Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 8/10 grafika: 10/10
fabuła: 8/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 13 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,92

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 108
Średnia: 6,44
σ=1,94

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Mouretsu Pirates

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2012
Czas trwania: 26×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Bodacious Space Pirates
  • モーレツ宇宙海賊
zrzutka

Barwny świat, pogodna fabuła i wspaniała oprawa techniczna – doskonała seria nie tylko dla młodzieży.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Spokojna planeta gdzieś na krańcach zamieszkanego wszechświata ma za sobą barwną przeszłość – jednak od wojny o niepodległość, zakończonej aneksją obu zwaśnionych stron przez Galaktyczne Imperium, minęło już sto lat. Echa tamtego konfliktu dawno przebrzmiały, a piraci – właściwie korsarze, którzy wyposażeni w listy kaperskie brali udział w walkach – przeszli do legendy… Ale czy aby na pewno? Pewnego pięknego dnia Marika Katou, uczennica prestiżowego żeńskiego liceum, dowiaduje się, że listy kaperskie nie straciły ważności wraz z końcem wojny. Piraci istnieją nadal, a ona sama, córka kapitana Gonzaemona Katou, odziedziczyła właśnie po tragicznie zmarłym (i nigdy niewidzianym) ojcu statek piracki „Bentenmaru” wraz z całą załogą. Ale… Czym tak właściwie zajmują się obecnie piraci? Jak ma sobie poradzić świeżo upieczona pani kapitan?

Kolejne serie anime bez końca wałkują podobny schemat, w myśl którego nastoletni bohater nieoczekiwanie otrzymuje magiczny przedmiot, supernowoczesny pojazd lub też dowiaduje się o drzemiących w nim niespotykanych mocach. Zgodnie z tymże schematem należałoby się spodziewać, że w połowie pierwszego odcinka (a już najpóźniej w drugim) bohaterka zasiądzie na fotelu kapitańskim na mostku „Bentenmaru” i bez żadnego szkolenia będzie potrafiła poprowadzić jego załogę nawet w najtrudniejszą akcję, sobie rezerwując oczywiście przyjemność strzelania z głównego działa statku, kończącego każdą walkę. Osoby przyzwyczajone do traktowania science­‑fiction jako tła do kosmicznych strzelanek będą zapewne niemile zaskoczone tym, że akcja rozwija się bez pośpiechu, w sposób bardziej przypominający specyficzne okruchy życia niż cokolwiek innego. Zanim Marika wyruszy w kosmos i znajdzie się na pokładzie „Bentenmaru”, musi upłynąć trochę czasu (i ładne kilka odcinków) – trzeba najpierw zająć się rozmaitymi bieżącymi sprawami życiowymi i szkolnymi. Ostatecznie decyzji o zostaniu kapitanem piratów nie można przecież podejmować na chybcika.

W ostatnich latach gatunek science­‑fiction jest w anime zdecydowanie niedoreprezentowany i obecny niemal wyłącznie w postaci kolejnych odsłon cyklu Gundam. Podgatunek, jakim jest space opera, pozostaje prawie martwy. Wymarł także – co może być paradoksalne – inny gatunek, a mianowicie „seria młodzieżowa”. W tej chwili takie określenie jest mało pochlebnym synonimem tytułu z zazwyczaj skrajnie spłyconą fabułą, którego głównym zadaniem jest żerowanie na potrzebach erotycznych szumiącej hormonami nastoletniej widowni (płci obojga, żeby nie było). Dawniej oznaczało produkcję z nastoletnimi bohaterami, stosunkowo lżejszym i pogodnym klimatem i może nieco uproszczoną, ale nadal interesującą i wciągającą fabułą, koncentrującą się nie tylko na potyczkach z wrogami, ale także na odkrywaniu wraz z bohaterami świata. I dokładnie taką serią są Mouretsu Pirates.

Fabuła podzielona jest na kilkuodcinkowe epizody – nie zawiera pojedynczego wątku głównego, co nie każdemu pewnie będzie odpowiadać. Poziom poszczególnych historii jest wysoki, chociaż nie zawsze równy – szczególnie w drugiej połowie serii widzowie mogą być spragnieni żywszej akcji, którą nie zawsze dostaną. Proszę jednak mnie źle nie zrozumieć: kiedy pisałam o „okruchach życia”, nie miałam na myśli serii typu „K­‑ON! w kosmosie”. Dzieje się tutaj bardzo dużo, chociaż akcja nie gna na łeb, na szyję – zapewniam jednak, że kulminacje poszczególnych wątków nie powinny rozczarowywać. Chyba że… Cała seria utrzymana jest raczej w pogodnym klimacie (choć nie jest to stricte komedia) i do tego dostosowany został poziom dramatyzmu. W efekcie można odnosić wrażenie, że – jak określił to mój redakcyjny kolega – „bohaterki grają w najłatwiejszym trybie”. Nie jest to jednak tak znowu dalekie od prawdy. To nie tak, że świat przedstawiony w Mouretsu Pirates jest różowy, lukrowany i bezpieczny. Po prostu otaczający Marikę dorośli nie są duchowymi spadkobiercami Gendou Ikariego i robią wszystko, co w ich mocy, by umożliwić młodziutkiej bohaterce jak najbardziej komfortowe zapoznanie się z nową rolą i dorośnięcie do niej.

Skoro jednak o duchowych spadkobiercach mowa, nie sposób nie wspomnieć o inspiracji, o jakiej pomyśli zapewne każdy znawca anime. Jeśli mowa o kosmicznych piratach, jako pierwszy na myśl nasuwa się cykl o przygodach kapitana Harlocka, stworzony przez Leijiego Matsumoto. Porównanie szacownego (i raczej ciężkiego pod względem klimatu) klasyka z leciutką opowieścią o nastoletnich dziewuszkach wydaje się ciężką obrazą majestatu, jest jednak zaskakująco na miejscu. Elementów wspólnych jest bardzo wiele: lekko anachroniczna stylistyka, romantyczna wizja piratów­‑anarchistów, a nawet obraz kosmicznego morza jako przestrzeni bezkresnej wolności. W gruncie rzeczy potrafię sobie wyobrazić kapitana Harlocka we wszechświecie Mouretsu Pirates i odwrotnie – w jakimś spokojniejszym zakamarku Leijiversum spokojnie znalazłoby się miejsce dla kapitan Mariki. Twórcy zresztą od tych podobieństw nie uciekają, celowo umieszczając w świecie wiele drobiazgów stanowiących hołd dla starszego cyklu. Najlepiej widać to oczywiście w stylistyce pirackich strojów i samych projektach statków („Bentenmaru” ma na mostku drewniane koło sterowe, podobnie jak Harlockowa „Arcadia”), ale podobna jest też na przykład sekwencja na końcu czołówki, ze startującym „Bentenmaru” – a w dwóch miejscach w serii jako hasło i odzew wykorzystano pierwsze słowa piosenki z openingu Uchuu Kaizoku Captain Harlock. Żeby nie psuć widzom przyjemności dodam jeszcze, że mogą również wypatrywać pojawiających się rzadziej, ale obecnych nawiązań do cyklów Gundam i Macross, a nawet… Sailor Moon.

Świat omawianej tu serii jest nieprawdopodobnie bogaty, a zarazem dobrze przemyślany. Poznajemy zaledwie jego wycinek, to jednak wystarczy, by narobić widzom apetytu na znacznie więcej. Sensowny i logiczny jest „szerszy kontekst” działań bohaterów, zarówno pod względem aktualnej sytuacji politycznej, jak i zaszłości historycznych. Nawet umiejscowienie w tym wszystkim piratów w ich obecnej, mocno odbiegającej od tego, czego można by się spodziewać, roli, jest nie tylko uzasadnione, ale i nie bez precedensu. Proszę tylko przypomnieć sobie, czym zazwyczaj zajmowali się słynni rewolwerowcy u schyłku epoki Dzikiego Zachodu… Uwagę zwracają także najrozmaitsze detale – poczta elektroniczna, pojazdy, przedmioty codziennego użytku – wszystko to, co właściwie nie jest potrzebne bezpośrednio fabule, ale doskonale buduje obraz świata odmiennego od naszego, a przy tym bardzo go przypominającego. Naprawdę bardzo rzadko spotyka się anime, które poświęcają w ogóle jakąś uwagę kreowaniu świata poza doraźnymi uzasadnieniami wydarzeń – a co dopiero takie, które kreślą ramy znacznie przekraczające potrzeby fabularne.

Ano właśnie. I stąd wynika „obniżona” ocena za fabułę. Serię ogląda się niezwykle przyjemnie, jednak pozostawia ona widza z paskudnie rozbudzonym apetytem na coś więcej. Chociaż nie mamy okazji się nudzić, widać wyraźnie, że autor postanowił tutaj pokazać akurat ten najmniej ciekawy fragment opowieści. Czy nie chcielibyście zobaczyć jakiejś porządnej przygody „Bentenmaru” z przeszłości, z czasów kapitana Gonzaemona? Albo przeskoczyć o kilka lat w przyszłość i zobaczyć, jak radzi sobie dorosła już Marika? No właśnie… Gdzieś poza granicami bezpiecznej i pogodnej fabuły chlupocze sobie świat niebezpieczny, ale i fascynujący, którego istnienia jesteśmy pewni, ale którego nie jest nam dane poznać.

Marika Katou jest postacią, o której trudno byłoby powiedzieć „oryginalna”. Inteligentna, silna psychicznie i pozytywnie nastawiona do świata, jest jednak bohaterką, którą z całą pewnością łatwo jest polubić. Nie przesadzono tutaj z jej genialnością – jest na pewno zdolna, ma naturalny talent przywódczy, no i na pewno pomaga jej hobby – kosmiczne żaglowce, ale w żadnym momencie nie mamy irytującego wrażenia, że wszystko idzie jej łatwo, bo jest główną bohaterką. Przeciwnie – często obserwujemy, jak kombinuje i rozpaczliwie stara się wszystko dopiąć na ostatni guzik, tak że – kiedy plan już zadziała – możemy jej z całego serca kibicować. Celowo nie chcę tutaj analizować pozostałych postaci, ponieważ odkrywanie ich charakterów i ról to jedna z większych przyjemności w tej serii. W każdym razie bohaterów podzielić można na dwie grupy. W pierwszej znajdują się szkolne (i klubowe) koleżanki Mariki – grupa sympatycznych, uroczych, ale nie cukierkowo przesłodzonych nastolatek. W drugiej – załoga „Bentenmaru”, jak łatwo się domyślić, złożona z oryginałów i dziwaków, czasem trochę onieśmielających, ale równie sympatycznych. Wreszcie na oddzielną wzmiankę zasługuje Ririka, czyli matka bohaterki – dawno nie widziałam tak udanej postaci drugoplanowej. Silna, niezależna kobieta, która potrafi córkę wspierać, powstrzymując się jednocześnie od popychania jej i kierowania jej życiem, pełna przy tym niewymuszonego ciepła i uroku osobistego: czegoś takiego nie widuje się codziennie. Skoro zresztą o cieple mowa, autentycznie widać przyjaźń i życzliwość łączące bohaterów, bliskie relacje, w które łatwo jest naprawdę uwierzyć i które nie podlegają wyłącznie woli scenarzystów.

I znowu, także w tym przypadku, zostajemy z wrażeniem niewykorzystanego potencjału. Postaci są bardzo wiarygodne w reakcjach i działaniach, ale właśnie dlatego trochę „zgrzytają” różne drobiazgi – choćby to, że właściwie w prawie żadnym momencie nie widzimy tu nikogo naprawdę wściekłego. Wszyscy są mili, opanowani i nie przejawiają żadnych gorszych cech charakteru. To doskonale wpisuje się w klimat serii i tak naprawdę zaczyna przeszkadzać dopiero podczas jej wiwisekcji, więc nie sądzę, żeby wielu widzów na to narzekało. Mnie przeszkadzało coś innego: załoga „Bentenmaru” jest oczywiście mieszana (i całkowicie dorosła), jednak w młodszym pokoleniu poznajemy wyłącznie dziewczęta. Tak, ja wiem, że to żeńskie liceum, ale w całej serii nastoletnie samce pojawiły się dokładnie raz, w tle jednego ujęcia. Naprawdę. W rezultacie, kiedy w jednym z epizodów potrzebny jest drugoplanowy wątek romantyczny, pozostaje tylko sięgnięcie po yuri, po prostu dlatego, że scenariusz nie dostarcza absolutnie żadnej innej możliwości. Rozumiem, że to wynika z materiału źródłowego, ale szkoda tym większa, że reżyser i scenarzysta, Tetsuo Satou, w Gakuen Senki Muryou i Uchuu no Stellvia pokazał, jak doskonale radzi sobie z pokazywaniem relacji (niekoniecznie od razu romantycznych) w mieszanej grupie bohaterów. Poza tym z przyczyn dla mnie niezrozumiałych (może oszczędzając to na jakiś odcinek specjalny) nie pokazano pierwszego spotkania Mariki z załogą „Bentenmaru” – czego zdecydowanie nie mogę twórcom darować.

Jeśli mówimy o science­‑fiction, to Studio Satelight wie, co robi – od nich przecież wyszły obie serie Aquarion, a także Macross Zero i Macross Frontier. Oprawa techniczna Moretsu Pirates jest po prostu i zwyczajnie obłędnie piękna. Podziw budzić może wszystko jak leci: detale w rodzaju lamp w kafejce, w której pracuje bohaterka, ładne i zróżnicowane projekty postaci, sielankowe pejzaże, pomysłowe i niepowtarzalne statki kosmiczne… Właściwie dałoby się tu wyliczyć po kolei wszystko, co w serii widzimy. Tatsuo Satou jak mało kto umie zresztą wykorzystać urodę świata, poświęcając czas na pokazanie chociażby kosmicznego wschodu słońca widzianego z orbity. Jasne, można wytykać, że graficy unikają ujęć zbiorowych, a miasta bywają dość puste. Jednakże takie odcinki, jak ten pokazujący pogoń za statkiem­‑widmem albo wyścig kosmicznych żaglówek absolutnie i z nawiązką rekompensują wszystkie wcześniejsze oszczędności. Ewentualną krytykę projektów statków i broni odeślę do akapitu o nawiązaniach do kapitana Harlocka – to nie jest błąd, to po prostu przyjęta stylistyka. A same kosmiczne bitwy? Cóż, przede wszystkim jest ich tu znacznie mniej niż można by się spodziewać – nie z oszczędności, tylko i po prostu dlatego, że bohaterowie (zgodnie ze zdrowym rozsądkiem) starają się tego rodzaju konfrontacji po prostu unikać. Kiedy jednak coś się dzieje, jest to zazwyczaj zarówno efektowne, jak i pomysłowe – nie ma rozwiązywania problemów jednym strzałem z największego działa, trzeba zwykle dobrze przemyśleć działania. Inna rzecz, że – jak chyba dostatecznie przekonująco udowodniłam powyżej – to po prostu nie jest propozycja dla amatora realistycznych serii wojennych.

Solidną, pasującą i ze wszech miar udaną ścieżkę dźwiękową do tej serii stworzył Elements Garden. Uczciwie powiem natomiast, co przyświecało twórcom, kiedy wybrali jako tło czołówki dziwaczną, amelodyjną i celowo źle zaśpiewaną piosenkę o przydługim tytule Mouretsu Uchuu Koukyoukyoku: Dai Nana Gakushou „Mugen no Ai”, wykonywaną przez girlsband Momoiro Clover Z. Przypuszczam, że jednak miał to być swego rodzaju żart, ponieważ te same panie znacznie lepiej zaśpiewały mocno elektroniczne Lost Child, kończące większość odcinków. Główna rola przypadła mało jeszcze doświadczonej seiyuu, Mikako Komatsu, która nie tylko doskonale poradziła sobie z oddaniem charakteru i wdzięku Mariki, ale także okazała się całkiem niezłą wokalistką – to ona wykonuje drugi ending, czyli Black Holy, a także pojawiające się w trakcie odcinków Toumei na Yozora oraz zamykające całą serię Mirai Kouro. Na liście płac znajdziemy też trochę bardziej znanych nazwisk – chociażby Kanę Hanazawę (Chiaki), Harukę Tomatsu (księżniczka Gruier Serenity), Yui Horie (Coorie), Shizukę Itou (Misa) czy Keijiego Fujiwarę (Hyakume).

Nie chciałam za pomocą tej recenzji popsuć przyjemności samodzielnego odkrywania tej serii widzom, którzy zdecydują się po nią sięgnąć. Zdecydowanie jednak zniechęcam do niej osób, które miałyby akurat ochotę na ostrą strzelankę, fanserwis czy dramat, krew i łzy skapujące z ekranu. To pogodna seria, z założenia przeznaczona dla trochę młodszych widzów, która spodobać się może także widzom znacznie starszym. Oni będą umieli docenić urok staroświeckości w nowej i pięknej oprawie graficznej. Mnie podczas seansu towarzyszyła stale jedna refleksja: „Takich anime już się nie robi”. No właśnie – tym cenniejsze staje się Mouretsu Pirates.

Avellana, 18 sierpnia 2012

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Satelight
Autor: Noriyuki Matsumoto, Yuuichi Sasamoto
Projekt: Akiman, Hiroshi Takeuchi, Kenji Teraoka, Masahisa Suzuki, Miki Yoshikawa, Naohiro Washio, Shin'ichi Miyazaki, Shouji Kawamori
Reżyser: Tatsuo Satou
Scenariusz: Tatsuo Satou
Muzyka: Elements Garden