Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 7/10 grafika: 6/10
fabuła: 5/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 8 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,25

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 128
Średnia: 6,43
σ=1,98

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek, IKa)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Phi Brain: Kami no Puzzle

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2011
Czas trwania: 25×24 min
Tytuły alternatywne:
  • ファイ・ブレイン 神のパズル
Gatunki: Przygodowe
Widownia: Shounen; Postaci: Uczniowie/studenci; Czas: Współczesność; Inne: Supermoce
zrzutka

Pora na puzzle time! Szkoda tylko, że amator łamigłówek nie znajdzie tu nic ciekawego…

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Znajdująca się gdzieś w Japonii Root Gakuen to placówka edukacyjna kładąca nacisk na rozwijanie u swoich wychowanków umiejętności rozwiązywania najrozmaitszych łamigłówek. Najlepsi pod tym względem uczniowie cieszą się znacznymi przywilejami, spośród których najbardziej prestiżowym jest tytuł – przydomek pochodzący od nazwiska słynnej postaci historycznej. Jednakże Kaito Daimon, który niedawno powrócił do Japonii po wielu latach spędzonych w Anglii, choć nadprzeciętnie zdolny w tej dziedzinie, nie jest szczególnie zainteresowany ani dodatkowymi zaszczytami, ani łamigłówkami jako takimi. Zdecydowanie woli spędzać dni, leniąc się ile wlezie i nie przejmując niczym. Oczywiście nic nie trwa wiecznie i pewnego dnia przypadkowe (ale czy na pewno?) zaproszenie okazuje się początkiem całej serii wydarzeń. W podziemnym labiryncie nasz bohater znajduje dziwny przedmiot: bransoletę Orfeusza, która – raz założona – zdjąć się już nie daje. Ten legendarny artefakt potrafi ponoć przyspieszać działania mózgu swojego właściciela, sprawiając, że jest on w stanie rozwiązywać łamigłówki przekraczające możliwości zwykłych śmiertelników.

Bohater (nieodmiennie wspierany przez swoją przyjaciółkę, Nonohę) nie będzie mógł już powrócić do bezczynnego życia. Znajduje wprawdzie nowych przyjaciół – w niektórych przypadkach bardziej może rywali – ale też zaczyna się nim żywo interesować potężna i tajemnicza organizacja zrzeszająca „układaczy” łamigłówek, zwana POG. Stawiając bohaterów przed coraz trudniejszymi wyzwaniami, gdzie stawką coraz częściej staje się ich życie, dążą oni do celu, którym jest… Tajemniczy „Phi Brain”, mający być warunkiem koniecznym (ale czy dostatecznym?) do rozwiązania skrywającej niewyobrażalną potęgę tytułowej „boskiej łamigłówki”. W dodatku jeden z przywódców POG, Rook Crossfield, sprawia wrażenie, jakby cała sprawa miała dla niego wymiar także personalny…

Tego typu produkcje można rozpatrywać pod dwoma kątami: jako „zwykłe” serie przygodowe lub jako tytuły, których głównym celem jest „zapakowanie” w jakiś pretekst fabularny i zaprezentowanie widzom kolejnych, możliwie pomysłowych łamigłówek. Nie mam tu całkowitej pewności, ale wydaje mi się, że pod tym właśnie względem Phi Brain: Kami no Puzzle okaże się dla amatorów wytężania mózgu bardzo poważnym rozczarowaniem, i to z co najmniej dwóch powodów.

Po pierwsze mamy kwestię poziomu stawianych przed bohaterami wyzwań. Przypominam, że nie oglądamy tu przygód szkolnego kółka zainteresowań, którego początkujący członkowie pną się mozolnie na szczyty. Bohaterowie od samego początku są określani mianem genialnych (mówię o rozwiązywaniu łamigłówek i tylko o tym), a rzeczone wyzwania układają dla nich równie genialni przeciwnicy. Jak łatwo jednak zgadnąć, producenci anime zatrudnili do tego zwykłych fachowców, którym do szalonych geniuszy daleko, co sprawia, że te łamigłówki, które widzimy na ekranie (jak choćby sudoku w pierwszym odcinku) w oczach znawców z pewnością nie będą zasługiwały na okrzyki podziwu i zachwytu, jakimi obdarzają je bohaterowie. Żeby uniknąć blamażu (a i po to, żeby dodać anime widowiskowości), im dalej w las, tym łamigłówki stają się większe, przybierając postać prawdziwych przeszkód fizycznych, do których rozwiązania dobra kondycja potrzebna jest bardziej niż kartka i ołówek. Co więcej, tych wielkich (i najtrudniejszych) łamigłówek praktycznie nigdy nie widzimy na ekranie w całości, przez co nawet zapalony do samodzielnego rozwiązywania widz po prostu nie będzie miał w żadnym momencie danych pozwalających na samodzielne popracowanie nad problemem.

Druga wada również wiąże się ściśle z widowiskowością. Twórcy postawili raczej na dynamikę akcji, a nie na powolne „rozpracowywanie” problemu, prezentujące widzom poszczególne etapy rozumowania bohaterów. Bywa, że wymusza to sama natura wyzwania, w stylu „Jeśli nie rozwiążesz tego w 3 minuty i 24 sekundy, na głowę zleci ci tona cegły”, ale jeszcze częściej problem tkwi w nieszczęsnej bransolecie należącej do Kaito, której działanie objawia się tym, że błyska on szatańsko czerwonym oczkiem i po prostu ZNA rozwiązanie. Rezultat przypomina odczucia, jakie możemy mieć, obserwując jak nasz znajomy przechodzi na najtrudniejszym poziomie kompletnie nieznaną nam grę: coś szybko zmienia, wybiera opcje z menu, ale nie mamy szans zorientować się, co właściwie i po co robi. W dodatku tutaj zamiast godnego podziwu znajomego mamy fikcyjne postaci, obdarowane hojnie talentem przez Wolę Scenarzystów – co zdaje się może ewentualnych amatorów łamigłówek po prostu irytować. W sumie jednak rzecz sprowadza się do tego, że jeśli ktoś chce oglądać tę serię, żeby samodzielnie pogłowić się nad stawianymi przed bohaterami problemami, to powinien seans darować sobie od razu, bo prawdopodobnie tylko się rozzłości.

Wbrew pozorom Phi Brain: Kami no Puzzle broni się już prędzej jako „zwykła” seria przygodowa shounen, przy założeniu oczywiście, że na pewne rzeczy zdołamy przymknąć oko. Chodzi mi tu przede wszystkim o niemalże nabożną cześć oddawaną łamigłówkom i osobom odpowiedzialnych za ich tworzenie i rozwiązywanie: nie da się ukryć, że to się może wydawać śmieszne. Tak samo, jak wielkie dramatyczne pojedynki toczone za pomocą wyciąganych z kulek stworków albo wręcz… bączków, jakie możemy pamiętać z innych anime. Nie chcę wmawiać, że to ta sama kategoria wagowa, ale wymaga podobnego „zawieszenia” zwykłych zasad logiki działania świata i niezastanawiania się, czemu ktoś do tych wszystkich zakichanych łamigłówek nie podejdzie metodą, jaką taki jeden Aleksander zastosował wobec pewnego upartego supła ze świątyni w mieście Gordion. Na plus fabule można zdecydowanie zapisać wspomnianą wcześniej dynamikę: dzieje się dużo, szybko i zwykle dość pomysłowo. Rezygnacja z pokazania sposobów rozwiązania łamigłówek zaowocowała tym, że widz przynajmniej nie ziewa w trakcie przydługich wywodów, szczególnie w sytuacji, gdy bohaterowie muszą skakać, gimnastykować się, jeździć na różnych rzeczach i generalnie popisywać się na ekranie. Akcja przenosi się w najrozmaitsze miejsca na świecie, a gigantyczne łamigłówki potrafią być naprawdę efektowne. To, co jest wadą serii, paradoksalnie może być też uważane za jej zaletę!

Z wewnętrzną logiką wydarzeń bywa jednak różnie, przede wszystkim z powodu niekonsekwencji w prowadzeniu postaci samego głównego bohatera. Odnoszę wrażenie, że twórcy albo nie mieli specjalnego pomysłu na niego, albo – co bardziej prawdopodobne – próbowali połączyć rozmaite elementy atrakcyjne dla odbiorcy z potrzebnymi w scenariuszu. Początkowo Kaito sprawia wrażenie „twardego zawodnika”, bez specjalnego sentymentu traktującego otaczający go świat (z łamigłówkami włącznie) – czyli właśnie kogoś, kto ma wszelkie szanse spodobać się widzowi jako postać. Jednakże bardzo szybko zaczyna się miotać od ww. obojętności do pełnych patosu przemów o uczuciach łamigłówek, które pragną być rozwiązywane, a nie da się ukryć, że trudno zachować szacunek do gościa, który gada z układankami. Tak samo miota się od chęci rozwiązania wszystkiego jak leci do niechęci do rozwiązywania czegokolwiek, przeżywając załamania nerwowe w momentach wygodnych fabularnie, ale dość przypadkowych, jeśli chodzi o dobór wydarzeń. Twórcy zgrabnie wybrnęli za to z klasycznego problemu „przewagi przeciwnika” w ten sposób, że celem POG nie jest zasadniczo śmierć bohaterów, tylko wyhodowanie supergeniuszy. To pozwala na wygodne uzasadnienie, dlaczego po przegranym „starciu” grzecznie się wycofują, zamiast po prostu piżgnąć irytujące dzieciaki w najbliższą przepaść (w które ten świat jakoś wyjątkowo obfituje).

Pozostałe postaci cierpią w mniejszym lub większym stopniu na podobny problem, co i Kaito – rozdarte między ogólnymi założeniami a potrzebami scenariusza. Twórcy wyraźnie dążyli do stworzenia klasycznej „drużyny”, w której znalazłby się bohater, jego przyjaciółka z dzieciństwa, przyjaciel/rywal, „tajemnicza ślicznotka” oraz genialny dzieciak. Niektóre składniki tego zestawu sałatkowego wyszły im lepiej, a inne niestety gorzej.

Zdecydowanie bardzo udaną postacią jest Nonoha, w pierwszym momencie sprawiająca wrażenie „tsunderowatej” i dokuczliwej dziewuchy, której celem jest lanie bohatera po łbie. Jako jedyna z zestawu nieobdarzona zdolnością rozwiązywania łamigłówek, dostała od scenarzystów dwie cechy, które w pełni to równoważą: fotograficzną pamięć oraz ogromną sprawność fizyczną. Szczególnie ta ostatnia cecha sprawiała, że Nonoha była, owszem, „panienką do wyciągania z tarapatów”… Ale do wyciągania z tarapatów swoich kolegów, którzy, pochłonięci łamigłówką, potrafili zapomnieć o bożym świecie. Aż do samego końca pełniła rolę „kotwicy”, wiążącej bohatera z normalnym życiem, i trzeba przyznać, że z tej roli wywiązywała się dobrze i bez zbędnej histerii. Niestety „potrzeby scenariusza” kazały jej czasem odgrywać także i damę w opałach, nie zawsze też zostawały wykorzystane jej pełne możliwości (szczególnie powiązane z niezwykłą pamięcią, o której dość szybko kompletnie zapomniano). Równie sympatyczną i barwną postacią okazał się samozwańczy rywal bohatera, Gammon, szorstki i hałaśliwy materialista. Oczywiście scenarzyści i tu namieszali – trafiają mu się nagłe zaniki myślenia w chwilach, kiedy ma pełnić rolę elementu komediowego, jednak z biegiem fabuły zdarza się to coraz rzadziej, zaś w końcówce wyraźnie pokazuje, że jest jedną z najciekawszych i najtrzeźwiej myślących postaci w całej serii.

Niestety podobnych komplementów nie mogę skierować pod adresem pozostałej dwójki. Ana Gram jest postacią zwyczajnie i po prostu nijaką, nieszczególnie potrzebną w scenariuszu i do wielu scen i wydarzeń „doklejaną” na siłę (choć przyznam, że mam pewną słabość do osób, od których „odbija się” rzeczywistość). W dodatku uczciwie mówiąc, kompletnie nie rozumiem w tym przypadku koncepcji twórców. Po jakiego grzyba rysować postać o wyraźnie kobiecej urodzie i ubierającą się zwykle w sukienki, zatrudniać do jej roli seiyuu o delikatnym, dziewczęcym głosie (Satsuki Yukino, m.in. Kaname Chidori z Fullmetal Panic!, Kagome z Inuyasha i Mion Sonozaki z Higurashi no Naku Koro ni) tylko po to, żeby się uprzeć, że ta postać tak naprawdę jest płci męskiej? W momencie, kiedy nie służy to fabularnie kompletnie i zupełnie niczemu? Cubic wygląda przynajmniej odpowiednio do płci i wieku, ale na niego także zabrakło pomysłu: jako „genialny dzieciak” jest potrzebny fabule jak piąte koło u wozu, a co gorsza, bywa wyraźnie irytujący.

Ekipa przeciwników, czyli członkowie POG, także są składanką dobrze znanych elementów, przygotowaną metodą prób i błędów. Widać, że część z nich miała sprawiać wrażenie ekscentryków, ale efekt jest raczej sztuczny – postaci typu charakteryzującego się ciemnym makijażem Dicemana zwyczajnie nie pasują do reszty. Z kolei grany przez Mamoru Miyano Bishop, początkowo interesujący, okazuje się także nijaki, głównie z powodu kija, który niewątpliwie ugrzązł mu gdzieś w środku i usztywnił go na amen. Nie mogę też nie poświęcić kilku złośliwych słów niejakiemu Herbertowi Mullerowi, głównemu przeciwnikowi w pierwszej połowie serii. Dobrze: rozumiem lekko psychopatyczne zacięcie jako metodę na „ubarwienie” starć. Gorzej, jeśli dorosły facet pół odcinka chełpi się, jaką to skonstruował śmiercionośną łamigłówkę, po to tylko, żeby się okazało, iż ta śmiercionośność polega na… podpiłowaniu mostu, którym bohater ma wrócić po wykonaniu zadania. Nie wiem, po co w tej sytuacji w ogóle zawracał sobie głowę konstrukcją zagadek – nie prościej zaprosić bohatera w ustronne miejsce i trzasnąć go łomem w łeb z okrzykiem „łamigłówka!”? O „głównym przeciwniku”, czyli Rooku, nie chcę pisać za wiele, żeby mimo wszystko nie psuć przyjemności tym, którzy serię planują obejrzeć (chociaż umówmy się: z czołówki i endingu dowiecie się o nim wszystkiego, co warto wiedzieć), ale jedno powiedzieć muszę. Nie da się. Naprawdę, przykro mi. Nie da się serio traktować demonicznego manipulatora, który nosi fryzurę w stylu „piorun strzelił w owcę”.

Warstwa wizualna jest tak samo nierówna, jak wszystko inne. Nie czepiam się samych projektów postaci, bo akurat wolę takie od przesadnie uślicznionych. Pytanie jednak, co uznać za projekt danej postaci – z odcinka na odcinek zmienia się nie tylko wzrost, ale i objętość fryzury, a także wielkość i kształt oczu, które czasem przybierają postać wytrzeszczonych spodków (jak w początkach serii u Gammona). Na szczęście mimo to problemów z rozpoznawaniem postaci nie ma – zestawy kolorystyczne i ubrania (niestety prawie nigdy niezmieniane) są na tyle charakterystyczne, że pomylić się po prostu nie da. Trudno też do jednej kategorii zaliczyć uproszczone, sterylne bryły i wnętrza większości budynków i niepokojąco skomplikowane maszynerie poszczególnych łamigłówek. Animacja jako taka jest średnio dynamiczna – ruch, tam gdzie trzeba, jest dobrze pokazany, ale to nie seria, w której potrzebna by była skomplikowana choreografia walk. Tak samo rzemieślniczo poprawna jest oprawa muzyczna, w której jako jasny punkt wyróżnia się czołówka – świetną, dynamiczną piosenkę Brain Diver wykonuje May’n, znana jako odtwórczyni roli (i piosenek) Sheryl Nome z Macross Frontier. Stonowana ballada przy napisach końcowych, śpiewana przez Natsumi Kiyourę, nie wyróżnia się niczym szczególnym, a kompozytor ścieżki dźwiękowej, Akio Izutsu, nie ma na koncie żadnych wcześniejszych dokonań powiązanych z anime.

Nie pożałowano natomiast na seiyuu: w obsadzie znajdziemy całą plejadę naprawdę znanych nazwisk. Nie mówię tu nawet o grającym głównego bohatera Shintarou Asanumie, chociaż ma on na koncie trochę niezłych ról, takich jak Takatoshi z Seitokai Yakuindomo czy bezimienny bohater Yojouhan Shinwa Taikei. Usłyszymy tu na przykład Juna Fukuyamę (kompletnie nierozpoznawalny, ale doskonale grający Gammona), wspomnianego Mamoru Miyano (Bishop), Akirę Ishidę (Souji Jikukawa), Keijiego Fujiwarę (Baron Kaidou), Takehito Koyasu (Jin Makata) czy Takahiro Sakuraia (Rook). Muszę jednak uprzedzić wielbicieli ich talentów, że nie zawsze wymienieni panowie mieli się czym popisać. Koyasu i Fujiwara najlepiej wypadają w rolach celowo przeszarżowanych, tu natomiast grają zrównoważonych i spokojnych dorosłych mężczyzn. Akira Ishida okazał się całkowitym obsadowym pudłem – nieźle pasował tam, gdzie jego bohater wcielał się w rolę knuja, kiedy jednak wchodził w (częstszy) tryb grzecznego chłopca, brzmiał jękliwie i zdecydowanie niemęsko. Jeśli zaś chodzi o Takahiro Sakuraia, to nawet jego talent nie jest w stanie uratować porażki fryzjerskiego fachu, jaką pozostaje Rook. Sprawiedliwie trzeba wspomnieć o paniach, ale ich po prostu w obsadzie pojawia się znacznie mniej. Poza wymienioną już Satsuki Yukino usłyszymy w roli Nonohy Kaori Shimizu (Noriko z Maria­‑sama ga Miteru, Lain z Serial Experiments Lain), a w dalszoplanowej, ale wdzięcznej roli Eleny – Megumi Nakajimę (Ranka z Macross Frontier, Kaede z Kämpfer).

Phi Brain: Kami no Puzzle jest nie tyle dziełem artystycznym, ile zrobionym na zamówienie produktem – nie zdziwiłabym się, jeśli w celu promowania w przyszłości jakiejś gry komputerowej albo magazynu z sudoku i innymi zagadkami. Swoją rolę musiało spełnić dobrze, biorąc pod uwagę, że w obecnych, niepewnych czasach załapało się na drugi sezon. Czy warto oglądać? Na pewno nie w celu głowienia się nad pokazywanymi zadaniami. Sprawdza się – wbrew pozorom – całkiem dobrze jako seria przygodowa o szybkiej, sprawnie prowadzonej akcji (nie czepiajmy się przesadnie logiki), ale wymaga przyjęcia do wiadomości założeń świata, które części widzów mogą się wydać za mało poważne. Nie zachęcam, nie zniechęcam – jeśli polubicie bohaterów, seans może upłynąć całkiem przyjemnie. Jeśli po kilku odcinkach będą was tylko irytować – nie ma sensu męczyć się dalej.

Avellana, 15 kwietnia 2012

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Sunrise
Autor: Hajime Yatate
Projekt: Youhei Sasaki
Reżyser: Jun'ichi Satou
Scenariusz: Mayori Sekijima
Muzyka: Akio Izutsu