Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Tsuru Japan Festival 2017

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 6/10 grafika: 6/10
fabuła: 4/10 muzyka: 3/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 5 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,20

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 131
Średnia: 7,37
σ=1,63

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Costly)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Jinrui wa Suitai Shimashita

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2012
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Humanity Has Declined
  • 人類は衰退しました
zrzutka

Obraz świata po apokalipsie: kojąca i malownicza sielanka. Czyli genialny pomysł na czarną komedię, a zarazem paskudnie wzorcowy przykład zmarnowanego potencjału.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Zaprawdę powiadam wam: dobry pomysł to nie wszystko. Tym głębokim zdaniem rozpoczynam recenzję, którą można by w zasadzie darować sobie, a na jej miejsce wstawić po prostu wytłuszczone i pogrubione zdanie: „za mało dobrej komedii w komedii, amen”.

Są jednak na pewno tacy, którzy pragnęliby jakiegoś rozwinięcia ostatniego zdania. Z myślą o nich zamierzam się tutaj produkować. Ci, którzy czują się usatysfakcjonowani wersją skróconą, mogą śmiało odpuścić sobie dalszą lekturę: znają już zarówno problematykę tematu, jak i ocenę głównego faktora jakości. Znaczy: mamy meritum sprawy wyłożone. Z kolei dla dużo milej widzianych „pozostałych” przechodzę oto niezwłocznie do rzeczy.

Czas ludzkości dobiega końca. Nie wiemy, co dokładnie się stało, i nie jest to w żaden sposób istotne. Kolorowe scenerie przedstawiają ruiny dawnych miast i ostatnie pozostałości wielkich budowli, choć widok ten już niemal całkiem przysłoniła dzika natura, która przeżywa drugą młodość, nienękana dłużej cywilizacyjnymi nieszczęściami. Nieliczni pozostali jeszcze ludzie prowadzą spokojne i ciche życie, skupieni w niewielkich społecznościach o wiejskim charakterze. Śledzić będziemy losy nieznanej z imienia młodej dziewczyny, która w jednej z takich osad pełni rolę Mediatora, polegającą na pośredniczeniu w kontaktach z wróżkami. Czy może raczej, sugerując się widzianą na ekranie praktyką, na badaniu owych. Wspomniane „wróżki” są tak zwanymi „ludźmi nowej ery”, to znaczy nową inteligentną rasą (a nie fanami niegdyś popularnego rapera), której pisane jest zajęcie miejsca wymierającej ludzkości. Mają około 10 centymetrów wzrostu, bardzo słabo poznaną biologię, osobliwą naturę i niesamowitą technologię, bliższą w praktyce działaniem prawdziwiej magii niż nauce.

Wystarczy parę minut seansu, aby zrozumieć sprytny i perfidny zamysł stojący za tą serią. Wspomniałem wcześniej o „kolorowych sceneriach”, przedstawiających symbole upadku ludzkości, i nie była to pomyłka. Okrutnie wszystko upraszczając: Jinrui wa Suitai Shimashita to parszywie czarna komedia, oparta na przewróceniu do góry nogami schematu postapokaliptycznego świata. To, co w wyobrażeniu przeciętnego widza jest mroczne, ponure i śmiertelnie poważne, tutaj zostało przedstawione zupełnie na opak – skąpane w pastelowych, ciepłych barwach, bez grama powagi i w nastroju totalnej sielanki. Obrazu dopełnia wspomniana mediatorka, która pełni również rolę narratorki dla całej opowieści. Gwoli ścisłości: narratorki całkowicie cynicznej, niepozostawiającej wątpliwości co do komediowego charakteru historii.

Jako osoba uwielbiająca, tak pasywnie, jak i aktywnie, czarny humor w wielu postaciach, przyjąłem ten pomysł niemal mrucząc z zadowolenia. I gwoli ścisłości, po zakończonym seansie nadal uważam, że te podstawy są absolutnie genialne i zmieniać ich w żadnym wypadku nie trzeba. Za to ludzi odpowiedzialnych za to, co z tego stworzono, posłać należy w diabły za niewybaczalną nieumiejętność wykorzystania tegoż skarbu. Początek nie zapowiada się jeszcze źle. Ot, szybko przekonujemy się, że seria podzielona została na kilka epizodów, niektóre zmieszczono w jednym, a inne w dwóch odcinkach. Pierwszy z nich, akurat dwuodcinkowy, był całkiem niezły i tylko rozbudził mój apetyt na więcej. W kontekście tego łatwo wystawić sobie moje rozczarowanie, gdy okazało się, że był to, ni mniej, ni więcej, szczyt tego, co seria ma nam do pokazania, a teraz będziemy jedynie schodzić w dół.

Wspomniana wcześniej protagonistka, choć nie została obdarzona imieniem, dostała od twórców cięty język i zwyczaj częstego używania tegoż. Jak wspominałem, prowadzi ona również narrację, efektem czego w przybliżeniu 80% kwestii wypowiedzianych w całej serii pada właśnie z jej ust. Do tej roli udało się zwerbować doświadczoną Mai Nakaharę, co pozwala usłyszeć słodziutki głos Nagisy z Clannada raniący ludzką godność niczym bicz, co samo w sobie stanowi rarytas. Sprawia także, że zaczynamy mieć dość tego głosu na cholernie długi okres czasu. Tak dla pełnej jasności: pod żadnym pozorem nie mam tutaj pretensji do pani Nakahary. Po prostu szybko przekonujemy się, że seria jest diablo przegadana. A pamiętajmy przy tym: gada większość czasu jedna postać! Z zasady jej tyrady zaczynają się robić śmieszne dopiero, gdy nawiąże dialog z inną postacią, którą może „punktować”, a tych często długimi fragmentami brakuje. Znacznie gorszy okazuje się jednak totalny brak ładu i składu w kolejnych epizodach. Dłużą się, powielają te same motywy, wpędzają narratorkę w zwyczajnie pozbawione potencjału komediowego sytuacje. Do tego dochodzi jeszcze pomysł twórców, aby kolejne części przemieszać chronologicznie, co nazwać można, sięgając po piłkarskie porównanie, imponującym samobójem po dobitce. Na dobrą sprawę jedynie pierwszy przedstawiony epizod bawił mnie przez całą swoją rozciągłość – co zapewne miało sporo wspólnego ze świeżością całej idei na tym etapie – natomiast potem już mogłem mówić jedynie o udanych fragmentach. A są w scenariuszu takie dłużyzny, gdzie nawet to trudno mi było znaleźć. Mogę z czystym sercem wskazać cztery odcinki, które nie były śmieszne nawet przez pół sekundy, co daje nam, bagatela, 1/3 serii. Gdyby to chociaż rekompensowała obecność innych, z kolei bardzo udanych… Nie ma się co oszukiwać, pozostałe są mniej lub bardziej przyzwoite, nigdy naprawdę dobre. Co gorsza, im dalej w las, tym mocniej zaczynałem czuć, że twórcy gubią się we własnej koncepcji, a motyw zagłady ludzkości staje się tylko jakimś hasełkiem powiewającym w tle i mającym niewiele wspólnego z wydarzeniami na ekranie, a już w końcowych odcinkach nie mogłem go dostrzec zupełnie, bo z niezrozumiałych powodów eksploatowane są niepasujące do settingu motywy, w guście, przykładowo, szkolnej komedii. Czy też, ni z gruchy, ni z pietruchy, nagła próba wklejania w to wszystko parodii serii shoujo. Od fajnego motywu zaczęto, zostawiono ogrom miejsca na jego eksploatację, a mimo to historia poczyna odsłaniać wątki totalnie wyciągnięte z kapelusza.

Oprócz wspomnianej narratorki w akcji oczywiście biorą udział też inne postaci. Warto wśród nich wyróżnić dziadka protagonistki, zajmującego wysoką pozycję w miejscowej społeczności. Jego sposób bycia może się wydawać na pierwszy rzut oka poważny i stanowczy, ale niemal od razu zostajemy wyprowadzeni z tego błędu i jednoznacznie przekonujemy się, po kim bohaterka odziedziczyła cyniczne spojrzenie na świat. Szkoda, że jego udział w całej akcji jest bardzo skromny. Są też (określmy je zbiorowo) wróżki, wśród których trudno wskazać jakieś indywidualności, bo stanowią niemal identyczny zlepek. Nie odbiera im to kolorytu, bo jeżeli o kimś jeszcze należy tu wspomnieć, to właśnie o tych absurdalnych i przerysowanych skrzatach. Póki ich nie znamy i zaskakują nas swoimi pomysłami, są po prostu powalające. Potem efekt słabnie, bo z grubsza już wiemy, czego można się po nich spodziewać, choć potencjału do bawienia starcza im prawie do samego końca. Z czego „prawie” pojawia się tu – przepraszam za spoiler, ale muszę to wytknąć – z powodu pomniejszenia ich roli w ostatnich odcinkach. Bezczelnie zamierzam nie opisywać dalszych postaci, ponieważ jest to stos bezsensownych manekinów, z zasady wciskanych do kolejnych odcinków jedynie w celu odegrania określonej roli fabularnej, grzeszących okrutnie faktem, że nijak nie bawią. No chyba że jako tarcze, które bez litości punktować będzie protagonistka. Dlatego też, czytelniku, czuj się uprzedzony: „6” w ocenie postaci tej serii to w 80% zasługa jednej aktorki, której nie godzi się niedoceniać w obliczu tak epickich wysiłków.

Hm, kreska. Zdążyłem już wcześniej wspomnieć, jaka zasada przyświeca w tym punkcie. Gdzie tylko jest dość jasno, pomieszczenia czy scenerie malowano ręcznie, bardzo pozytywnymi i ciepłymi barwami, oczywiście na przekór postapokaliptycznym realiom. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby ten cały koncept, który stoi za Jinrui wa Suitai Shimashita wykiełkował właśnie początkowo na tej idei: wstawieniu w takowy świat przedstawiony tej kolorowej, ciepłej i wesołej kreski. Reszta, wedle moich spekulacji, została dokooptowana w dalszej fazie planowania. Szkoda tylko, że przy tym powycinano z grafiki tyle detali, ile tylko było możliwe, a czasami nawet więcej. Nie zawsze jednak mi to przeszkadzało. Otwarte tereny, nawet dość gołe, jakoś pozostawały atrakcyjne lub przynajmniej neutralne. Problem zaczynał się przy sceneriach słabiej oświetlonych, które pokazywały, iż przy zastosowanej tu kresce ograniczanie palety barw odbierało obrazowi sporo atrakcyjności. Apogeum tego dostrzegałem przy pseudofuturystycznych scenach, na szczęście nielicznych, które najzwyczajniej w świecie skonstruowano niedbale. A może po prostu w tych chwilach, gdy miły i atrakcyjny rysunek zastępowała standardowa sieczka, klapki spadały mi z oczu i dostrzegałem faktyczny stan rzeczy? Znęcać się nad tym aspektem nie zamierzam, w końcu tu nikt efektownej grafiki nie potrzebuje i nikt się jej nie spodziewał. Za to, wedle moich przekonań, potrzeba tu należycie i gustownie dobranej oprawy dźwiękowej. Jednakże, czego jak czego, ale muzyki ewidentnie zabrakło. Jest jej mało, została dobrana w sposób przypadkowy, nie ma niczego, co by można wspomnieć choćby w minutę po seansie. Ot, po prostu losowa muzyka, ino „co by była”. Na dobitkę nawet ta mierna oprawa dźwiękowa jest nieczęsto słyszana, przytłumiona zbyt mocno przez dialogi i odgłosy otoczenia. Do tego dołączono losowy opening, choć niektórych może zainteresować ending, jasne światełko w tym temacie, wykonywany przez Masumi Itou, którą chyba ostatnio słyszałem śpiewającą w… Haibane Renmei. Trudno o bardziej niespodziewane skojarzenie!

Główna bohaterka wręcz heroicznie walczy o utrzymanie widza w dobrym nastroju przez cały seans. Niestety, jest osamotniona w swoich wysiłkach i z pewnością znajdzie się wielu widzów, dla których jej solowy występ będzie zbyt monotonny, tym bardziej że kolejne gagi potrafią się powielać i coraz mniej zaskakiwać. Mnie na szczęście starczyło sympatii dla niej do końca (w czym pewnie niemała zasługa uznanej seiyuu) i tak po prawdzie, tylko dzięki temu kończąc seans, mogłem powiedzieć, że mimo niewątpliwego zawodu, po drodze trochę się pośmiałem, a nudniejsze fragmenty z pewnością szybko zapomnę. Dlatego nie zamierzam miażdżyć tego tytułu niską oceną. Mówiąc szczerze – kompetentna załoga powinna wycisnąć z tego, co tu jest, dużo, dużo więcej. Wciąż jednak to, co otrzymujemy, można łyknąć i pozostać w dobrym nastroju. Natomiast nawet nie chcę sobie wyobrazić, jakimi katuszami dla widza miałaby się stać ta seria, gdyby protagonistka go odrzucała, a jej humor nie przypadł mu do gustu. Takim osobom radzę z całego serca – przerwijcie seans w tym momencie, to dla niej, tak naprawdę, można tutaj siedzieć przed ekranem.

Costly, 2 marca 2013

Recenzje alternatywne

  • Qualu - 4 kwietnia 2013
    Ocena: 8/10

    Dawać w żyłę czekoladę, wciągać pudrowe ścieżki, palić misie z żelatyny i popijać landrynki płynnymi krówkami. Jakie mogą być skutki przedawkowania słodyczy? więcej >>>

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: AIC (Anime International Company)
Autor: Romeo Tanaka
Projekt: Kyuuta Sakai, Sunaho Tobe, Yoshihiro Ishimoto
Reżyser: Harume Kosaka, Seiji Kishi
Scenariusz: Makoto Uezu
Muzyka: Kou Ootani