Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Tsuru Japan Festival 2017

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 7/10 grafika: 8/10
fabuła: 6/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 8 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,75

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 259
Średnia: 7,01
σ=1,66

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Ano Natsu de Matteru

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2012
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Waiting in the Summer
  • あの夏で待ってる
Tytuły powiązane:
Gatunki: Komedia, Romans
zrzutka

Klasyczny romans z kosmitką, będący zarazem modelowym przykładem autoplagiatu. Na szczęście zrobionego z klasą.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Weźmy typowego bohatera anime. Taki to ma dobrze – albo z telewizora wyjdzie dziewczę, które wyzna mu miłość, albo na śmietniku znajdzie golutką jak Ewa w raju kawaii androidkę, albo zamawiając pizzę dostanie boginkę. A nawet jeśli nie, to zawsze istnieje spora szansa, że wracając ze szkoły wpadnie przypadkiem do mecha, w którym przyjdzie mu ratować świat przed zagładą. Ostatecznie już (wersja ekonomiczna) kocha się w nim pół szkoły, nawet jeśli jedyną jego charakterystyczną cechą jest to, że żyje. Istna sielanka, nieprawdaż? A było nawet kiedyś takie anime…

Kaito Kirishima spełnia schematy typowego bohatera anime niemal w 100%. No dobra, powiedzmy, że w 90%, bo mecha nie pilotuje. Ale reszta już się zgadza. Jest niewyróżniającym się z tłumu nerdem, który mieszka pod jednym dachem z siostrą (rodziców, zgodnie ze świętymi prawami anime, ani widu, ani słychu). Ma także przyjaciółkę, która wzdycha do niego mocniej niż przeciętna fanka Zmierzchu do boskiego Pattisona. Naturalnie nasz tytan intelektu (co podkreślać mają okulary) nie dostrzega miłości, jaką darzy go Kanna, choć ta emocje wypisane ma na twarzy. Pewnego wieczora Kaito, bawiąc się kamerą, jest świadkiem upadku z nieba czegoś dziwnego. To coś omal go nie zabija. Co z tego wyniknie? Otóż pod dach naszego bohatera trafia (cóż za zbieg okoliczności…) cokolwiek dziwna dziewczyna o imieniu Ichika. Przybyła w te okolice niedawno, zaś siostra Kaito, która właśnie wyjeżdża na dłużej, wpadła na doskonały pomysł, że zostawi brata pod opieką obcej dziewuchy. I tak zaczyna się znajomość rudowłosej piękności i chodzącego nieszczęścia. A było kiedyś takie anime…

Powyższy akapit nie wyczerpuje kwestii bohaterów, omawiając w zasadzie tę mniej ciekawszą połowę obsady. Z drugiej strony mamy wieloletniego kumpla Kaito, Tetsurou, cichutką i nieśmiałą Mio (która bardzo, ale to bardzo stara się ukryć, że darzy Tetsurou uczuciem), a także o rok starszą od towarzystwa Remon, dość tajemniczą i skorą do intryg pannicę, która świetnie się bawi, manipulując uczuciami znajomych. To w zasadzie tyle, jeśli chodzi o głównych bohaterów – drugi plan stanowią bowiem postaci epizodyczne, pojawiające się i znikające. Jedynie siostra Tetsurou gości na ekranie dość regularnie. Ale to nie kłopot – bohaterowie są nieźle napisani i raczej dają się lubić. Szkopuł w tym, że było już kiedyś takie anime…

Istotą fabuły Ano Natsu de Matteru jest trójkącik miłosny, którego rogi tworzą Kaito, Kanna i Ichika. Bohatera odstawmy na razie na bok, bo ciekawy on jak napisy na paczce papieru toaletowego. Ichika, której kosmiczna tożsamość nie jest żadną niespodzianką, to nieśmiała, łatwo ulegająca emocjom, momentami dość głupkowata, za to hojnie obdarzona prze naturę meganekko, czyli okularnica. Ot, ideał kobiety wedle japońskich schematów. Na jej tle Kanna prezentuje się tylko trochę lepiej – powiedzieć jednak trzeba, że ma trudniej. Kaito, od początku wyraźnie zadurzony w Ichice, traktuje Kannę jak koleżankę i pozostaje ślepy na jej uczucia. I choć ta stara się subtelnie dać mu do zrozumienia, co do niego czuje, nie ma za bardzo szans przebić się przez mur romansu, którego wieże obronne stanowią słusznych rozmiarów miseczki stanika Ichiki. Przyznać jednak muszę, że przejawia dużo więcej inicjatywy niż jej konkurentka. Wbrew pozorom, choć ta trójka zajmuje większość czasu antenowego, nie należy lekceważyć pozostałej trójki, gdyż twórcy zadbali o to, aby Remon, Tetsurou i Mio nie byli tylko mało interesującym tłem. Nic dziwnego, w końcu było kiedyś takie anime…

Nawet czytający pobieżnie ów tekst spostrzegli, że coś tu się zaczyna powtarzać. Owszem, gdyby nie pewne okoliczności, napisałbym nawet, że Ano Natsu de Matteru to całkiem przyzwoite anime. Niestety, zachowując recenzencką uczciwość, napisać tego nie mogę. Przyczyną jest właśnie to, że było kiedyś takie anime, które nosiło tytuł Onegai Teacher i opowiadało identyczną niemal historię z identycznymi niemal bohaterami. Przypadek? Tu mi czołg jedzie, scenariusz w obu przypadkach napisał ten sam człowiek. Popełnił tym samym jeden z najlepszych autoplagiatów, z jakimi miałem do czynienia. Czemu najlepszych? O tym za chwilę.

Jasne, Ano Natsu de Matteru jest zrzynką tak perfidną, że mamy tu nawet gagi przeniesione wprost z poprzednich dzieł pana Yousuke Kurody (vide scenka, w której Remon spija towarzystwo, po czym nagrywa efekty). Przyznaję, że na samym początku liczyłem (naiwnie…), że Ano Natsu de Matteru okaże się trzecią częścią trylogii, w skład której wchodziły Onegai Teacher, Onegai Twins i zapowiadane, acz ostatecznie niepowstałe, Onegai Friends. Niestety. Pan Kuroda wziął po prostu swój stary scenariusz, coś tam z niego usunął, dopisał kilka zdań i zaprezentował nam odgrzewany kotlet. Gdyby na tym się skończyło, dałbym tej serii wielką jedynkę. Kotlet został jednak doprawiony na tyle dobrze, że przynajmniej częściowo jego „wczorajszy” smak udało się ukryć. Oczywiście, częściowo, bo już po pierwszym odcinku trudno nie przypomnieć sobie, że było kiedyś takie anime…

Zwraca uwagę grafika – w zasadzie ta jest najmocniejszą stroną Ano Natsu de Matteru, co nie powinno w sumie dziwić, biorąc pod uwagę, że tworzyli je ludzie związani z inną serią o długim tytule – Ano Hi Mita Hana no Namae o Bokutachi wa Mada Shiranai. Pozbawiona przesadnego efekciarstwa, ale robiąca wrażenie, dopracowana, zwłaszcza gdy chodzi o detale i drugi plan. Bardzo dobrze oddano mimikę bohaterów – na ich twarzach naprawdę dzieje się tu dużo i warto, po prostu warto na nie patrzeć, gdyż mówią niekiedy więcej niż wypowiadane słowa. Podobnie rzecz się ma z gestami. Chociaż taki Onegai Teacher wciąż prezentuje się nieźle (a jego główną bohaterkę uważam osobiście za jedną z najładniejszych w dziejach anime), to jednak gołym okiem widać, że te dziesięć lat minęło, a w świecie animacji zmieniło się sporo. I choć zwykle narzekam na nadmierne epatowanie widza komputerowymi sztuczkami i eksplozje kolorów, którymi wali się jak z maszynówki, tu tego nie ma. Trzeba uczciwie oddać to tej serii. Nawet jeśli kiedyś było takie anime…

Trochę gorzej ma się rzecz z openingiem i endingiem – ot, j­‑popik, który może się podobać, ale w moim przypadku wlatywał on jednym uchem, a wylatywał niemal natychmiast drugim. Dość spokojne, leniwe, nastrojowe piosenki. Wynagradza to całkiem przyjemna muzyka tła oraz niezła ekipa seiyuu – zwraca uwagę gościnny występ Ayi Hisakawy (w roli siostry Kaito), ale i odtwórcy głównych ról wypadają przekonująco, zaś charakterystyczny śmiech Remon to jeden ze znaków firmowych tego anime. Mimo że słyszeliśmy go już kiedyś, w jednym takim anime…

Ocenę daję taką, na jaką ta seria zasługuje – gdyby nie niewątpliwe zalety (obok grafiki wspomnieć warto m.in. o fajnie wykorzystanym motywie kręcenia filmu przez bohaterów), byłbym zapewne bardziej okrutny. Ano Natsu de Matteru cierpi na podobną przypadłość, co np. Guilty Crown, z tym że jednak zrealizowane zostało lepiej. Ale wciąż nie da się zapomnieć, że było kiedyś takie anime…

Grisznak, 24 kwietnia 2012

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: J.C.STAFF
Autor: I*Chi*Ka
Projekt: Masayoshi Tanaka, Taraku Uon
Reżyser: Tatsuyuki Nagai
Scenariusz: Yousuke Kuroda
Muzyka: I've Sound, Maiko Iuchi