Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 8/10
fabuła: 7/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 22
Średnia: 6,86
σ=1,6

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Grisznak)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Space Battleship Yamato [2010]

zrzutka

Space Battleship Yamato od nowa, tym razem w wersji aktorskiej. Mocno odległa od pierwowzoru, ale summa summarum niezła adaptacja.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Japońskie aktorskie adaptacje anime to gra w ruletkę. Czasem kończą się spektakularnymi porażkami (vide to, co spotkało Sailor Moon albo Gundama), czasem zaś zupełnie niespodziewanie okazują się naprawdę udane (że wymienię tylko Nanę i Yattamana). Sięgnięcie po najbardziej znaną serię z gatunku space opera w dziejach anime wydawało się dość logiczne – to wszak Space Battleship Yamato inspirował kolejne pokolenia twórców filmowych, a najbardziej chyba znanym „potomkiem” opowieści o kosmicznym pancerniku pozostaje inna legenda – Gwiazda bojowa Galaktyka. Japończycy potrafią zaskakiwać, to rzecz pewna. Ale czy w tym konkretnym przypadku udało im się to na plus czy też na minus?

Planeta Ziemia przeżywa trudne chwile. Bombardowana radioaktywnymi meteorytami powoli zmienia się w pustynię, a ludzkość skryła się pod jej powierzchnią. Za taki stan rzeczy odpowiada cywilizacja Gamilas, która zaatakowała z zaskoczenia stawiającą coraz pewniejsze kroki w kosmosie rasę ludzką. W bitwie koło Marsa zniszczona zostaje niemal doszczętnie flota ziemska, jedynie ostrzelany statek głównodowodzącego, kapitana Okity, wraca na ojczystą planetę, by przynieść smutną wiadomość o klęsce. W tym samym czasie Susumu Kodai, były as myśliwski, a obecnie zbieracz złomu, jest świadkiem lądowania na Ziemi tajemniczej kapsuły. Zawiera ona informacje techniczne oraz dane nawigacyjne. Dzięki nim ludzie budują nową jednostkę – kosmiczny statek wojenny oparty o kadłub pochodzącego z drugiej wojny światowej japońskiego pancernika „Yamato”. Uzbrojona w wyjątkowo potężne działo oraz silnik zdolny do wykonywania skoków warpowych jednostka ma udać się w podróż do obłoku Magellana, gdzie znajduje się planeta Iskandar. Jej mieszkańcy dysponują podobno technologią, która może przywrócić Ziemi jej pierwotny wygląd.

Dowiedziawszy się o tym, Kodai zgłasza się do załogi nowego okrętu. Ciągle pamięta o swoim bracie, Mamoru, który w bitwie koło Marsa poświęcił swój niszczyciel, by ocalić Okitę. Młody, zapalczywy i niekiedy wręcz arogancki as przestworzy zostaje dowódcą systemów bojowych „Yamato”. Na inne stanowiska wyznaczeni zostają najlepsi z najlepszych, którzy mieli szczęście przeżyć wojnę. Ich zadaniem jest dotrzeć na Iskandar i powrócić na Ziemię w przeciągu roku – tyle bowiem, według ustaleń naukowców, zostało jeszcze ludzkości czasu. Wróg jednak nie zamierza się temu biernie przyglądać. Załogę okrętu czeka długi i trudny rejs, z którego tylko nieliczni powrócą żywi.

Fabuła filmu jest inspirowana głównie pierwszą serią anime. Piszę głównie, gdyż im dalej w las, tym więcej odstępstw od pierwowzoru. Część z nich jest zrozumiała i konieczna – zrezygnowano np. z eksploracji mijanych planet, ograniczono liczbę bitew – to wszystko jest do przyjęcia, zważywszy na czas trwania filmu. Zakończenie zmieniono całkowicie, zbliżając je do innej produkcji o przygodach gwiezdnego pancernika (Której? Tego nie zdradzę, żeby nie psuć zabawy). Boli jednak rezygnacja z jednego bardzo ważnego elementu fabuły Space Battleship Yamato – samych Gamilas. W anime cywilizacja ta była wrogiem z krwi i kości, miała przywódców, żołnierzy, słowem – była konkretnym pełnowymiarowym przeciwnikiem. Równolegle z przygodami załogi „Yamato”, obserwowaliśmy działania Deslera, Domela i innych. Tymczasem w filmie Gamilas okazują się świadomością zbiorową pozbawioną jakichkolwiek indywidualności, tym samym zaś wróg staje się po prostu zbiorowiskiem kolejnych celów do trafienia.

Zmiany dotknęły także załogę tytułowego okrętu, choć na szczęście w mniejszym stopniu. Najbardziej zauważalna z nich to dużo większa niż w oryginalne feminizacja – dr Sado jest tu kobietą (co nie zmienia faktu, że nadal pociąga z butelki i ma kota), a Yuki pełni rolę pilota myśliwca (i ma normalne ciemne włosy). Maskotka serii, robot Analyzer, został zredukowany do przenośnego komputera Kodaia (choć ma także swoje pięć minut pod koniec filmu), cieszy jednak, że sam skład głównych bohaterów zachowano bez zmian. Całkowicie natomiast zmieniła się filozofia przedstawiania przeciwnika. Pisałem już o zrobieniu z Gamilas roju, ale i statki nie mają nic wspólnego ze startymi, dobrymi, wzorowanymi na niemieckich konstrukcjach z drugiej wojny światowej, pojazdami. Teraz dużo bliżej im do maszyn Yuuzhan Vongów z serii Gwiezdne Wojny. Zniknął też zupełnie wątek Starshy i Mamoru Kodaia.

Co zostało? Efektowne wojenne science­‑fiction w starym stylu. Filmowi litościwie oszczędzono unowocześnień fabularnych, zaś tak naprawdę to jakość techniczna świadczy o tym, że powstał on w 2010, a nie dwadzieścia lat wcześniej. Choć nie jest on krótki, widać wyraźnie, że twórcy starali się wypośrodkować pomiędzy pokazaniem wzajemnych relacji bohaterów i scenami walki. W serialu było to o wiele łatwiejsze, tutaj bywają z tym problemy, jednakże daleki jestem od narzekania. Po tym, jak niedawno Amerykanie zgwałcili własną legendę science­‑fiction, kręcąc nową odsłonę Star Treka, osadzone wciąż mocno w tradycji Space Battleship Yamato ogląda się naprawdę nieźle.

Japońskie aktorstwo nie jest tym, co tygrysy lubią najbardziej – przynajmniej te europejskie. Uczciwie muszę jednak przyznać, że w tym filmie nie raziło mnie ono, aktorzy wydają się kontrolować własne emocje, rzadko pozwalając sobie na typowo japońskie „szczekanie”. Trochę mnie bawiło, że po każdym sukcesie cała obsada mostka wstawała, krzyczała z radości, skakała i klaskała. Rozumiem – raz, ale bez przesady. Zarzutów do odtwórców głównych ról właściwie nie mam – wypadli dobrze, nie wychodząc poza kreacje postaci, ale i nie psując ich.

A wykonanie? Tu także nie mam pretensji – wydano na ten film sporo pieniędzy i te pieniądze widać – mamy tu trochę kosmicznych bitew, pojedynków myśliwskich, a także starć oko w oko. Jak dla mnie za mało było ujęć samego pancernika, było nie było, tytułowego bohatera filmu. Inna sprawa to muzyka – przez cały czas seansu słyszymy wiele razy różne wariacje na temat znanych z anime melodii, z głównym motywem na czele. Szkoda, że nie zdecydowano się na jego wersję wokalną. I tu pojawia się mój kolejny zarzut – piosenka, którą słyszymy w napisach końcowych, to Love Lives w wykonaniu Stevena Tylera z zespołu Aerosmith. Powietrzni Kowale udowodnili w przeszłości wiele razy, że potrafią wycinać znakomite rockowe ballady, jak przejmujące do żywego Amazing, hitowe Crazy czy Cryin albo pochodzący z nie tak znowu odległego opisywanemu tutaj filmowi Armageddonu utwór I don’t wanna miss a thing. Tymczasem Love Lives sprawia wrażenie szybko zrobionej na zamówienie chałtury.

Tak, mimo wszystko to dobry film. Jego zasadnicza wada polega na tym, że odstępstwa od pierwowzoru są zbyt duże, by można było go nazwać wprowadzeniem do historii Space Battleship Yamato dla młodszego pokolenia – bo w zestawieniu ogólnym ciągle lepiej wypada serial z 1974 roku. Ten film to przede wszystkim gratka dla fanów cyklu, którzy, jak podejrzewam, rozczarowani zapewne nie będą i wybaczą wszystkie wyżej wymienione odstępstwa od oryginału. Tak przynajmniej było w moim przypadku.

Grisznak, 18 grudnia 2011

Twórcy

RodzajNazwiska
Autor: Leiji Matsumoto, Yoshinobu Nishizaki
Reżyser: Takashi Yamazaki
Scenariusz: Shimako Satou
Muzyka: Hiroshi Miyagawa, Naoki Satou