo, Natsuko Takahashi
Muzyka: Shirou Sagisu