Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 6/10 grafika: 6/10
fabuła: 3/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 6 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,17

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 181
Średnia: 6,6
σ=1,86

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Cthulhoo)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Haiyore! Nyaruko-san

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2012
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Nyarko-san: Another Crawling Chaos
  • Nyaruko: Crawling With Love!
  • 這いよれ! ニャル子さん
Postaci: Bóstwa; Pierwowzór: Powieść/opowiadanie; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność
zrzutka

„Cthulhu, Cthulhu, Hastur, Hastur, nie mam macek jedenastu. Gdyż, co pewnie cię zaboli, jestem tutaj słodką loli”.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Wypada objaśnić krótki opis serii – początek tej rymowanki był znany i lubiany wśród fanów gry fabularnej Zew Cthulhu, w gronie których miałem przyjemność się obracać wiele lat temu. Druga jej część natomiast dobrze oddaje myśl przewodnią ocenianej przeze mnie serii. A więc do dzieła!

H.P. Lovecraft – słynny amerykański twórca horrorów, żyjący na przełomie XIX i XX wieku, zasłynął głównie za sprawą własnej mitologii pełniej przerażających boskich istot, zwanych Wielkimi Przedwiecznymi. Pewnie się zastanawiacie, dlaczego na początku recenzji postanowiłem przybliżyć postać tego autora. Już tłumaczę – Haiyore! Nyaruko­‑san w bardzo luźny sposób nawiązuje do prozy mistrza grozy. W tak luźny, że na charakterystyczny dla jego opowiadań klimat nie ma nawet co liczyć. Z czym w takim razie mamy do czynienia? Z produkcją, która może się okazać szokiem kulturowym dla każdego fana twórczości Lovecrafta, niezdającego sobie jeszcze sprawy, do czego są zdolni Japończycy, kiedy biorą w swoje ręce elementy kultury zachodniej i robią na ich podstawie anime. Tak więc pora porzucić zdrowy rozsadek i wszelkie wygórowane oczekiwania!

Historia rozpoczyna się, gdy nastolatek imieniem Mahiro ucieka przed przerażającym skrzydlatym stworem. Kiedy już widzi swoją śmierć, zjawia się srebrnowłosa przedstawicielka płci pięknej z łomem w ręku i ratuje mu życie, przy okazji obniżając jego poziom poczytalności. A kimże jest tajemnicza wybawicielka? Pełzającym Chaosem, duszą i wolą Bogów Zewnętrznych (tak przynajmniej była tytułowana ta istota przez Lovecrafta), Nyaruko, która przybyła na Ziemię, żeby chronić naszego protagonistę. I tak oto, jak w klasycznym schemacie „chłopak spotyka dziewczynę”, poznają się główni bohaterowie, a my wkraczamy do świata, w którym pradawne istoty przybrały ludzką postać, drżą na myśl o widelcu, a ich największą pasją jest japoński przemysł rozrywkowy.

Jeżeli po przeczytaniu powyższych akapitów uważasz, że mistrz grozy zapewne przewraca się w grobie, to dalsza lektura tego tekstu nie będzie chyba Ci potrzebna do ominięcia niniejszej pozycji szerokim łukiem. Jeżeli natomiast, tak jak ja, poczułeś się zaciekawiony, jak też jego proza została potraktowana przez twórców serii – zapraszam do dalszego czytania.

Muszę przyznać, że zaczęło się bardzo obiecująco. Lubię szalone i niekoniecznie mądre komedie z nienachalnym fanserwisem. Niestety, produkcje tego typu mają zwyczaj urządzać sobie przejażdżkę po równi pochyłej, na której prawa fizyki są zastępowane przez brak sensownego pomysłu na to, jak pokierować dalszą fabułą. Haiyore! Nyaruko­‑san nie stanowi pozytywnego wyjątku i po udanym wstępie, dalej było już tylko gorzej. Dostrzegam wyraźną różnicę pomiędzy stwierdzeniem, że anime jest głupiutkie, a tym, iż jest po prostu głupie. Twórcy coraz bardziej zbliżali się do tej granicy i w pewnym momencie przekroczyli ją, przez co zabawna seria przeistoczyła się w irytujący i męczący koszmarek, który tylko dzięki silnej woli udało mi się obejrzeć do końca. Głównym, aczkolwiek niejedynym grzechem było zbytnie eksploatowanie gagów z Nyaruko próbującą odebrać cnotę głównego bohatera, zwłaszcza że ten motyw nie jest niczym nowym i został już przerobiony wielokrotnie w innych produkcjach. Mnie osobiście nigdy specjalnie nie bawił, ale jeżeli jest dobrze przedstawiony, to jestem w stanie go zaakceptować – ale nie w tak nachalnym wydaniu. Dlatego też z ulgą witałem wszystkie inne żarty, a zwłaszcza nawiązania do prozy Lovecrafta. Wprawdzie do wyłapania wszystkich smaczków przydatna jest znajomość twórczości mistrza grozy, jednakże równie dobrze może ona utrudniać seans. Nie każdy fan mitologii Cthulhu będzie w stanie pogodzić się z tym, jak została ona potraktowana, chociaż ja nie miałem większych problemów. Jestem również skłonny pochwalić twórców za wierne (choć karykaturalne) odwzorowanie przeróżnych demonicznych istot, pojawiających się tutaj. Znajdziemy tu również nawiązania do innych serii i gier komputerowych, z których wyłapaniem bardziej obeznany widz nie powinien mieć większych problemów. Oczywiście nie podpowiem, będziecie mieli większą satysfakcję, jeśli sami je zauważycie.

Jak można łatwo wywnioskować, epizodyczną fabułę należy potraktować jako dodatek i pretekst do kolejnych żartów. Miło, że ten element się w ogóle pojawił, chociaż co do jego jakości można mieć sporo zastrzeżeń. Główny mój zarzut tyczy się poziomu poszczególnych wątków. Jeżeli początkowe historie były w stanie mnie zaciekawić, to kolejne kłuły w oczy aż nazbyt widocznymi idiotyzmami i niedociągnięciami. Zaznaczę, że wcale nie oczekiwałem niczego wielkiego. Doskonale zdawałem sobie sprawę, iż mam do czynienia z serią komediową, jednakże nie znaczy to, że mam przymykać oko na wszystko, co mi scenarzysta zafunduje, tylko dlatego, że to komedia, a fabułę można potraktować po macoszemu. Może mój odbiór byłby inny, gdybym co rusz nie oglądał tego samego schematu, czyli pozornie poważnej historii, uwieńczonej komicznym zakończeniem. Coś takiego sprawdza się raz albo dwa, lub gdy pojawiają się bardziej dramatyczne wątki. Natomiast na pewno nie zainteresuje widza, gdy seria poza tym oferuje tylko czysto komediowe odcinki. Mógłbym jeszcze zarzucić brak domknięcia wszystkich wątków i otwarte zakończenie, jednak pisząc niniejszą recenzję, mam już informacje o zapowiedzianym drugim sezonie, więc z czystym sumieniem nie obniżam z tego powodu i tak już bardzo niskiej oceny cząstkowej.

Przyszła pora na napisanie paru cierpkich słów o największym mankamencie serii, czyli o głównym bohaterze. Postawmy się w jego sytuacji: atrakcyjna rówieśniczka przejawia niemałe zainteresowanie naszą osobą i dosłownie pcha nam się do łóżka. Co w takiej sytuacji czynimy? Oczywiście dźgamy ją widelcem, przecież to całkowicie naturalna reakcja, prawda? Chyba jednak nie… a to nie jedyna jego wada. Niestety, ale główny protagonista nie ma ciekawej osobowości, jest do bólu przeciętny i nie wyróżnia się z tłumu. Jest to postać, która mogłaby zostać wrzucona na dalszy plan i anime nie ucierpiałoby na tym. Co więcej, zapewne by zyskało. Bo po co marnować czas antenowy na bohatera, który ma niewielkie szanse na zyskanie sympatii widza? Kroplę, która przelała czarę goryczy, stanowiło jego „ogarnięcie” w stosunkach damsko­‑męskich. Litości, ale jego reakcje na zaloty Nyaruko nie wywołały u mnie nawet uśmiechu politowania i były po prostu żałosne. Moim zdaniem główny bohater powinien się wyróżniać i nie pozostawiać widza obojętnym. W tym przypadku niestety muszę potraktować Mahiro jako zbędny dodatek, który najchętniej usunąłbym z serii, a tak nie powinno być. Jego jedyną zaletą jest chyba to, że nie wywołał we mnie tylu negatywnym emocji, co niektórzy inni protagoniści, ale to nie jest żadne usprawiedliwienie. Promowanie przeciętności nie jest dobre i nie działa na korzyść produkcji. A czemu na coś takiego się zdecydowano? Chyba nie chcę znać odpowiedzi na to pytanie.

Nic dziwnego, że na tle głównego bohatera Nyaruko prezentuje się bardzo dobrze, o co zresztą nietrudno. To ona stanowi główną siłę napędową serii, skoro wybranek jej serca nie ma ani trochę potencjału. Radosna, pełna energii i świadoma tego, czego chce – dzięki tym cechom pasuje do roli pierwszoplanowej postaci żeńskiej. A jak dodamy do tego jeszcze skłonności sadystyczne, lekką hipokryzję i manię na punkcie japońskiego przemysłu rozrywkowego, to otrzymamy postać nieprzeciętną i ciekawie wykreowaną, do której widz z łatwością może poczuć sympatię. Musi być jednak jakieś „ale”. Momentami jej zaloty są zbyt nachalne i zamiast mnie bawić, irytowały. Co za dużo, to niezdrowo, a twórcy nie potrafili zachować zdrowego umiaru i wciskali jej miłosne podboje, gdzie tylko mogli. Było to o tyle męczące, iż rozwój relacji między postaciami przez całą serię niewiele posunął się do przodu, co w takich okolicznościach nie wypadło zbyt przekonująco. Ja wiem… drugi sezon też musi o czymś być, a rozwiązanie tego wątku zbyt wiele rzeczy by wyjaśniło, ale bez przesady.

Pozostaje mi jeszcze napisać parę słów o postaciach pobocznych. Na pierwszy ogień idzie Kuuko – małomówna maniaczka gier komputerowych, pałająca gorącą miłością do swojej przyjaciółki z dzieciństwa, Nyaruko. Tak, w tej produkcji nie mogło zabraknąć wątków shoujo­‑ai, a uporczywe próby odebrania dziewictwa swojej ukochanej tylko o tym świadczą. Skoro już mowa o elementach homoseksualnych, to… shounen­‑ai też tu znajdziemy, a wszystko za sprawą Hasuty, nieśmiałego chłopca o dziewczęcej aparycji. Jak widać, ekipa dobrała się rewelacyjnie. Nic, tylko się cieszyć/płakać z rozpaczy (niepotrzebne skreślić). Mnie postać Kuuko przypadła do gustu, chociaż w kwestii jej natarczywości mógłbym napisać to samo, co we fragmencie poświęconym głównej bohaterce. Natomiast „Ten, którego imienia nie wolno wypowiadać” pozostał mi obojętny do samego końca. Na ekranie pojawia się jeszcze kilka mniej lub bardziej ciekawych postaci, lecz wymienianie i opisywanie ich wszystkich nie ma większego sensu. Wyrażę tylko żal, iż członkini klubu dziennikarskiego, Tamao Kurei, dostała mniejszą rolę, niż na to zasługiwała. Pozostaje mieć nadzieję, że twórcy naprawią ten błąd w drugim sezonie.

Strona graficzna nie wyróżnia się szczególnie na tle innych produkcji studia Xebec. Innymi słowy: dużo i kolorowo, a chociaż kreska do oryginalnych nie należy, projekty postaci mogą się podobać. Mam na myśli głównie kreacje bohaterek, gdyż wygląd samego Mahiro jest równie przeciętny, co jego charakter. Pochwalę również dość wierne przedstawienie istot zaczerpniętych z mitologii Cthulhu. Tła są estetyczne, chociaż zabrakło mi życia na dalszym planie. Zdążyłem się wprawdzie przyzwyczaić do takiego stanu rzeczy, nie oznacza to jednak, iż nie będę tego traktował jako wady. Na uwagę zasługuje natomiast sposób przedstawienia alternatywnego świata, rojącego się od różnorakich stworów. Zabieg graficzny był stosunkowo prosty, niemniej tworzył odpowiednią atmosferę Przyczepię się również do animacji. O ile w scenach spokojniejszych prezentuje się ona całkiem poprawnie, tak wszelkim starciom brakuje wyraźnie dynamiki, a walki z potworami przypominają najbardziej egzekucję mało ruchliwych przeciwników. Oczywiście ich liczba oraz charakter anime skłaniają mnie do potraktowania tego mankamentu nieco łagodniej niż na to zasługuje, gdyż mamy tu do czynienia z komedią, a nie serią akcji.

Oprawa dźwiękowa nie zasługuje na większą uwagę. Jak to zwykle bywa, stanowi element tła i bardzo rzadko przebija się do świadomości widza, choć parę motywów muzycznych potrafiło mnie zaskoczyć i pomóc przy budowaniu nastroju grozy. Szkoda tylko, że są to nieliczne wyjątki, gdyż założenia fabularne nie pozwoliły na wprowadzenie większej ilości mrocznych i niepokojących melodii. Ścieżkę dźwiękową odłóżmy zatem na bok i przejdźmy do czołówki, czyli największej zalety tego anime. Piosenka po prostu wpada w ucho i nie chce z niego wyjść. Nie jest to kompozycja wybitna, ale za to bardzo chwytliwa i doskonale pasująca do serii. Jako ciekawostkę dopiszę jeszcze, że wykonują ją seiyuu użyczające głosów bohaterkom, czyli Kana Asumi (Nyaruko), Miyu Matsuki (Kuuko) oraz Yuka Ootsubo (Tamao). Niestety, utwór końcowy prezentuje się dużo słabiej i tylko raz udało mi się go odsłuchać od początku do końca.

Haiyore! Nyaruko­‑san nie jest serią wartą polecenia, a wyróżniają ją z tłumu głównie nawiązania do twórczości H.P. Lovecrafta oraz charyzmatyczna główna bohaterka. Dla wielu osób będzie to jednak za mało, żeby zainteresować się tym tytułem, zwłaszcza że komedii nie brakuje i można z łatwością znaleźć bardziej interesującą pozycję. Jeżeli jednak po przeczytaniu tego tekstu nadal macie ochotę zobaczyć na własne oczy efekty zetknięcia się japońskich twórców z prozą mistrza grozy, robicie to na własną odpowiedzialność, gdyż zostaliście wcześniej ostrzeżeni.

Cthulhoo, 9 marca 2013

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: XEBEC
Autor: Manta Aisora
Projekt: Koin, Masaaki Takiyama
Reżyser: Tsuyoshi Nagasawa
Scenariusz: Noboru Kimura
Muzyka: Monaca