Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 6/10 grafika: 7/10
fabuła: 5/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 16 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,31

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 812
Średnia: 7,4
σ=1,52

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Yumi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Tonari no Kaibutsu-kun

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2012
Czas trwania: 13×24 min
Tytuły alternatywne:
  • My Little Monster
  • となりの怪物くん
Gatunki: Komedia, Romans
Widownia: Shoujo; Postaci: Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Realizm, Trójkąt romantyczny
zrzutka

Z tym największy jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz. W zasadzie na tym mogłabym zakończyć recenzję Tonari no Kaibutsu­‑kun

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Tak już chodzą lata długie,
Jedno chce – to nie chce drugie,
Chodzą wciąż tą samą drogą,
Ale pobrać się nie mogą.

– Jan Brzechwa, Żuraw i czapla

W tytułach z gatunku shoujo najczęściej możemy spotkać jeden z dwóch typów bohaterek: radosne optymistki lubiane przez rówieśników lub dziewczyny znajdujące się na zupełnym marginesie społeczności szkolnej. Główna bohaterka Tonari no Kaibutsu­‑kun, Shizuku Mizutani, należy do tej drugiej grupy, jednak w przeciwieństwie do większości bohaterek znajdujących się w podobnej sytuacji, jej zupełnie to nie przeszkadza. W zasadzie to ona sama doprowadziła do takiego stanu i raczej nie czuje potrzeby, by zmieniać cokolwiek, ponieważ absolutny brak życia towarzyskiego stwarza idealne warunki do nieustannego zakuwania, które stanowi jedyny cel egzystencji bohaterki. Niestety, złośliwy los postanowił zniszczyć ambitne plany Shizuku, wrzucając w jej życie niejakiego Haru Yoshidę. Pewnego dnia dziewczyna zostaje poproszona o zaniesienie mu notatek z lekcji, gdyż Haru od dłuższego czasu nie pojawia się w szkole. Shizuku zamierza szybko załatwić sprawę i wrócić do domu, a to, że rzeczony osobnik cieszy się w szkole złą opinią, ponieważ kiedyś poważnie pobił kolegę, niewiele ją obchodzi. I właśnie na tym polega jej błąd: okazuje się, że Shizuku jest pierwszą dziewczyną, która zachowuje się wobec Haru normalnie, nie boi się odgryźć i mówi wprost to, co myśli, czym oczywiście natychmiast podbija jego serce. Jak powszechnie wiadomo, nic nie podnieca bardziej niż kobieta mówiąca nie.

Od tego momentu Shizuku ma problem. I nie, nie polega on na tylko tym, że ktoś odrywa ją od nauki. Nie, szkopuł w tym, że ten ktoś zachowuje się niczym rasowy jaskiniowiec. Rzuca się, krzyczy, skacze po ludziach i generalnie wszelkie konflikty próbuje rozwiązywać siłowo – nawet Shizuku, którą Haru darzy uwielbieniem, obrywa od niego wielokrotnie w trakcie trwania serii. Przez nieuwagę, ale jednak… Niby nie jej sprawa, że chłopak ma ze sobą problemy, ale niestety często to ona, chce czy nie, ponosi tego konsekwencje – wypadałoby więc jakoś ucywilizować kolegę. Na tym jednak nie koniec. Jedno dziwactwo przyciąga następne, tak więc niedługo do naszych bohaterów dołączy Asako Natsume, dziewczę urocze, ale jednocześnie ze sporymi problemami: otóż faceci lecą jedynie na jej urodę, a koleżanki zazdroszczą popularności. W efekcie Natsume ma duże problemy z zawieraniem znajomości: obawia się odrzucenia ze strony dziewczyn, a osobników przeciwnej płci unika, bo czuje się przy nich niezręcznie, tak więc jej kontakty z ludźmi polegają głównie na czatowaniu w sieci. Na doczepkę do gromadki dołącza się jeszcze Souhei Sasahara zwany Sasayanem, dla odmiany chłopak normalny i bez problemów. Kiedy dorzucić do tego wszystkiego chorobliwie nieśmiałą przewodniczącą równoległej klasy, Chizuru Ooshimę, i pojawiającego się od czasu do czasu Kenjiego Yamaguchiego (nazywanego Yamakenem) ze swoją bandą, początkowo występującego jako „ten wredny”, a stopniowo przechodzącego w nieco bardziej zażyłe relacje z resztą towarzystwa, mamy w zasadzie całą obsadę. W tej sytuacji chyba jasne jest, że Shizuku nie odzyska tak cenionego przez siebie spokoju…

O co w tej serii chodzi? Uczciwie przyznam: nie mam pojęcia. To podobno miał być romans. Przyjrzyjmy się więc naszej parze – Haru i Shizuku. On ciągle za nią biega, ona ciągle mówi mu, żeby się odczepił. On chce jej pomóc, kiedy ktoś ją zaczepia, jednak przez przypadek wymierza swojej wybrance solidny cios w twarz. Ona chce się w spokoju pouczyć, on zawraca jej głowę i próbuje wciągnąć w realizację jakichś dziwnych pomysłów. Ona rozmawia z innym facetem, on jest zazdrosny – chce przywalić „rywalowi”, trafia w nią. Szalenie romantyczne, prawda? Oczywiście ja wiem, że główna bohaterka nie przywykła do okazywania uczuć i jej naturalną postawą wobec wszystkiego naokoło jest oziębłość, a z kolei Haru jest pod tym względem zupełnym jej przeciwieństwem i działa na zasadzie „jeśli coś czujesz, natychmiast to wyraź”, co skutkuje narzucaniem się (i to dosłowne) dziewczynie. Niemniej, ta para po prostu nie gra. Jak wygląda rozwój ich znajomości? On poznaje ją i z miejsca stwierdza, że kocha, chce z nią być i tym podobne. Ona (całkiem trzeźwo zresztą) stwierdza, że skąd ty się człowieku urwałeś, nie znam cię i zostaw mnie w spokoju. Mija jakiś czas, znają się trochę dłużej, trochę lepiej – Shizuku stwierdza, że niestety, ale ona chyba jednak coś do tego głąba czuje. Postanawia mu to powiedzieć i co słyszy w odpowiedzi? Że może i tak, ale jej miłość do niego to trochę co innego, niż on czuje, i to nie wyjdzie. Później on zmienia zdanie i chce z nią chodzić, a ona stwierdza, że nie, bo jednak jej przeszło i wcale go nie kocha. I tak w kółko. Krążą wokół siebie i krążą, ale ciągle się rozmijają. To jest naprawdę męczące, wierzcie mi. Znacie wierszyk Żuraw i czapla Jana Brzechwy? Jeśli tak, to wyobraźcie sobie jego przełożenie na szkolne anime. Widzicie to? Właśnie zrozumieliście, jak w przybliżeniu wygląda Tonari no Kaibutsu­‑kun. Może dałoby się znieść takie rozmijanie się, gdyby pomiędzy Haru a Shizuku rzeczywiście istniała chemia. Ale nie, tutaj zupełnie tego nie czuć. Niedopasowanie charakterów to jedno, czasem mimo to ludzi ciągnie do siebie. W momencie, kiedy nie widać między bohaterami żadnego uczucia, cały „romans” szlag trafia i całość naprawdę przestaje mieć jakikolwiek sens.

Co ciekawe, absurdalność całej sytuacji dociera nawet do części bohaterów, w tym Shizuku. Szczerze mówiąc, akurat od jej strony przedstawiono romans, a raczej jego brak, całkiem trafnie. To jest typ bohaterki bardzo mocno przywiązanej do dotychczasowego trybu życia, ciągłego dążenia do doskonałości i sukcesów, czerpiącej satysfakcję z tego, że jej ciężka praca przynosi efekty. Dlatego bardzo nie podoba jej się, że ktoś chce ją od nauki odciągnąć. Poza tym, oczywiście, brakuje jej obycia i pewnie nawet jeśli się do tego nie przyzna, trochę obawia się konfrontacji z tym wszystkim, co kiedyś uznała (i nadal uznaje) za mało istotne. Z tego powodu, mimo że rzeczywiście coś czuje do Haru, bardzo trudno jej to uzewnętrznić. Więcej, ona w pewnym momencie stanowczo postanawia się z uczuć wyleczyć, ponieważ za bardzo ją dekoncentrują i przeszkadzają w nauce. Haru nie rozumie rzeczy o wiele prostszych, a co dopiero takiego wewnętrznego galimatiasu Shizuku. Nie jest w stanie do niej dotrzeć, nie wie, jak z nią postępować i nawet nie widzi, że to, co robi, przynosi zupełnie odwrotne skutki od zamierzonych. Tak naprawdę nie wiadomo nawet, co on w niej widzi, bo chyba tylko to, że odważyła się z nim porozmawiać. Shizuku zaczyna się zastanawiać, czy to w ogóle ma sens – i w tym momencie jakikolwiek rozwój relacji głównej pary się kończy. Fabularnie. A to, że między nimi jakiejkolwiek chemii nijak wyczuć się nie da, już zostało powiedziane.

Natomiast chociaż romansem tego całego zamieszania moim zdaniem nazwać nie można, to jednak obserwowanie konfrontacji Shizuku z całkiem nowymi dla niej aspektami życia było interesujące. W ogóle w przypadku tego anime mamy do czynienia z ciekawą sytuacją – zazwyczaj w shoujo tego typu jedna „normalna” osoba pomaga drugiej, nieprzystosowanej społecznie, otworzyć się na innych. Tutaj zarówno Shizuku, jak i Haru należą do marginesu i o ile Haru ucywilizować trzeba, bo gotów wylądować w poprawczaku, tak Shizuku niespecjalnie potrzebuje zmiany. Teoretycznie w pierwszych odcinkach ma jakieś przebłyski, że nowe doświadczenia jej się podobają, ale to wszystko później ucieka na daleki plan. W gruncie rzeczy główna bohaterka nie zmienia się ani trochę. Nie uważam tego jednak za wadę, to nadal jest całkiem dobrze, a przede wszystkim spójnie skonstruowana postać. Jeśli dodać do tego Natsume, która także ma duże problemy w kontaktach międzyludzkich i chorobliwie nieśmiałą Ooshimę, można dojść do wniosku, że ta seria tak naprawdę wcale nie miała pokazywać przystosowania się do innych ani zmian, tylko udowodnić, że da się żyć będąc sobą, inaczej, na bakier. Tylko czy to nie będzie nadinterpretacją? W przypadku tego tytułu mamy niestety do czynienia z adaptacją kawałka wciąż wydawanej mangi, więc bardzo trudno powiedzieć, do czego to wszystko faktycznie zmierza.

Na szczęście Tonari no Kaibutsu­‑kun ma coś, czego Żuraw i czapla nie posiada – innych bohaterów poza główną parą i sporo wątków pobocznych. W zasadzie w tej serii wszystko poza przewodnim wątkiem romansowym jest w porządku. Bohaterowie, jak to w szkolnych komediach shoujo, zajmują się przeróżnymi rzeczami – a to kurnik zbudują, a to świętują wspólnie Boże Narodzenie i Nowy Rok, a to wybierają się na piknik. Jaki kurnik, zapytacie? Nie wiem, czy wspominałam wcześniej, że Tonari no Kaibutsu­‑kun jest komedią, i to w gruncie rzeczy komedią całkiem udaną. Początkowo gagi opierają się głównie na nieprzystosowaniu głównych bohaterów do życia w społeczeństwie, a także na kogucie, którego postanawia przygarnąć główny bohater. Rzeczą, która mnie irytowała, były „żarty” polegające na tym, że Shizuku przypadkiem obrywała w głowę od Haru – a to z pięści, a to z puszki… Jakoś mnie to nie śmieszy, tym bardziej że powtarza się bardzo często. Na szczęście szybko pojawiają się kolejne postacie ze swoimi problemami i przynajmniej częściowo na nie przenosi się również humor, głównie sytuacyjny. Prawie każdy bohater w tym anime dostaje swoje pięć minut, dzięki czemu trudno o nudę. W zasadzie każda postać (a na pewno wszystkie te, którym poświęcono więcej czasu) przeżywa różnego rodzaju problemy sercowe. To wszystko nie są oczywiście poważne dylematy, niemniej każdy musi sobie z nimi jakoś poradzić. Podobało mi się to, że każdy inaczej starał się sprostać sytuacji, w jakiej się znalazł. Seria dużo zyskuje również na tym, że ani przez chwilę nie przybiera konwencji całkiem serio, starając się pokazać stan zakochania raczej jako źródło humoru niż powód do robienia dramatu. Wielka szkoda, że – jak już wspomniałam – anime to jest tylko częścią mangi i żaden z wątków nie tylko romansowych, ale w ogóle wszystkich, jakie tu się przewijają, nie doczekał się zakończenia.

Sytuacja w zakresie beznadziejności Tonari no Kaibutsu­‑kun jako romansu zmienia się znacząco, kiedy na scenę coraz częściej zaczyna wkraczać Yamaken, nastolatek znudzony życiem, „mający wszystko” i uważający się za zdecydowanie lepszego od większości ludzi. Początkowo robi on sobie żarty z Haru i jego uczucia do kogoś takiego jak Shizuku, ale z czasem z przerażaniem stwierdza, że… no cóż, chyba on także coś czuje do tej dziewczyny. Romans przybiera postać trójkąta i chociaż zazwyczaj nie lubię takich zagrań, muszę przyznać, że to uratowało tę serię. Wcale nie dlatego, że Haru poczuł się zagrożony i postanowił pomyśleć, jak skutecznie zdobyć względy Shizuku. Po prostu pomiędzy główną bohaterką a Yamakenem naprawdę iskrzy. Od razu widać różnicę i choćby dlatego ten wątek bije na głowę przewodni romans serii. Drugim powodem jest to, że Shizuku o wiele bardziej pasuje do Yamakena, lepiej się z nim dogaduje, a on lepiej ją rozumie. Na dodatek, wychodząc nieco poza sam romans i relacje bohaterów, Yamaken budzi o wiele większą sympatię niż Haru. Prawdopodobnie dlatego, że, chociaż zachowuje się teatralnie i jest wiecznie zblazowany, pozostaje jednak całkiem normalnym chłopakiem. Takim, którego chętnie spotkałabym naprawdę – nie tylko dlatego, że przynajmniej nie obawiałabym się w jego obecności o swoje bezpieczeństwo, ale też dlatego, że (jako jeden z niewielu w tej serii) rzeczywiście został pokazany jako osoba inteligentna i ciekawa. Obserwowanie, jak boryka się z całkowicie niezrozumiałym dla niego afektem do Shizuku, dostarczało sporo radości, zwłaszcza że Yamaken czuje się w tej sytuacji wyjątkowo bezradnie i nawet nieodłączny cynizm niewiele jest w stanie pomóc. Bohater cały czas stara się utrzymać maskę obojętności, a kontrast między tym, co pokazuje na zewnątrz, a tym co myśli, niezmiennie bawi. Prawdę powiedziawszy, to Yamaken jest głównym powodem, dla którego oglądałam tę serię i mimo licznych wad, nie uznaję jej za całkowitą stratę czasu. Mnie jeden ciekawy bohater jest w stanie przykuć do anime, pytanie tylko, jak wielu widzów będzie podzielało to zdanie?

Prawdziwym problemem Tonari no Kaibutsu­‑kun (poza romansem) jest główny bohater. Sam w sobie Haru wypada źle, natomiast kiedy zestawić go z rywalem, którym jest oczywiście Yamaken, to… Bida z nędzą, aż piszczy. Co jest z nim nie tak? Haru zachowuje się tak, jakby dotąd wychowywał się w jakimś odległym od cywilizacji miejscu, zamknięty w klatce czy innej izolatce, a ludzi widywał stosunkowo rzadko. Kojarzycie mangę pod tytułem Beast Master autorstwa Kyousuke Motomi? Tam sytuacja była podobna, tylko że główny bohater rzeczywiście i całkiem serio wychowywał się z dala od ludzi, z jednym tylko opiekunem. Haru nie zachowuje się może aż tak źle, ale, przynajmniej w pierwszych odcinkach Tonari no Kaibutsu­‑kun, różnica jest niewielka. Zupełne nieobycie w kontaktach z ludźmi, z czego oczywiście rodzą się liczne nieporozumienia, to jedno – na upartego można by jeszcze stwierdzić, że to się trzyma kupy, bo z dalszej części serii wynika wyraźnie, że Haru od zawsze wszędzie, gdzie się znalazł, stwarzał kłopoty sobie i innym. Natomiast kiedy za sprawą Shizuku bohater postanawia zacząć uczęszczać do szkoły i zadaje pytania w stylu „Ale właściwie co i po co ja tu powinienem robić?”, to jednak coś jest nie tak – przecież jakoś podstawówkę i gimnazjum musiał ukończyć, prawda? A za chwilę znowu okazuje się, jakich to on nie ma dobrych ocen… Ja rozumiem, że seria zapewne miała na celu pokazanie procesu uspołecznienia bohatera, ale tutaj przesadzono na samym początku, a potem zmiana przychodzi mu zbyt łatwo. Charakter Haru jest zwyczajnie niespójny. Na dodatek, niezależnie od tego, co usiłują wmówić widzom twórcy, Haru nie jest też w swoich wahaniach nastrojów uroczy – to typ bohatera, z którym nigdy nie chciałabym mieć do czynienia: nigdy nie wiadomo, czego się po nim spodziewać, a miewa agresywne zachowania. Tym bardziej że zupełnie nie przejęto się tym, iż zachowanie godne prawdziwego jaskiniowca nie może przecież brać się znikąd, jakoś uzasadnione być musi. Wchodzą tu chyba w grę jakieś rodzinne zatargi sugerowane poprzez pojawiającego się epizodycznie brata Haru, Yuuzana, ale generalnie na ten temat seria milczy – zapewne ten wątek prędzej czy później rozwija się w mandze. Nie uważam tego jednak w żadnym razie za usprawiedliwienie: trzeba było pomyśleć, co się robi, a nie ekranizować wszystko jak leci, a potem zostawić widzów z całkowicie rozgrzebanymi wątkami. Tak, wiem, to anime powstało tylko jako reklamówka mangi…

Nieumiejętne przełożenia komiksu na anime to również jedna z wad Tonari no Kaibutsu­‑kun. Nie czytałam co prawda oryginału, ale mam nieodparte wrażenie, że tutaj po prostu przerzucono wszystko jak leci z kart mangi na ekran. Niestety, tak się nie da zrobić dobrej serii. W pierwszych kilku odcinkach bardzo czuć było złe rozłożenia materiału – mniej więcej w około dwóch trzecich każdego z nich miałam wrażenie, że za chwilę powinny pojawić się napisy końcowe. Później to się unormowało, albo może ja przywykłam. Poza tym, boli wspomniane już rozgrzebanie wątków, a potem pozostawienie ich samym sobie, bo w przypadku tego tytułu nikt nawet nie próbuje udawać, że zakończenie akurat w tym miejscu ma sens. Po prostu – skończył się sezon, kończymy ekranizację, ciach. Dlatego też zakończenie Tonari no Kaibutsu­‑kun jest otwarte w pełnym znaczeniu tego słowa – brakuje jakiejkolwiek konkluzji, absolutnie żaden wątek nie doczekał się rozwiązania. Może to i lepiej, dzięki temu widz może dorabiać własną teorię, a biorąc pod uwagę wątpliwości Shizuku co do Haru i jej relacje z Yamakenem, daje to pole do popisu… Bardzo ciekawa jestem, w którą stronę pójdzie autorka mangi, chociaż pewnie nie ma sensu liczyć na cuda i oczekiwać, że rywal stanie się kimś więcej niż tylko rywalem.

Grafika bardzo pasuje do nastroju serii – jest wyrazista, żywa i radosna. Projekty postaci prezentują się ładne, zarówno dziewcząt (Shizuku nie jest tutaj najlepszym przykładem, ale wystarczy spojrzeć na Natsume), jak i panów, chociaż na pierwszy rzut oka nie kojarzą się może typowo z shoujo. Co ciekawe, postaci stosunkowo rzadko przybierają tak lubiane zwykle w romansach skierowanych do pań formy super­‑deformed – chociaż przyznać trzeba, że kiedy już występują, doskonale akcentują pewne rzeczy i faktycznie śmieszą. Rysownicy przyłożyli się do swojej pracy: nie jest to może żadna sztuka, ale bohaterowie rysowani są starannie i bardzo rzadko zdarzało mi się wypatrzyć wpadki (w stylu krótkotrwałego wodogłowia albo przemieszczania się części twarzy), a proporcje także mają się całkiem dobrze. Oczywiście im większa odległość, tym mniej szczegółów, sylwetki bywają nieco kanciaste, ale nie jest to nic, co przeszkadzałoby w oglądaniu czy raziło. Podobało mi się to, że bohaterowie mają szafy wypełnione ciuchami, a także, że zaznaczono różnice w ich stylu – na przykład Shizuku wyraźnie jest wszystko jedno, co ma na sobie, ale Natsume przywiązuje wagę do stroju i ubiera się naprawdę ładnie. Animacja jest mocno przeciętna – z im większej odległości obserwujemy bohaterów, tym sztywniejsze są ich ruchy, nie jest to jednak nigdy forma karykaturalna. Ogólnie starano się oszczędzać: dominują zbliżenia na twarze postaci, podczas rozmów często pokazywane są plansze np. z panoramą miasta albo rozmawiający stoją tyłem do kamery i tym podobne. Te środki zastosowano jednak z umiarem i nie drażnią, więc nie uważam ich za duży minus. Niewątpliwe uwagę zwraca piosenka otwierająca każdy odcinek – Q&A Recital w wykonaniu Haruki Tomatsu, seiyuu głównej bohaterki. Piosenka jest żywa, energiczna i błyskawicznie wpada w ucho, aczkolwiek dość szybko z niego także wypada. Natomiast trudno zapomnieć towarzyszącą jej animację – zrobioną dość oszczędnie i raczej statyczną, ale za to atakującą widza intensywnymi barwami. Po ekranie przemykają chyba wszystkie możliwe kolory: jest pstrokato, aż oczy bolą. Nie powiem, bardzo to pasuje do tej serii. Ending to nieco spokojniejszy, ale nadal żywy utwór zespołu 9nine, zatytułowany White Wishes. Warto zatrzymać się chwilę nad tekstem tej piosenki, gdyż trafnie podsumowuje ona główny wątek romantyczny serii. Towarzyszą jej bardzo ładne, jakby rysowane pastelami, utrzymane w subtelniejszych kolorach plansze z głównymi bohaterami.

Trudno mi polecać Tonari no Kaibutsu­‑kun komukolwiek, gdyż sama mam w stosunku do tej serii bardzo mieszane uczucia. Kreacja głównego bohatera leży i kwiczy, z tego powodu przewodni wątek romansowy także, główna bohaterka – chociaż dobrze skonstruowana – jest zwyczajnie nudna i na tyle specyficzna, że raczej nie posądzam nikogo o utożsamianie się z nią, zaś fabuła została dokładnie rozgrzebana i bezlitośnie porzucona. Cała reszta jest w porządku, ale też nie wyróżnia się niczym szczególnie spośród podobnych tytułów i w zasadzie jedynym powodem, dla którego oglądałam tę serię z przyjemnością i wystawiłam jej taką, a nie inną ocenę, był Yamaken. Jeśli ktoś znajdzie w Tonari no Kaibutsu­‑kun jakiś element, który rzeczywiście będzie mu odpowiadać, pewnie uzna seans za udany. Powiem tak: niech próbują wszyscy amatorzy gatunku, bo i tak tylko im ten tytuł ma szansę się spodobać. Cała reszta z pewnością może go sobie odpuścić.

Yumi, 5 lutego 2013

Recenzje alternatywne

  • Lin - 10 marca 2013
    Ocena: 8/10

    Królowa Śniegu i Piotruś Pan w pędzącym 200km/h pojeździe zwanym fabułą, czyli czyste szaleństwo z domieszką szkolnego romansu. więcej >>>

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Brain's Base
Autor: Robiko
Projekt: Tomohiro Kishi
Reżyser: Hiro Kaburaki, Norihiro Naganuma
Scenariusz: Noboru Takagi
Muzyka: Masato Nakayama