Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 9/10 grafika: 8/10
fabuła: 7/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 16 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,31

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 812
Średnia: 7,4
σ=1,52

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Yumi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Tonari no Kaibutsu-kun

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2012
Czas trwania: 13×24 min
Tytuły alternatywne:
  • My Little Monster
  • となりの怪物くん
Gatunki: Komedia, Romans
Widownia: Shoujo; Postaci: Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Realizm, Trójkąt romantyczny
zrzutka

Królowa Śniegu i Piotruś Pan w pędzącym 200km/h pojeździe zwanym fabułą, czyli czyste szaleństwo z domieszką szkolnego romansu.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Powiedzmy to sobie jasno i wyraźnie. Konwencje w szkolnych romansach są wyświechtane. Równie wyświechtane jest stwierdzenie ich wyświechtania. Wniosek z tego taki, że w ramach tego gatunku trudno pokazać, a co za tym idzie, napisać coś nowego, oryginalnego, zaskakującego. Chyba że ma się do czynienia z tytułem takim, jak Tonari no Kaibutsu­‑kun. Seria, która być może nie zapisze się złotymi literami na kartach historii anime, ale z pewnością zapewni dawkę rozrywki na dobrym poziomie.

Ta trzynastoodcinkowa seria powstała na podstawie mangi o tym samym tytule, wydawanej od roku 2008. Warto wspomnieć, że podczas premierowej emisji anime oryginał wciąż był publikowany. To proceder dość powszechny – ekranizacja tytułu przed finałowym tomem pierwowzoru – nikogo więc nie dziwi i nie oburza, niestety jednak często ma negatywny wpływ na zakończenie serii, o czym warto pamiętać, przystępując do seansu Tonari no Kaibutsu­‑kun. Za przełożenie wersji mangowej na telewizyjną zabrało się Brains­‑Base, znane z tak lubianych i cenionych tytułów, jak Kuragehime, Mawaru Penguindrum, Natsume Yuujinchou i kilku innych. W moim przekonaniu Tonari no Kaibutsu­‑kun można z pewnością zaliczyć do sukcesów tego studia.

Główna bohaterka tej historii, Shizuku Mizutani, jest typem wysoce aspołecznym – wzorowa uczennica, skupiona wyłącznie na nauce, nieposzukująca przyjaciół, niewzdychająca do szkolnych amantów. Pewnego dnia, poproszona przez nauczycielkę, zanosi zaległe prace domowe koledze z sąsiedniej ławki, Haru Yoshidzie, nieobecnemu od dnia inauguracji roku szkolnego. Na pierwszy rzut oka chłopak wydaje się dziwny i dość agresywny. Gdy jednak dowiaduje się, w jakim celu Shizuku pofatygowała się do niego, wpada w euforię na myśl o tym, że ten akt pomocy czyni z dziewczyny jego najlepszą przyjaciółkę. Nietrudno przewidzieć, że ona sama podchodzi do tego pomysłu co najmniej sceptycznie.

Pierwszy odcinek to prawdziwy kalejdoskop wydarzeń – wyładowany tak wieloma zwrotami akcji, że odnosi się wrażenie, iż zajmuje znacznie więcej czasu, niż standardowe dwadzieścia parę minut. Co jednak ciekawe – nie odnosiłam wrażenia przeładowania czy zmęczenia ilością zaprezentowanego materiału. Do szybkiego tempa można się łatwo przystosować. Już w pierwszym odcinku Haru wyznaje Shizuku miłość i dochodzi między nimi do pierwszego pocałunku. Obywa się jednak bez nadmiaru powagi – wydarzenia te potraktowane są z przymrużeniem oka, nawet w formie pewnej kpiny z gatunku, który zazwyczaj tak bardzo celebruje moment pierwszego pocałunku między główną parą.

Tu dochodzimy do sedna – tego, co czyni tę serię w dużym stopniu propozycją oryginalną i nieszablonową. Tonari no Kaibutsu­‑kun łamie konwencję romansu szkolnego – w ciekawy, a przede wszystkim zabawny sposób. Bo cóż to za romans, cóż za bishounen, cóż za heroina, skoro już w pierwszym odcinku wściekły Haru wylewa na głowę Shizuku cały kubek napoju, po czym kilka minut później przypadkowo, ale jednak, daje jej pięścią w twarz tak mocno, że dziewczyna zalewa się krwią. Na koniec odcinka gwałtownie ją całuje, po czym stwierdza, że jego serce wcale nie wali tak, jak napisali o tym w powieści, którą właśnie czytał. Tego typu sytuacje są w tej serii na porządku dziennym. Nie jest to anime, które całkiem wywraca gatunek na lewą stronę – nadal jest to shoujo, nadal oglądamy historię pewnego romansu. Co więcej dostajemy tu tak klasyczne motywy, jak np. trójkąt romantyczny. Co zatem sprawia, że ten tytuł wyróżnia się na tle innych romantycznych serii szkolnych?

W tym przypadku zdecydowanie są to bohaterowie. Główna para to, tak razem, jak i osobno, postaci o nieszablonowych, ale fascynujących i przekonująco zarysowanych charakterach. Są niejednoznaczni, nieprzewidywalni i nie pozwalają na nudę. Shizuku, jak już wspomniałam, to typowa kujonka, niezdrowo wręcz skoncentrowana na nauce i wynikach w szkole. Nie widzi niczego poza swoim celem, którym jest szybkie wejście w dorosłe życie, kiedy to będzie mogła pójść do pracy i – jak jej matka – stać się niezależną kobietą sukcesu. Mamy więc do czynienia z bohaterką opanowaną, zdyscyplinowaną, skupioną, w pewnym stopniu wyrachowaną, pewną siebie, zaradną, czasem wręcz przesadnie. Nie są to typowe epitety używane do opisu kalki, z której odbijana jest duża część bohaterek shoujo. Oczywiście, pojawienie się Haru, a później kolejnych przyjaciół, wprowadza sporo zamieszania w uporządkowane życie Shizuku i choć pod wpływem uczucia zaczynają się w niej wykształcać emocje typowe dla nastoletnich dziewczyn, do końca nie traci ona trzeźwego spojrzenia na świat i niezwykłej niezależności.

Jeszcze bardziej nietypowym bohaterem okazuje się Haru. Niekiedy można odnieść wrażenie, że cierpi on na rozdwojenie jaźni – tak często i radykalnie zmienia swoje zachowanie, że trudno orzec, jaki właściwie jest. Jedno jest pewne – żaden z niego bishounen, niezależnie od zewnętrznego wyglądu. Ma pewne cechy, które mogłyby go włączyć w szereg typowych animowanych twardzieli – potrafi być ostry, bezkompromisowy, czasem brutalny, zawsze chętny, by wdać się w jakąś drakę. Ale to tylko jedna strona medalu. Druga twarz Haru to wrażliwy, szalenie naiwny i zagubiony społecznie dzieciak, który rozpływa się na myśl o wspólnej imprezie z przyjaciółmi, jakby była ona dla niego równoznaczna z otwarciem bram niebios. Niezależnie jednak od tego, którą twarz pokazuje, jedno jest pewne – jego reakcja jest zawsze nieadekwatna do sytuacji. Gwałtowność emocji to coś, co dodaje tej postaci życia, czyni ją niesamowicie barwną i zupełnie nieprzewidywalną. Nadążyć za Haru się nie da – można za to, ze zdumieniem i niesłabnącym rozbawieniem, śledzić jego kolejne kroki. Wiele zarzutów pod adresem tej serii dotyczy właśnie budzącego irytację widza zachowania głównego bohatera. Jak sądzę, ich przyczyną jest brak należytego zarysowania przeszłości Haru – to niestety jedna z dwóch głównych wad, jakie dostrzegam w tej serii. Wątek rodziny Haru zostaje niestety w anime mocno zaniedbany. Pierwsze kilka odcinków sugeruje, że będzie to istotny temat, powracający właściwie do końca serii, jednak tak się nie dzieje. Otrzymujemy tylko strzępy wspomnień, które nijak nie chcą ułożyć się w pełny obrazek. Oczywiście w anime, które grzebią się w dziecięcych traumach i dramatach dorastających nastolatków, dałoby się przebierać niczym w ulęgałkach, stąd niewnikanie w ten temat można potraktować jako zaletę serii, podtrzymującą jej lekki i komediowy charakter. Nie zmienia to jednak faktu, że jakieś dopełnienie, choćby i w samym finale serii, jest nie tylko wskazane, ale wręcz konieczne, by miało to wszystko ręce i nogi… Wydaje się jednak, że twórcy postawili raczej na wątki romantyczne, aniżeli rodzinno­‑traumatyczne. Wróćmy zatem do meritum – związku­‑nie­‑związku Haru i Shizuku.

Przeciwieństwa się przyciągają – to jedna ze świętych zasad, według których tworzone są największe romanse shoujo. Tonari no Kaibutsu­‑kun igra z tą zasadą. Z jednej strony faktycznie dostajemy postaci krańcowo różne – Shizuku jest obowiązkowa i pilna w szkole, Haru, choć zdobywa najwyższe oceny, w najmniejszym stopniu nie jest oczarowany światem edukacji. Shizuku to dziewczyna chłodna, zdystansowana, samotniczka z wyboru – Haru wręcz przeciwnie, nigdy nie hamuje swoich reakcji, jest nieustannie rozemocjonowany i pobudzony, niczego nie pragnie bardziej, niż kółeczka serdecznych przyjaciół. Gdy jednak przyjrzeć się bliżej, okazuje się, że ta dwójka ma ze sobą wiele wspólnego – obydwoje zawsze szczerze wyrażają swoje myśli. Nie wstydzą się i nie boją mówić na głos tego, co kołacze im się po głowach – to miła odmiana po bohaterach, którzy przez całe serie wodzą za sobą tęsknym wzrokiem, nie mogąc wykrztusić kilku prostych słów na temat swoich uczuć. Cechuje ich spora odwaga, która często wprawia w zdumienie nie tylko pozostałych bohaterów, ale i widzów. Inna wspólna dla obydwojga cecha, choć przejawiająca się na odmienne sposoby, to totalna aspołeczność. Shizuku, co ważne i o czym już wspominałam, w ogóle nie jest zainteresowana nawiązywaniem przyjaźni, stąd gdy przypadkowo takowe w jej życiu się pojawiają, porusza się w tych relacjach niczym słoń w składzie porcelany, często przy tym raniąc nowych znajomych. Haru z kolei sprawia wrażenie, jakby był wychowywany przez wilki – nie ma najmniejszego pojęcia, jak się zachowywać, nie tylko wobec Shizuku, ale wobec każdej napotkanej osoby. Jest absolutnym dziwadłem – poziom jego niedostosowania do norm społecznych jest tak duży, że prosi się o jakieś wyjaśnienie takiego stanu rzeczy. Tego niestety, jak już nadmieniłam, nie otrzymujemy.

Postaci pierwszoplanowe, choć bez wątpienia napędzają historię, nie są jej jedynym atutem. Z czasem coraz wyraźniej do głosu dochodzą równie udani bohaterowie drugoplanowi. Mamy tutaj z pozoru typowe postaci – szkolną ślicznotkę, bogatego i zarozumiałego rywala, który próbuje rozbić związek głównych bohaterów, a także cichą i nieśmiałą myszkę, z podziwem patrzącą na protagonistę. To już było, chciałoby się powiedzieć. Ale każda z tych postaci w pewnym momencie wychodzi z roli, czym zaskakuje i bawi. Nie są one nieruchomym tłem dla pierwszoplanowego romansu – ostatnie odcinki zdają się celowo pomniejszać role Haru i Shizuku, więcej uwagi poświęcając właśnie pozostałym bohaterom. Już dla samych tych postaci warto zapoznać się z tym tytułem.

Asako Natsume, dziewczyna słodka jak kilo cukru i tępa jak kilo gwoździ, zamiast flirtować z chłopcami lub próbować odbić Haru Shizuku, jest kompletnie nieporadna w kontaktach międzyludzkich i całe życie towarzyskie przenosi do internetu. Chizuru Ooshima, postać, której już sam wygląd każe nam się spodziewać nudnej, bezbarwnej mimozy, stworzonej po to, by ją znienawidzić, okazuje się jednym z najbardziej zabawnych elementów serii. W gronie postaci drugoplanowych znajduje się też Kenji Yamaguchi, z początku wyraźnie antypatyczny bohater, który rozkwita w drugiej części serii, stając się sensownym konkurentem dla Haru, który z pewnością części widzów wydawać się może bardziej odpowiednim partnerem dla chłodnej i wyniosłej bohaterki. Nie ukrywam, że Yamaken zaskarbił sobie moją najszczerszą sympatię i patrząc na jego relacje z Shizuku, sama często odnosiłam wrażenie, że z logicznego punktu widzenia, jest on znacznie bardziej stosownym dla niej wyborem. Prawda jest jednak taka, że bohaterowie tej serii i ich zachowania niewiele mają wspólnego ze zdroworozsądkową logiką. Yamaken skonstruowany został tak, by stanowić męski odpowiednik tej Shizuku, jaką poznajemy na początku serii – i takie jego przedstawienie jest jak najbardziej celowe. Problem polega jednak na tym, że gdyby nasza heroina wybrała Yamakena, tak naprawdę nie zmusiłoby jej to do żadnej przemiany. W relacji z nim mogłaby pozostać dokładnie taką, jaką była od samego początku. Choć Tonari no Kaibutsu­‑kun wyraźnie pokazuje, że nie ma nic złego w odstawaniu od norm społecznych, jednocześnie jest serią, która uświadomić ma wartość przyjaźni i fakt, że spełnianie tylko i wyłącznie egoistycznych marzeń nie jest wiele warte. Jakkolwiek nie zachwycałby nas zarozumiały blondynek, tego akurat Shizuku nie może się nauczyć od niego – takiej lekcji udzielić jej może tylko Haru, do którego dziewczyna z własnej woli zaczyna wychodzić z nieznanymi jej dotychczas emocjami. Ta dwójka doskonale się dopełnia i co najważniejsze, uczy się od siebie wartości przyjaźni, miłości, ogólnie pojętych relacji międzyludzkich. A że przy okazji nieustannie się kłócą? To dość oczywiste przy dwóch tak silnych i upartych osobowościach. Dlatego też śmiem twierdzić, choć to opinia nieszczególnie popularna, że między tymi bohaterami są całe tony chemii, która wręcz kipi na ekranie.

Największą bolączką tej serii okazuje się zakończenie – to druga ze wspomnianych wcześniej wad Tonari no Kaibutsu­‑kun, które powstrzymują mnie od wystawienia jeszcze wyższej oceny końcowej. Fabuła dwunastu odcinków serii telewizyjnej odpowiada pierwszym czterem tomom mangi (docelowo ma ich być dwanaście). Trzynasty, finałowy odcinek, jest już inwencją własną twórców anime – ze wszech miar nieudany, zamiast ładnie domykać i podsumowywać wątki, pozostawia przykry niesmak, odbijający się na opinii o całej serii. Nie chodzi tylko o to, że niczego nie wyjaśnia i nie domyka – otwarte zakończenia, mądrze poprowadzone, potrafią czasem dać lepszy efekt, niż dopowiedzenie wszystkiego do ostatniej kropki. Tutaj jednak ostatni odcinek ewidentnie pozbawiony jest sensu i fabularnie bardzo wyraźnie odstaje od całej reszty. Różnica poziomów jest porażająca. Zamiast emocjonującego zakończenia, dostajemy najsłabszy odcinek serii, który pozostawia nas z niejasnym poczuciem, że osoba odpowiedzialna za scenariusz popełniła jakąś pomyłkę. Ten pechowy odcinek podcina skrzydła całej serii i obniża jej wartość. Być może, jeśli w przyszłości powstałaby następna seria, ów finał nie byłby tak bolesny. Na razie jednak trzeba powiedzieć sobie wprost – na koniec dostajemy kompletne rozczarowanie.

Technicznie seria przedstawia się dobrze. Tryska kolorami, animacja jest dynamiczna, projekty postaci dość klasyczne dla gatunku shoujo, natomiast z dużą inwencją twórczą prezentowane są wszelkie komediowe deformacje. Opening i ending to również bardzo typowe utwory – żywe piosenki o stosunkowo prostej linii melodycznej. Opening stanowi bardzo dobrą zapowiedź całej serii – jest totalnie zwariowany, przyprawia niemal o oczopląs dynamicznie zmieniającymi się ujęciami i porażająco intensywną kolorystyką.

Nie ukrywam, że Tonari no Kaibutsu­‑kun, nawet z nijakim zakończeniem, podbiło moje serce. To seria bardzo przyjemna i łatwa w odbiorze – czego się przed widzami nie wstydzi, nie próbuje też faktu tego ukryć pod marnej jakości pozorami „głębi”. Świetna komedia, niezły romans, trochę słabsza konstrukcja fabularna. Zdecydowanie dla fanów gatunku, a także amatorów komedii po prostu, bo mimo że głównym tematem jest tu romans szkolny, to podany on został w bardzo lekkiej formie, bez zbędnego dramatyzowania, a widzom nie grozi zalew łzawych wyznań miłosnych i traumatycznych wspomnień z dzieciństwa.

Lin, 10 marca 2013

Recenzje alternatywne

  • Yumi - 5 lutego 2013
    Ocena: 6/10

    Z tym największy jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz. W zasadzie na tym mogłabym zakończyć recenzję Tonari no Kaibutsu­‑kunwięcej >>>

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Brain's Base
Autor: Robiko
Projekt: Tomohiro Kishi
Reżyser: Hiro Kaburaki, Norihiro Naganuma
Scenariusz: Noboru Takagi
Muzyka: Masato Nakayama