Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 7/10 grafika: 8/10
fabuła: 7/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 5 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,20

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 130
Średnia: 7,42
σ=1,59

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Costly)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Jinrui wa Suitai Shimashita

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2012
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Humanity Has Declined
  • 人類は衰退しました
zrzutka

Dawać w żyłę czekoladę, wciągać pudrowe ścieżki, palić misie z żelatyny i popijać landrynki płynnymi krówkami. Jakie mogą być skutki przedawkowania słodyczy?

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Trudno cokolwiek napisać we wstępie do tak smakowitego kąska, jakim jest Jinrui wa Suitai Shimashita, więc zacznę od składników produkcji. Aby uzyskać ten torcik z niespodzianką, poza biszkoptową bazą, którą jest główna bohaterka, malinowym kremem z grafiki i lukrowymi kwiatkami w postaci openingu i endingu, potrzeba jeszcze jednego tajnego składnika. Zamiast wlewać chochlą tabasco, wystarczy oprószyć wierzch odrobiną suszonego chili. Żartobliwe jak diabli chochliki nie raz i nie dwa zdominują całe ciasto, przez co czasami można odnieść wrażenie, że je się nie próchnicogenny tort, a jakieś szatańskie danie rodem z Meksyku. Że ogląda się nie słodką komedię, a ponure odzwierciedlenie rzeczywistości.

Jest to jedna z nielicznych serii, którymi się żyje nawet po wyłączeniu odcinka. Zwykle, gdy twórcy czegoś nie dopowiadają, traktuję to jako brak pomysłów, ale w tym przypadku jestem skłonna uznać to milczenie za zaletę. Osoby, które lubią zaglądać w głąb historii, będą mogły pluskać się w scenariuszu do woli, osoby, które chcą obejrzeć coś lekkiego i śmiesznego, również się nie zawiodą, chociaż ich ocena będzie pewnie nieco niższa.

Sielska wioska, słoneczko świeci, Mediatorka tak jak każdego dnia spisuje tradycje i obyczaje wróżek. Poza tym, że prawdopodobnie posługują się najprawdziwszą magią, która dla nich jest czymś naturalnym, są świetnymi wyłudzaczami słodyczy. Nie mogły lepiej trafić, bo Mediatorka jako jedna z nielicznych specjalizuje się w produkcji łakoci, które nie są już tak popularne, jak prawdopodobnie niegdyś były. Jej dziadek, zachowujący się raczej jak jej starszy brat, jak zwykle duma przy biurku, zaś zdenerwowany, gotów jest zgasić bohaterkę doświadczeniem w przegadywaniu drugiej osoby. Czasem pojawią się jacyś znajomi Mediatorki, niektórzy mają ciekawe hobby, inni milczą jak grób, a jeszcze inni zgubili się na ścieżkach życia lub są już zupełnie niepotrzebni. Kończę z tą puchatą częścią, bo jeszcze ktoś pomyśli, że całe anime tak wygląda. Absurd czasem wycieka z ekranu, pada mnóstwo mniej lub bardziej śmiesznych żarcików, ale właściwie dopiero dojście do głosu wróżek pokazuje, co tak naprawdę chowa się pod kwiatkami, różami i gwiazdkami. Nie rzucając spojlerami – dopiero w tym anime najbardziej zabolała definicja państwa i społeczeństwa. Nie w takim, w którym główny bohater wskakuje do mecha i walczy za pokój , nie w takim, gdzie bohaterka umiera z głodu – w takim, w którym dopiero poprzez kontrast sytuacji i słów dostrzega się to „coś” złego w rzeczywistości.

Takie mieszanie słodyczy z przyprawami nie jest niczym nowym ani w kuchni, ani w anime. Aby daleko nie szukać, na słodkiej kresce Higurashi no Naku Koro ni potknęła się niejedna osoba, zaś Puella Magi Madoka Magica zaczynała jako skrzące się młodzieńcze lata słodkich dziewczynek, a skończyła na wykładaniu entropii, vanitas vanitatum i innym fatum. Skoro już jestem przy Madoce, długo wierzyłam w to, że nie da się narysować bardziej przerażającego uśmiechu niż pyszczek pewnej słodkiej hybrydy kota z lisem. Myliłam się, Japonia znów mnie pokonała, może nie jakością, ale ilością. Oto dziesiątki, a w niektórych odcinkach dziesiątki tysięcy słodkich wróżek, wyglądających jak uciekinierzy z ulic Wrocławia albo kawaii leprechauny. Ich bogata mimika i przerażające głosy przypominające nagrania z egzorcyzmów zapadają w pamięć na bardzo długo. Zapewniam też, że w moim przypadku prawdopodobnie to nie Samara Morgan, Jason albo Piramidogłowy będą potencjalnymi powodami zawału serca, a właśnie te słodkie stworzonka.

Bardzo nie lubię serii, w których niedobitki ludzkości starają się odzyskać utracone ziemie, postapokaliptyczne pustkowia zdobią mogiły poległych Amerykanów dzielnie walczących z kosmitami, a niekończące się dialogi o nieuchronności śmierci i bezcelowości życia w ciągłej samotności doprowadzają mnie do szewskiej pasji. Tutaj sprawy mają się jednak nieco inaczej. Matka Natura znowu pokazała, kto rządzi, i zabrała, co jej odebrano, zalesiając ruiny metropolii, pokrywając kwietnym runem drogi i opuszczone pola. Wciąż kurczące się osady ludzkie bynajmniej nie przypominają gett ani obozów dla uchodźców. Ludzie, zamiast biegać z karabinkami i walczyć z rasą „Obcych”, starają się pozbierać jak najwięcej informacji o swojej przeszłości oraz o teraźniejszości owych wróżek. Nawet nie po to, aby poznać wroga – chcą nawiązać jak najlepsze stosunki z rasą, która przewyższyła wszelkie technologie i prawdopodobnie w niedługim czasie zdominuje bezludną Ziemię. Taki nieco nostalgiczny zapaszek pojawia się tutaj dość często, nie jest on jednak podsycany tragicznymi monologami postaci, a raczej „żyje” swoim życiem cały czas trwania serialu. Mnie taki subtelny zabieg bardzo przypadł do gustu i sprawił, że zaczęłam oglądać Jinrui wa Suitai Shimashita jakby od drugiej strony – strony, którą widz może, ale wcale nie musi sobie sam dopowiedzieć. Ogół działań społeczności, przynajmniej w moich oczach, wyglądał na próby zachowania resztek godności w obliczu nieuchronnego końca, a zabawne sceny i absurdalne dialogi tylko podkreślały, że ludzie zamiast walczyć do końca, wolą po prostu dobrze przeżyć dany im czas. Oczywiście wciąż mówię o tym samym tytule, w którym martwe kurczaki niszczą witraże, a osamotnione sondy kosmiczne szukają przyjaciół.

Ciekawie wyszły wszelkie nawiązania i próby kontaktu z widzem. Banany i podróże w czasie, paroodcinkowe pętle czasowe, w których bohaterka przeżywa dziesiątki razy ten sam dzień, czy przemieszanie kolejności odcinków – te chwyty są przecież doskonale znane. Nieobecność mikrofali do bananów można wytłumaczyć brakiem jakichkolwiek urządzeń bardziej skomplikowanych niż lampa naftowa, a pętle czasowe przeszły moje najśmielsze oczekiwania. To było coś innego niż perfidna emisja ośmiu niemalże identycznych odcinków o zgubieniu się w czasoprzestrzeni, tutaj oglądanie drugi raz niby tego samego było ciekawe, a twórcy powinni czuć się dumni z tego powodu. Zaś sama główna bohaterka to magia jeszcze bardziej tajemnicza i intrygująca niż ta wróżkowa. Zabójczo bystra sceptyczka o ciętym języku i dość nieprzewidywalnym charakterze szybko zdobywa sympatię widza. Jej wredne sucharki i ostre jak żyletki komentarze na temat wróżek, ich poczynań czy sytuacji, w jakich sama się znajduje, potrafią wręcz porazić swoją bezpośredniością. Określenie „główna bohaterka” nabiera tutaj nowego znaczenia – większość czasu antenowego zapełnia to, co ona sama widzi i co sama mówi, jakbyśmy nią byli. Tego wrażenia dopełnia anonimowość mediatorki. Dla każdej postaci jest kimś innym, przez co nie musi mieć imienia – zabieg ryzykowny, ale udany. Lwia część słów padających w serii to monologi protagonistki, na szczęście jej seiyuu, Mai Nakahara, nie nudzi się i nie denerwuje. Wykorzystuje plastyczność głosu jak może, aby nie uśpić widza, przy czym nie wpada w irytujący słowotok. Mediatorka potrafi pokrzyczeć i się nagadać, ale bez efektu Excel z Excel Saga, kiedy to widz miał ochotę przebić sobie błonę bębenkową długopisem.

Kolory są jaskrawe, ale jakby rozbielone. Odcinki, których akcja toczy się na świeżym powietrzu wydają się wręcz prześwietlone, na szczęście sceny nocne pozostają czyste, za to już nie dają po oczach. Drugi plan zwykle ogranicza się do bardzo błękitnego nieba i setek odcieni zieleni, na tle których wyraźnie odcina się różowa czupryna Mediatorki i tęczowy napływ skrzatów. W niektórych scenach widz czuje się wręcz zalany przez wróżki i ich wdzianka we wszystkich kolorach świata, ale nawet dalszy plan jest wciąż w miarę wyraźny, a nie spłycony i rozmazany. Ilość szczegółów nie przytłacza, ale gdy już się pojawiają jakieś mniejsze ornamenty, nadruki albo inne drobiazgi, to sposób ich wykonania stoi na bardzo wysokim poziomie. Poza tęczowymi kubraczkami skrzatów, feerią barw rozkwitają również kwiaty i słodycze, jakby nie patrzeć, jedne z głównych bohaterów anime. Całość wygląda sielsko i radośnie, ale jaskrawość niektórych scen nie pozostawia złudzeń – psychodeliczne sceny, opustoszałe kadry przypominające nieco dzieła SHAFT­‑u i fale kolorów – łatwo się zorientować, że coś tutaj jest nie tak, jak powinno. Kreska jest delikatna, a postaci różnią się nie tylko kolorem oczu czy włosów. Główna bohaterka zmienia ubrania częściej niż co sto odcinków, a bogata mimika postaci umila seans. W animacji nie wychwyciłam więcej zgrzytów, nawet niepasujące do namalowanej całości elementy 3D nie były tutaj aż tak brzydkie.

Pierwszym skojarzeniem muzycznym z Jinrui wa Suitai Shimashita poza openingiem i endingiem jest niewątpliwie skomputeryzowana wersja Ave Maria, towarzysząca zgodnie z zamysłem serialu scenie tak samo durnej, jak śmiesznej. Klepanie klasycznego utworku znudziło się pewnie niejednemu widzowi, ale ta aranżacja komuś na pewno zapadnie w pamięć. Cała muzyka w tle to lekkie i sielskie utwory na gitarę, flet, bębenki i kastaniety, choć czasem znajdzie się też miejsce na coś nieco poważniejszego. Poza paroma charakterystycznymi utworami, wszystko tu jest bardzo awangardowe i niezbyt poważne, takie elektroniczne brzdąkania, które czasami nawet trudno nazwać muzyką. Nie mam lepszego przykładu do opisania OST­‑u, ale jeżeli ktoś grał w Machinarium, będzie wiedział, czego się mniej więcej spodziewać.

Na osobny akapit zasługują piosenki. Opening jest z jednej strony uroczy, z drugiej jego animacja wydaje się wręcz przerażająca. Wróżki skaczące w takt perkusji, turlające się tuż przed „kamerą” przerażające twarze małych potworków, a to wszystko zalane toną słodyczy – nie puszczajcie dzieciom, popłaczą się ze strachu. Nano.RIPE w końcu ma piosenkę, której da się wysłuchać do końca, bowiem ich opening do Hana­‑Saku Iroha był narzędziem tortur. Słuchanie Real World nastraja pozytywnie, ale też szybko się nudzi (zakładam, że jest więcej odpornych na skrzeczące, niewyrobione japońskie głosiki widzów, których takie piosenki nie ruszają i wytrzymują więcej niż pięć sekund). Z kolei ending jest jednym z powodów „odnajdywania głębi” w tym dziełku. To delikatna i niby lekka piosenka, ale jej melodia brzmi i ewoluuje, jakby była czymś zniekształcana, w trakcie utworu dzieje się coś niepokojącego, by w pewnym momencie z wesołej nuty wejść w smutne i intrygujące motywy. Niby ta sama słodka Masumi Itou, co w Azumanga Daioh, ale jakoś tak mroczniej. Obrazu niepokoju dopełnia różowa, bo różowa, animacja owego „upadku ludzkości” (na skórce od banana..), po którym rozgrywa się akcja anime. Sposób animowania endingu niepokojąco kojarzył mi się ze światem wiedźm z Mahou Shoujo Madoka Magica. Poza powstawaniem sztandarowych budowli i monumentów ludzkości, ending pokazuje degradację środowiska oraz słodycze, które bardziej przypominają twarde narkotyki niż niszczycieli mleczaków. Różowo, słodko i zabawnie, a o przemijaniu, które już trwa.

Parafrazując klasyka – dbajmy o Ziemię, to jedyna planeta, na której jest czekolada. Seria jest krótka i niewymagająca, potrafi poprawić humor na dłuższy czas, przy czym nie obiecuje gruszek na wierzbie. Anime ma w sobie tyle różnych elementów, że teoretycznie każdy znalazłby tutaj coś dla siebie – w praktyce nadmiar innych elementów odstraszy takie osoby. Dobra rada? Warto rzucić okiem na jeden, dwa odcinki i zobaczyć, czy to na pewno to, czego szukamy. Myślę, że dla młodszego widza zdrowiej będzie poczekać z seansem, bo już nie wnikam we wpływ czarnych jak smoła dowcipów na rozwój młodego człowieka, ale chodzi mi o niezrozumienie niektórych gagów. Brak erotycznych nawiązań nadrabiają niektóre, wręcz sadystyczne stwierdzenia, ale wciąż są to tylko słowa – podczas seansu nikt nie jest ćwiartowany (no, może poza Florą). Osoby wtykające nosa w każde anime nieco głębiej z pewnością znajdą parę morałów, przestróg albo pouczeń, na szczęście jednak one same nie napierają na widza, przez co seria nabiera pewnej wielowymiarowości. Jinrui wa Suitai Shimashita nie jest anime na jeden raz, życia może nikomu nie zmieni, ale z pewnością większość widzów jeszcze długo po seansie będzie miała same dobre wspomnienia z tym tytułem.

Qualu, 4 kwietnia 2013

Recenzje alternatywne

  • Costly - 2 marca 2013
    Ocena: 6/10

    Obraz świata po apokalipsie: kojąca i malownicza sielanka. Czyli genialny pomysł na czarną komedię, a zarazem paskudnie wzorcowy przykład zmarnowanego potencjału. więcej >>>

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: AIC (Anime International Company)
Autor: Romeo Tanaka
Projekt: Kyuuta Sakai, Sunaho Tobe, Yoshihiro Ishimoto
Reżyser: Harume Kosaka, Seiji Kishi
Scenariusz: Makoto Uezu
Muzyka: Kou Ootani