Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 8/10 grafika: 9/10
fabuła: 6/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 5 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,20

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 115
Średnia: 7,15
σ=1,81

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Grisznak)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Tekken: Blood Vengeance

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 2011
Czas trwania: 95 min
Tytuły alternatywne:
  • 鉄拳 BLOOD VENGEANCE
Tytuły powiązane:
Widownia: Shounen; Postaci: Androidy/cyborgi, Policja/oddziały specjalne; Rating: Przemoc; Pierwowzór: Gra (bijatyka); Miejsce: Azja; Czas: Przyszłość; Inne: Supermoce
zrzutka

Widowiskowa i efektowna adaptacja popularnej serii konsolowych mordobić. W swojej klasie – rewelacja.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Anielski_Pyl

Recenzja / Opis

Ilekroć biorę się za kolejną animowaną adaptację bijatyki, myślę sobie „Ciekawe, co tym razem schrzanią?”. Bo i prawdą jest, że spośród wielu tego rodzaju produkcji tylko nieznaczna ilość może pochwalić się czymś więcej niż byciem mniej lub bardziej epicką porażką. Tym razem na celownik trafiła jedna z najsłynniejszych konsolowych bijatyk ostatnich lat – Tekken.

Fabuła filmu osnuta jest wokół Shina, chłopaka, w którego ciele znajdują się pewne bardzo cenne komórki. Z tego właśnie powodu interesują się nim obie odnogi rodu Mishima. Jin, którego prawą ręką jest Nina Williams, wysyła Alisę, aby zaprzyjaźniła się z chłopakiem i obserwowała go. Druga strona nie pozostaje bierna. Anna Williams, bezpośrednia podwładna Kazuyi, wysyła w tym samym celu Ling Xiaoyu. Czym to się skończy? Ależ nietrudno chyba zgadnąć, że jednym wielkim mordobiciem.

Fabuła Tekken: Blood Vengeance jest prosta jak drut, co nie zaskoczy chyba nikogo – bo co jak co, ale po takim filmie próżno spodziewać się fabularnych wygibasów. Zapewne nie będzie to jednak dla nikogo specjalnie istotne. W tego typu filmach historia ma być i nie przeszkadzać. I tyle jej tu dokładnie jest. Całość i tak zmierza konsekwentnie do tego, czego wszyscy fani gry mogą się spodziewać – chyba dopiero w finale czeka nas drobna niespodzianka i pewne odstępstwo od tekkenowych reguł, ale o tym, z wiadomych względów, pisać nie będę.

Przyjemną niespodzianką jest natomiast wysunięcie na główny plan Alisy i Xiaoyu. Obie panny tworzą bardzo udany duet, w rezultacie czego można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z shoujo bijatyką. Brzmi to dziwnie? Może i tak, ale gdy dodam, że drugą parą przeciwniczek są siostry Anna i Nina, całość zacznie nabierać już nieco więcej sensu. Zwłaszcza że w odróżnieniu od np. Dead or Alive, nie chodzi tu o fanserwiśność walk. Jasne, walczą ładne kobiety, ale nie spodziewajcie się najazdów kamery na majtki czy tyłki. Przyjaźń Alisy i Xiaoyu jest jednym z głównych tematów filmu – co cieszy, bo nadaje produkcji dużo lżejszy charakter i sprawia, że po prostu dobrze się ją ogląda. Dziewczyny fundują nam sporo scenek humorystycznych, mamy też kilka bardziej stonowanych fragmentów, a i wyciskacz łez się znajdzie. Miłe odstępstwo od kanonów adaptacji bijatyk, gdzie głównym herosem jest zwykle przepak, który przez cały film pakuje się jeszcze bardziej, by w finale skopać złego diabła i uratować świat.

W filmie nie wykorzystano całej plejady postaci, które przewinęły się przez kolejne odsłony Tekkena, co zrozumiałe, biorąc pod uwagę ich liczbę. Wybrano te najważniejsze dla fabuły (rodzinka Mishima), szczególnie lubiane przez graczy (Anna i Nina), kilku innym zostawiając epizodziki (Lee Chaolan, Ganryu). Zwraca uwagę, że znakomita większość to stara tekkenowa gwardia; wyjątkiem jest Alisa Bosconovitch, która zadebiutowała niedawno, w grze Tekken 6: Bloodline Rebelion. Może szkoda trochę, że nie skorzystano z okazji, by obsadzić większej ilości postaci choćby w roli cameo. Bardzo fajnie wykorzystano w ten sposób np. Mokujina, a w pewnym urywku uważne oko widza wypatrzy Lei Wulong. Trochę za mało jak na grę z tak dużą liczbą ciekawych postaci.

A grafika? Pierwsza klasa, cudeńko, czułem się, jakbym oglądał półtoragodzinną wersję intra do ostatnich części gry. Tak, tutaj mucha nie siada, wszystko zostało dopracowane i dopięte na ostatni guzik, do tego stopnia, że oglądanie tego filmu to prawdziwa uczta dla oka. Kogoś może pewnie razić szczególna konwencja przedstawiania walk – bohaterowie kopią się i uderzają, zamiatają sobą podłogę, przebijają ściany, dachy i wszystko co się da, a na ich twarzach próżno szukać krwi czy ran, ciuchy zaś pozostają właściwie nienaruszone. Jest to bezpośrednie przeniesienie tego, co mieliśmy w grze – i prawdę rzekłszy, nie przeszkadzało mi to wcale. Żadna z płci nie powinna narzekać na brak fanserwisu – walczą tu wyłącznie piękne panie i przystojni panowie. Co śmieszniejsze, jedyną postacią, która pojawia się we względnym negliżu, jest Shin. Trudno mi cokolwiek napisać o muzyce, ponieważ jej nie zauważyłem (a raczej – nie usłyszałem). Podobno to dobry znak.

No więc, wracając do pytania zawartego w pierwszym akapicie, co schrzanili tym razem? Nic. Tekken: Blood Vengeance to kapitalnie zrobiona, widowiskowa i efektowna bijatyka, która, jak sądzę, nie powinna rozczarować żadnego fana gry. Może, gdybym już miał się bardzo czepiać (a co tam…), wskazałbym na finał, który bardziej przypomina Devilmana niż Tekkena, ale uczciwie mówiąc, nie przeszkadzało mi to wcale. Zatwardziałym fanem serii nie jestem (wyznaję wyższość Soul Calibur), ale, niezależnie od sympatii i antypatii, polecam obejrzeć Tekken: Blood Vengeance. To chyba najlepsza animowana adaptacja konsolowej bijatyki, jaką do tej pory miałem okazję oglądać.

Grisznak, 6 grudnia 2011

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Digital Frontier
Autor: Bandai Namco Games
Scenariusz: Dai Satou