Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Festiwal Fantastyki Cytadela - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 7/10 grafika: 8/10
fabuła: 7/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 11 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,55

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 103
Średnia: 7,54
σ=1,77

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Eltanin)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Gundam Seed Destiny

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2004
Czas trwania: 50×25 min
Tytuły alternatywne:
  • Kidou Senshi Gundam SEED DESTINY
  • Mobile Suit Gundam Seed Destiny
  • 機動戦士ガンダムSEED DESTINY
Tytuły powiązane:
zrzutka

Kira i Athrun po raz kolejny muszą przywrócić pokój na świecie. Kolejna część popularnej serii o mechach, tym razem nie tak udana…

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Wojna skończyła się. Wszyscy wrócili do domu i starają się na nowo poukładać sobie życie – pokój, miłość, szczęście… Do czasu. Z bazy ZAFT zostają skradzione trzy najnowsze modele robotów – oczywiście przy okazji pół bazy ulega zniszczeniu (przecież nie ma sensu podprowadzić ich po cichu i zniknąć, zanim wszyscy się zorientują), wiele osób zostaje rannych… I to dopiero początek kłopotów – kiedy ZAFT stara się odnaleźć porwane maszyny, Ziemia zostaje zaatakowana w wyjątkowo wyrafinowany i pomysłowy sposób przez nieznanych sprawców. Sytuacja zaostrza się i wypracowany z ogromnym trudem pokój diabli biorą. Co w tej sytuacji zrobią weterani poprzedniej wojny – Kira Yamato, Athrun Zala i ich towarzysze?

O Gundam Seed Destiny słyszałam dużo opinii, ale niewiele pochlebnych. Mimo to, z tęsknoty za bohaterami, postanowiłam je obejrzeć. Szczerze mówiąc, nie żałuję, chociaż z większością zarzutów muszę się zgodzić. Mamy nowych głównych bohaterów, lepsze mechy, kolejną intrygę, ale nie sposób pozbyć się wrażenia, że to już było. Patrząc na kolejne sceny, bitwy, pojedynki i zwroty akcji, miałam wrażenie, że oglądam Seeda z niewielkimi zmianami w scenariuszu. Niestety to, co sprawdziło się w pierwszej części, w drugiej wypadło blado i nieciekawie – ot, kiepska kalka. Jednym z najlepszych przykładów jest scena w jaskini, która w Destiny może zyskała na fanserwisie, ale zdecydowanie straciła na uroku. Sama fabuła jest ciekawa i wciągająca, ale widzów poprzedniej serii nie ma tak naprawdę czym zaskoczyć (z drobnymi wyjątkami). Po raz kolejny otrzymujemy olbrzymią porcję patosu i wielkie przemowy o pokoju, które są równie subtelne jak szarżujący nosorożec. Ciekawym pomysłem było zestawienie nowych bohaterów, z ich idealistycznym podejściem, niezachwianą wiarą w to, co mówią przełożeni, i pewnością siebie, graniczącą z bezczelnością, ze starą, doświadczoną drużyną, która swoje przeżyła i generalnie zdaje sobie sprawę, że wojna, niezależnie od powodów, jest złem. Niestety wyjątkowa głupota nowych postaci sprawia, że nie można się tym pomysłem nacieszyć. Co jak co, ale takiej zgrai psychopatów i wraków psychicznych ze świecą szukać! Przez pięćdziesiąt odcinków modliłam się, żeby wreszcie ubili tę bandę irytujących genialnych dzieciaków (nadzieja matką głupich). Stężenie wszelkiej maści wariatów na metr kwadratowy zdecydowanie przekracza normy – oprócz „Standardowej Trójki Do Unicestwienia”, w której skład wchodzi autystyczna dziewuszka z sadystycznymi skłonnościami, przy której Flay to okaz zdrowia psychicznego, otrzymujemy głównego bohatera z Traumatyczną PrzeszłościąTM i górą kompleksów, które leczy, rozwalając co się da swoim cudownym gundamem, oraz jego przyjaciela z poważnym kryzysem tożsamości (no dobrze, on akurat ma powody). Swoją drogą, zawsze mnie to zastanawia – gundamy to ukoronowanie myśli technicznej, najwspanialsza i najpotężniejsza (podejrzewam, że i najdroższa) broń, która praktycznie decyduje o tym, kto zwycięży wojnę. Tymczasem pilotami tych cudów techniki zostają narwane szczeniaki, które powinno się zamknąć w szpitalu psychiatrycznym i faszerować lekami od rana do wieczora – o testach psychologicznych nie słyszeli?!

Jak już wspomniałam, nowi bohaterowie to kompletna porażka. Twórcy widocznie uznali, że Athrun i Kira nie zostali w Seedzie wystarczająco skrzywdzeni przez los, więc w Destiny postanowili zaszaleć i odpowiednio obdzielić nieszczęściami „młodych gniewnych”. Chyba po to, żeby różnica w poglądach była bardziej widoczna. Na szczęście „stara gwardia” trzyma klasę, zresztą nie przebrnęłabym przez to anime, gdyby nie oni. Są dojrzalsi, poważniejsi i nie tak naiwni (teoretycznie), chociaż w relacjach damsko­‑męskich Kira i Athrun nadal pozostają zupełnymi ciamajdami. Swoją drogą, zarówno Gundam Seed, jak i Destiny, mają świetnie skonstruowane postacie kobiece (pomińmy milczeniem Flay i Stellę), które swoim zachowaniem udowadniają, że mają więcej charakteru niż wszyscy panowie razem wzięci. Muszę przyznać, że na początku nie cierpiałam Lacus, która była dla mnie kolejną bezmózgą różową księżniczką, pełniącą funkcję elementu wystroju wnętrza lub dodatku do stroju głównego bohatera. Z czasem okazało się, że ona myśli, snuje intrygi, generalnie robi z panami, co jej się żywnie podoba i, jak raczyła zauważyć moja koleżanka, „Ma malinowy krążownik!” (proszę nam wybaczyć jeżeli to nie jest krążownik, w każdym razie wrażenie było mocne). Gdyby jeszcze tylko nie śpiewała…

Zresztą moim ulubionym wątkiem w tej serii jest piękny pojedynek „Archanioła” i „Minervy”, dowodzonych przez Murrue Ramius i Talię Gladys. Dojrzałe, inteligentne i doświadczone kobiety, które wiedzą, czego chcą, ale nie dążą do celu po trupach i w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji zachowują spokój. Najbardziej zabolało mnie to, co twórcy zgotowali Cagalli – rozmemłali ją, z pełnokrwistej, ciekawej postaci zrobili szmacianą laleczkę, która biernie przygląda się wszystkiemu, popłakując w kącie. Kira i Athrun tak naprawdę niewiele się zmienili, nadal uzależnieni i posłuszni swoim damom, nie do końca potrafiący podjąć właściwą decyzję. Trochę przesadzono z możliwościami bojowymi Kiry i w pewnym momencie zaczyna on bardziej przypominać boga niż śmiertelnika z nieco bardziej rozwiniętymi zdolnościami. Natomiast Athrun nadal działa na nerwy Yzakowi, nadal dostaje czerwonego mecha i nadal nie ma pojęcia o kobietach – cóż, pewne rzeczy pozostają niezmienne…

Tak naprawdę Gundam Seed Destiny nie ma nic nowego do zaoferowania widzowi. Owszem, potrafi zaskoczyć (zwłaszcza stopniem skomplikowania intryg politycznych), jest efektowny i przy odpowiednim podejściu wciąga, ale to już nie jest to. Przez niezdrową ilość powtórek i nagminne odświeżanie starych motywów, jak również z powodu wyjątkowo antypatycznych głównych (nowych) bohaterów, seria zraża do siebie nawet zatwardziałych fanów Seeda. Głupota niektórych zachowań postaci, a także nadmierny dramatyzm skutecznie obrzydzają oglądanie.

Graficznie i muzycznie Destiny niewiele różni się od poprzednika. Projekt postaci pozostał ten sam, takoż kolor wybuchów. Ja zaliczam to do plusów, ponieważ grafika w Seedzie przypadła mi do gustu, chociaż była wyjątkowo nierówna. Animacji nie mam nic specjalnego do zarzucenia – bitwy i pojedynki miały być widowiskowe i takie były, chyba że ktoś jest wielbicielem niesamowitych fajerwerków. O ile jednak czołówki i zakończenia w Gundam Seed są na ogół udane, o tyle o Destiny już nie można tego napisać. Openingi to porażka na całej linii, w dużej mierze to kwestia gustu, ale moim zdaniem nie popisano się przy wyborze piosenek… Honor serii ratuje trzeci ending – urocza ballada I Wanna Go to a Place… śpiewana przez Rie Fu, ale akurat na tej pani zawsze można polegać.

Muszę przyznać, że miałam poważne problemy z wystawieniem oceny za postaci i całość. Z jednej strony ciągle pamiętam nowych pilotów, którzy powielają najgorsze i najbardziej oklepane schematy w anime, z drugiej – są tu wspaniałe postacie kobiece (z kilkoma niechlubnymi wyjątkami), których w życiu nie spodziewałabym się spotkać w serii o mechach. Jeżeli chodzi o całość – „widziały gały, co brały”, nie mogę powiedzieć, że nie uprzedzano mnie o słabościach tej serii, byłam przygotowana na wyjątkową porażkę. Tymczasem anime mnie wciągnęło i chociaż wielokrotnie zgrzytałam zębami, oglądałam dalej, bynajmniej nie z wrodzonej skłonności do masochizmu. Gundam Seed Destiny to produkcja bardzo przeciętna i nie dorastająca oryginałowi do pięt. Chcąc dodatkowo „ubarwić” tę serię, twórcy zmarnowali spory potencjał i sami wykopali sobie grób. Czuję się zawiedziona jej poziomem i szczerze mówiąc, nie polecam jej nawet największym fanom Gundamów – po co psuć sobie ładne wspomnienia?

moshi_moshi, 18 września 2008

Recenzje alternatywne

  • Eltanin - 11 listopada 2005
    Ocena: 9/10

    Czy można stworzyć kontynuację czegoś niepowtarzalnego? ZAFT vs. Sojusz Ziemski – podejście drugie, czyli ciąg dalszy jednej z najlepszych serii science­‑fiction ostatnich lat. więcej >>>

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Sunrise
Autor: Hajime Yatate, Yoshiyuki Tomino
Projekt: Hisashi Hirai, Kimitoshi Yamane, Kunio Ookawara
Reżyser: Mitsuo Fukuda
Scenariusz: Chiaki Morosawa
Muzyka: Toshihiko Sahashi

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Podyskutuj o Gundam Seed i Gundam Seed Destiny na forum Kotatsu Nieoficjalny pl