Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Tsuru Japan Festival 2017

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 8/10 grafika: 6/10
fabuła: 6/10 muzyka: 4/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,50

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 59
Średnia: 7,19
σ=1,82

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (moshi_moshi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Shin Tennis no Ouji-sama

zrzutka

Co się stanie, kiedy ograniczymy ilość tenisa w cyklu Tennis no Ouji­‑sama? Bohaterowie z nudów zaczną buszować po chaszczach, dosłownie… Kolejna niesatysfakcjonująca reklama mangi.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Drużyna Seigaku otrzymuje zaproszenie na obóz treningowy u­‑17 dla najlepszych tenisistów i jak się okazuje, nie są oni jedynymi gimnazjalistami, których spotkał ten zaszczyt. Na miejscu spotykają wszystkich niedawnych rywali, ale to nie oni będą zaprzątać im głowy tym razem. Oto bowiem na horyzoncie pojawiają się niezwykle utalentowani licealiści, którzy nie mają zamiaru tanio sprzedać skóry, zwłaszcza w walce sportowej z bandą dzieciaków. Chłopcy jeszcze nie zdążą się rozpakować, kiedy przyjdzie im pokonać pierwsze poważne przeszkody. Wymagający i przebiegli trenerzy, a także starsi koledzy, od razu postanawiają sprowadzić młodzików na ziemię, i to z hukiem. Ważna jest nie tylko siła fizyczna czy techniczne umiejętności, ale również psychika. Jak zareagują pewni siebie uczniowie po porażce i czy ich przyjaźń oraz wiara we współzawodników okażą się wystarczające w konfrontacji z przemyślanymi intrygami opiekunów?

Shin Tennis no Ouji­‑sama to trzynastoodcinkowa kontynuacja popularnego cyklu, nakręcona na podstawie cały czas wydawanej mangi o tym samym tytule. Jako wierna fanka Echizena i spółki pierwsze zapowiedzi przyjęłam z nadzieją i radością, ale szybko przyszło otrzeźwienie. Co prawda ukazało się już kilka tomów komiksu, ale trudno je uznać za wystarczający materiał do nakręcenia anime, zwłaszcza że Takeshi Konomi nie przepracowuje się i kolejne rozdziały liczą zaledwie kilkanaście stron. Zaprezentowane do tej pory wydarzenia to tylko wstęp do właściwej akcji, a przynajmniej takie sprawiają wrażenie. Mimo wszystko optymistycznie założyłam, że część meczów się nieco przedłuży, dorzuci się kilka scenek rodzajowych z Shin Tennis no Ouji­‑sama – Pair Puri (dodatek do mangi, w którym można znaleźć informacje o bohaterach, krótki komiks itp.) i jakoś to będzie. To naiwne z mojej strony, ale ani przez chwilę nie wpadło mi do głowy, że twórcy planują jedynie reklamę mangi… Efekt jest, jaki jest. Chociaż trzeba przyznać scenarzystom, że wybrali idealny moment na przerwanie serii.

Zgodnie z oryginałem fabuła szybko zaczyna biec dwutorowo – z jednej strony obserwujemy grupę zawodników, którym udało się pozostać na obozie treningowym, a z drugiej przegranych, ćwiczących w dużo mniej komfortowych warunkach, pod okiem mocno ekscentrycznego trenera­‑sadysty. Niestety ze względu na to, iż w drugiej grupie znalazł się główny bohater, to jej zostaje poświęcone więcej czasu antenowego. Owszem, lubię Echizena, takoż Sanadę czy Momo, ale absurdalność górskiego treningu nawet dla mnie okazała się przesadzona. Ten wątek nie spodobał mi się już w mandze, a w anime rozciągnięto go i dorzucono dodatkowe trzy grosze, w moim przekonaniu zupełnie zbędne. Tak, tak, pseudosportowy shounen rządzi się swoimi prawami, ale banda dzieciaków pozostawiona w zupełnej dziczy ze szkoleniowcem, który powinien mieć sądowy zakaz zbliżania się do nieletnich, boli! Co ciekawe, Konomi idealnie dobrał zawodników „przegrańców”, dumnych i ambitnych, ale jednak gotowych do całkowitego poświęcenia w imię stania się silniejszym. Już widzę Atobe pozwalającego sobą tak pomiatać… Jego prawnicy szybko odesłaliby butnego trenera do więzienia o zaostrzonym rygorze, a cały obóz treningowy zamknęli w diabły, przy okazji wymuszając olbrzymie odszkodowanie.

Nie to jest jednak najgorsze. Przez „ganianie się po lesie” zabrakło miejsca na kosmiczny tenis w wykonaniu bohaterów. Dostajemy kilka meczy, w tym pojedynek Tezuki i Atobe z licealistami, ale to zdecydowanie za mało. Scenarzyści zupełnie wyrywkowo i przypadkowo (tudzież zgodnie z jakimiś rankingami popularności postaci) wybierali potyczki sportowe do pokazania, niejednokrotnie ignorując te ważne z fabularnego punktu widzenia. Zabolało to zwłaszcza w przypadku Kirihary i Shiraishiego, którzy zagrali cudowny mecz przeciwko starszym zawodnikom. Co istotne, chłopcy nie zagrali debla z powodu swojego widzimisię, ale ponieważ było to najrozsądniejsze zestawienie ze względu na niebezpieczne przemiany Akayi. Ten jeden pojedynek odegrał ogromną rolę w metamorfozie nadziei Rikkaidai, a także ujawnił dlaczego kapitan Shitenhouji ma zabandażowaną rękę. Poza tym twórcy stracili w ten sposób okazję do przedstawienia widzom mniej znanych zawodników, takich jak chociażby Krauser. Zabrakło mi także kilku dialogów, może niekoniecznie ważnych, ale często zabawnych i wiele mówiących o bohaterach (Niou udający Atobe… dlaczego oni tego nie pokazali?!). Żeby oddać sprawiedliwość scenarzystom, muszę przyznać, iż momentami ich twórczość własna miała sporo sensu i wyjaśniła pewne „białe plamy” z mangi. Chodzi między innymi o tajemniczą opaskę na oku Sanady i powrót przegranych z górskiego treningu.

Jak w Shin Tennis no Ouji­‑sama prezentuje się w takim razie tenis? Cóż, to już nie sport, a czyste supermoce. To, co pokazują Tezuka, Atobe i część licealistów, obok tenisa nawet nie stało. Są dziwaczne aury, rentgen w oczach oraz inne cuda wianki. Miłośnicy cyklu machną ręką i będą cieszyć się seansem, podczas gdy nieprzekonani pozgrzytają zębami, złapią się za głowę i rzucą serial w cholerę. Zastanawiam się tylko, jak wybrnie z tej sytuacji mangaka oraz twórcy serii w przypadku potencjalnej kontynuacji. W sensie, niedługo chłopcy będą posiadać prawie boskie moce, czasami ograniczone wytrzymałością fizyczną, a tu coraz to nowi przeciwnicy, którzy jak na „antagonistów” przystało, słabeuszami być nie mogą… Co następne? Piłki wybijające krater w korcie, odbijane siłą woli bez użycia rakiety? Jakby to… papier zniesie wszystko, inne nośniki zapewne też. Ot, boję się sytuacji, w której autor tak się zapętli, że nie będzie w stanie już nic sensownego wykrzesać z fabuły, a bohaterowie zaczną się obrzucać galaktykami, porównując, kto ma większą rakietę. I pal licho, gdyby chodziło o shounena opowiadającego o ratowaniu świata, ale autor nadal utrzymuje, że to seria sportowa, na dodatek z grupką strasznych małolatów w roli głównej.

Skoro przy bohaterach jesteśmy, warto wspomnieć o nich kilka słów. Echizen, jak to on, nie zmienił się wcale, poza zdobyciem kolejnych nadludzkich umiejętności. Zresztą wszyscy zawodnicy Seigaku nie ewoluowali mentalnie w żaden sposób. Za to miłym zaskoczeniem okazało się pokazanie Sanady z nieco innej strony; co prawda nadal jest on surowy, wymagający i pewny siebie, ale miewa też ludzkie odruchy, co widać po jego podejściu do Ryoumy. Taka „spartańska” opiekuńczość jest dla niego szalenie charakterystyczna, gdyż w identyczny sposób traktuje Kiriharę (czyżby Echizen stał się zastępstwem pod nieobecność krnąbrnego Akayi?). Cały czas punktuje Atobe, niezmiennie rozpuszczony i egocentryczny, ale też uparty w bardzo pozytywny sposób. Nie dziwię się, że jest jedną z najpopularniejszych postaci w Tennis no Ouji­‑sama – mimo parszywego charakteru ma w sobie coś fascynującego, co czyni go bohaterem ciekawym i intrygującym. Natomiast zupełnie rozczarował mnie Tezuka, początkowo mój idol, który szybko stał się nadętym manekinem, służącym do wygłaszania pompatycznych przemów o odpowiedzialności, przyjaźni i tym podobnych. Postaci bez wad są na dłuższą metę koszmarnie nudne, co widać właśnie po kapitanie Seigaku – idealnym i drętwym aż do bólu. Rozumiem uwielbienie, jakim darzą go koledzy, ale na bogów, życia, wlejcie w tę uroczą skorupę odrobinę życia!

Niestety nie sposób napisać czegoś więcej o licealistach, gdyż i oni nie otrzymali za dużo czasu antenowego. Wielka trójca, czyli Oni, Tokugawa i Irie, uchodzą za jednych z najzdolniejszych zawodników, ale niewiele ponad to. Tylko ten ostatni ma szansę zaprezentować się nieco bliżej i chociaż trudno mówić w jego przypadku o sympatii, to przynajmniej wypada interesująco jako bohater. Na pierwszy rzut oka życzliwy i otwarty, jasno daje do zrozumienia gimnazjalistom, że nie traktuje ich poważnie. To typ aktora na tyle dobrego, że widz nie bardzo jest w stanie określić, kiedy Irie jest szczery, a kiedy gra. Zresztą nawet jego koledzy mają z tym problem, może poza wyjątkowo pociesznym Shuujim Tanegashimą, zawodnikiem, który ma szansę być lepszy niż wyżej wspomniana wielka trójca. Polubiłam go, odkąd tylko pojawił się na kartach mangi, i na razie okazuje się wart tej sympatii. W anime nie odgrywa większej roli, ot – snuje się, komentując wydarzenia, ale jeśli kiedykolwiek pojawi się kolejna część cyklu, ma szansę zabłysnąć. Odrobinę zawiodłam się na trenerach, którzy mieli potencjał na interesujące postaci, ale nie otrzymali od scenarzystów okazji, gdyż przeznaczony dla nich czas był wyjątkowo mizerny. Cóż, na plus zaliczam relacje między bohaterami, brak niezdrowej rywalizacji oraz umiejętność dogadania się w każdej sytuacji. Chłopcy mogą być „wrogami” na korcie, ale poza nim to zawsze koledzy potrafiący znaleźć wspólny język. I jest to jedna z ogromnych zalet cyklu Tennis no Ouji­‑sama, sprawiająca, że mimo potknięć autora nadal pozostaję wierną miłośniczką jego dzieła.

Nowa seria, nowe dekoracje, a więc i nowa oprawa audiowizualna, która zawodzi. Nie przeczę, projekty postaci, udoskonalone względem tych z wcześniejszych części, są śliczne. Skóra nie błyszczy się aż tak bardzo, a twarze stały się mniej pełne i bardziej charakterystyczne. Nowe dresy całkiem przyzwoicie prezentują się w kolorze, zwłaszcza w czarnej wersji, co patrząc na mangę, wcale nie było tak oczywiste. Co więc zawiodło? To, co nigdy nie było mocną stroną produkcji, czyli animacja. Zrzutki tego nie pokażą, ale seria jest koszmarnie statyczna, chwilami miałam wrażenie, że oglądam picture dramę. Najgorsze były momenty, kiedy twórcy starali się uzyskać wrażenie ruchu poprzez przesuwanie postaci – one się nie ruszały, a były przemieszczane, jak płaskie kolorowe kartoniki na kartce papieru. Sytuację pogarsza fakt, że w serialu było mniej tenisa niż zwykle, więc mecze nie mogły nadrobić braków animacyjnych, bo ogólnie prezentowały się nieźle, oczywiście jeżeli wziąć poprawkę na zbyt częste zbliżenia na twarz lub piłkę, bez pokazania ruchu. Kolejna wpadka to nagminne wykorzystywanie tych samych ujęć, często w niewielkich odstępach czasu. Shin Tennis no Ouji­‑sama rysunkowo i kolorystycznie wypada efektownie, lecz animacyjnie całkowicie leży.

Jeszcze tragiczniej prezentuje się ścieżka dźwiękowa, a zwłaszcza czołówka i utwór towarzyszący napisom końcowym. Opening, Mirai no Bokura e w wykonaniu Norimasy Fujisawy, jest najgorszą piosenką, jaką kiedykolwiek wykorzystano w cyklu. Piosenkarz, znany z charakterystycznego stylu śpiewania zwanego „pop operowym”, wyje i wyciąga, chociaż bardzo ewidentnie mu to nie wychodzi. Być może pan ma głos i gdyby nie starał się udawać Bryna Terfela (znany walijski śpiewak operowy, swoją drogą polecam, genialny) nawet jakoś by brzmiał, a tak widz otrzymuje podwójny gwałt, na operze i na popie. Piosenki wysłuchałam raz, więcej nie zdzierżyłam. Ending jest ciut lepszy, może dlatego, że jego wykonanie powierzono seiyuu, ale to też w sumie chała straszliwa, przesłodzona i z tragiczną animacją… Poza tym, cóż możemy usłyszeć w kolejnej odsłonie Tennis no Ouji­‑sama? Tak, dobrze się domyślacie, elektronikę nie najwyższych lotów. Szału nie ma, zdecydowanie…

Może zacznę podsumowanie od tego, że nienawidzę animowanych reklam mang. Czuję się zawiedziona i nieco rozczarowana, gdyż zamiast pełnoprawnego posiłku dostałam przystawkę średniej jakości. Gdzie moje mięsko, ja się pytam?! Już pal licho, materiału bazowego nie było za dużo, więc może to i lepiej, że twórcy zdecydowali się na coś krótszego, z możliwością nakręcenia następnej części, a nie próbowali raczyć fanów nudnymi zapychaczami. Szkoda tylko, że zamiast skupić się na sporcie, czyli ciekawszej części mangi, postanowili pokazać Echizena biegającego po lesie. Tennis no Ouji­‑sama już dawno przestał być dziełem z jednym protagonistą w roli głównej. Od czasu pierwszego rozdziału obsada znacznie się rozrosła i dla odmiany miło by było poobserwować innych graczy. Tymczasem scenarzyści „lansują” głównego bohatera na siłę, chociaż wątpię, czy chwilowa nieobecność zagroziłaby jego popularności. Chociaż ostatnie odcinki trochę poprawiły mi humor, nadal mam poczucie, że to jednak nie to. Cieszę się, że mogłam zobaczyć licealistów w kolorze, ale byłabym szczęśliwsza, gdyby twórcy poczekali trochę i nakręcili pełnoprawną serię zamiast mało satysfakcjonującej reklamy. Cóż, fani pewnie i tak obejrzą, przymykając oko na niedoróbki, ale czy zakończą seans w pełni zadowoleni z otrzymanego produktu?

moshi_moshi, 20 kwietnia 2012

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Production I.G.
Autor: Takeshi Konomi
Projekt: Akiharu Ishii, Jun Watanabe, Kenji Irie
Reżyser: Hideyo Yamamoto
Scenariusz: Mitsutaka Hirota
Muzyka: Cheru Watanabe