Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 6/10 grafika: 3/10
fabuła: 6/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,00

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 5
Średnia: 6
σ=2,1

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Yes! Precure 5 Go Go!

Rodzaj produkcji: seria TV (Japonia)
Rok wydania: 2008
Czas trwania: 48×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Yes!プリキュア5 GoGo!
Gatunki: Przygodowe
Widownia: Shoujo; Postaci: Magical girls/boys, Uczniowie/studenci; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Magia
zrzutka

Wojowniczki kontra… straszliwe muzeum. Tak jak poprzednio, czyli poprawnie i bez błysku.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Królestwo Palmier powoli dźwiga się z gruzów pod okiem obu swoich nowych królów, zaś dziewczęta wróciły do codziennego życia. Brakuje im trochę dawnej magii, a przede wszystkim miejsca i okazji do częstych spotkań, jednak szkolne obowiązki oraz plany na przyszłość pochłaniają im praktycznie cały wolny czas. Jak jednak łatwo zgadnąć (skoro to nowa seria), wkrótce okażą się znowu potrzebne. Pojawienie się w mieście tajemniczego chłopca, Syrupa, oraz przekazanie w ręce bohaterek przedmiotu nazywanego Rose Pact, oznacza początek nowych kłopotów. Syrup, jak się szybko okazuje, podobnie jak Coco i Nuts jest mieszkańcem jednej z magicznych krain, tylko czasowo przybierającym ludzką postać. Jego celem jest dotrzeć do Cure Rose Garden, miejsca, do którego ma zaprowadzić Rose Pact. Bohaterki chętnie zgadzają się mu w tym pomóc, jednak na ich drodze staje Eternal, złowieszcza organizacja, której celem jest zgromadzenie w obszernych zbiorach wszelkich „wartościowych” rzeczy. Jak łatwo zgadnąć, uważają oni Rose Pact za zwieńczenie swojej kolekcji i nie cofną się przed niczym, by go zdobyć. Na szczęście jednak wraz z magicznym przedmiotem bohaterki na nowo zostają obdarzone mocą transformacji w wojowniczki Pretty Cure. A kiedy – po pewnym czasie – okaże się, że przeciwnik jest groźniejszy niż początkowo przypuszczano, do zespołu dołączy szósta dziewczyna. Czy uda się połączyć moce Czerwonej i Błękitnej Róży, a także otworzyć przejście do Cure Rose Garden?

Zawiązanie akcji jest standardowe, ale tego należy się przecież spodziewać. Magiczna kraina do uratowania, po drodze magiczne fanty (w tym przypadku stworki zwane „palminami”, wśród których ukrywają się ościenni władcy) do pozbierania, zła organizacja o tajemniczych celach do zniszczenia. Ciekawe jest to, że mamy tu do czynienia nie z nową historią, ale z kontynuacją Yes! Precure 5 – eksperyment wykonany wcześniej raz (w przypadku Futari wa Precure i Futari wa Precure Max Heart) i nigdy potem już niepowtarzany. Problem polega na tym, że niestety zdecydowano się na kontynuację serii pod wieloma względami zwyczajnie nieudanej, więc poprawienie kilku błędów niewiele może w tym przypadku podnieść ocenę.

Tym razem nikt nawet nie próbuje udawać, że chodzi tu o łapanie palminów – polowanie na te stworki, teoretycznie stanowiące główną misję Pretty Cure, pokazywane jest z rzadka i z reguły wtedy, gdy ma zostać znaleziony kolejny władca (który po podleczeniu zostaje odesłany do domu). Większość odcinków zajmują więc historyjki z życia codziennego bohaterek, więcej miejsca niż poprzednio poświęcono także poszczególnym planom wysłanników Eternal – bywa, że dostają oni więcej czasu ekranowego od Pretty Cure. Jako że seria trzyma się bezpiecznego schematu mahou shoujo i ratowania świata, całkowicie marnuje swoją szansę na dalszy rozwój postaci. O bohaterkach nie dowiadujemy się niczego nowego, a poświęcone im jednoodcinkowe wątki obracają się wokół cech ich charakterów lub zainteresowań, które poznaliśmy w pierwszej serii. Fanki Coco i Nutsa będą zapewne niepocieszone tym, że obaj panowie wprawdzie są na ekranie często, ale fabularnie zostali zepchnięci zdecydowanie na drugi plan, a wątki romantyczne z ich udziałem zamiecione pod dywan i praktycznie niewykorzystywane. Jeśli do tego dodać, że twórcy „zapomnieli” o jakimkolwiek upływie czasu (w Futari wa Precure Max Heart upłynął rok od poprzednich wydarzeń, a bohaterki zdały do następnej klasy), dostajemy de facto dokładnie to samo, co w serii pierwszej – więcej odcinków o zmaganiu się ze złem i powtarzalnym tłuczeniu nieciekawych potworków tygodnia.

Chociaż wydawać by się mogło, że zwiększanie i tak sporej obsady musi zakończyć się klapą, na duży plus należy serii zapisać postać Syrupa. Wątek jego przeszłości spleciony z wątkiem Cure Rose Garden nadaje ratowaniu kolejnego magicznego świata bardziej ludzką perspektywę. Szczególnie że w porównaniu do Coco i Nutsa, których rozterki śledziliśmy w poprzedniej serii, Syrup wypada zdecydowanie bardziej wiarygodnie. Przypuszczam, że w grę może tu wchodzić wiek – jest rówieśnikiem bohaterek, więc jego niepewność czy zagubienie wydają się bardziej naturalne, podczas gdy od dorosłych facetów oczekiwałabym ciut większej racjonalności i dojrzałości w podchodzeniu do życiowych problemów. Na pewno doskonale robi mu także to, że jego rola nie ogranicza się do siedzenia i popiskiwania – zarówno w ludzkiej, jak i w „maskotkowej” postaci jest zwyczajnie użyteczny i stara się coś robić, zamiast tylko siedzieć i czekać, aż Pretty Cure zrobią wszystko za niego. Nie najgorzej wypadła także szósta wojowniczka, Milky Rose – wprawdzie jej tożsamości łatwo się domyślić, zostawię jednak czytelnikom przyjemność samodzielnego odkrycia tej ważkiej tajemnicy. Napiszę tylko, że przynajmniej nie jest specjalnie irytująca sama w sobie, chociaż jej przemiana i atak dodatkowo wydłużają i tak rozciągnięte sekwencje transformacji, powtarzane w każdym odcinku.

Eternal to – podobnie jak poprzednio Nightmare – instytucja silnie zbiurokratyzowana, której wysłannicy po kolejnej porażce zmuszeni są pisać kilometrowe raporty, przedkładane zastępcy dyrektora, pannie Anacondy. O dziwo, niezłym pomysłem okazał się recykling jednej z postaci „z drugiej strony barykady”, czyli Bunbeego. Tchórzliwy oportunista w średnim wieku, stający na rzęsach, żeby – jak najmniej się narażając – zrobić karierę w nowym miejscu pracy, zdecydowanie ubarwia sceny z życia siedziby złych mocy. Tym bardziej że w odróżnieniu od nowych kolegów, ma też spore doświadczenie w ponoszeniu porażek i doskonale umie wyczuwać zmienne nastroje szefostwa. Reszta obsady jest dość typowa i składa się z rozmaitych dziwaków, którzy do walki przemieniają się w zwierzo- lub owadopodobne monstra, dzięki czemu bohaterki mogą w odpowiednim czasie rozprawiać się z nimi bez wyrzutów sumienia.

Postaci drugoplanowych ponownie niemal nie spotkamy – rodziny i znajome bohaterek odgrywają tu jeszcze mniejszą rolę niż poprzednio. Zwiększeniu uległ za to kontyngent maskotek, ponieważ praktycznie przez cały czas pod opieką bohaterek przebywa któryś z królów krain graniczących z Palmier. Jak zwykle też najbardziej męczące w odcinkach są dyskusje między maskotkami, prowadzone piskliwymi głosikami z obowiązkowym uroczym czymś dodawanym na końcu każdego zdania. Tyle dobrego, że Coco i Nuts spędzają więcej czasu w ludzkich postaciach, podobnie zresztą jak Syrup, który do tego jest na szczęście nieco mniej piskliwy i jojczliwy od swoich starszych kolegów.

Zastanawiałam się nad przyznaniem tej serii dodatkowego punkcika w porównaniu do poprzedniej, jednak zrezygnowałam z tego pomysłu z powodu oprawy graficznej. Rozumiem, że nie wszystko musi wyglądać jak wysokobudżetowa nowiutka kinówka, biorę poprawę na wiek serii i tak dalej. Jednakże poza zbliżeniami (a i to nie zawsze) absolutnie wszystkie ujęcia wyglądały tu tragicznie – jakby rysownicy nie potrafili nakreślić chociażby w miarę przyzwoitych sylwetek ludzkich, nawet gdyby miało od tego zależeć ich życie, a o istnieniu czegoś takiego jak widok z profilu właśnie się dowiedzieli i nie byli pewni, jak zabrać się do tego dziwnego konceptu. Dodatkowe kadry zawierają trochę przykładów, zapewniam jednak, że nie musiałam się silić na specjalną złośliwość w ich doborze – podobne ujęcia znajdowały się w każdym odcinku, od pierwszego do ostatniego. Tła, największa zaleta Yes! Precure 5, także uległy zubożeniu i uproszczeniu. Ulice są ledwie naszkicowane i oczywiście pozbawione ludzi, wnętrza puste, zaś ściany mają nieodmiennie barwę szaro­‑burą, beżowo­‑burą lub – najmodniejszą w tym sezonie – buro­‑burą. Powtarzalne sekwencje transformacji wszystkich bohaterek potrafią zajmować dobre trzy minuty czasu ekranowego, zaś ataki są jak zwykle wspomagane grafiką komputerową – szczególne wrażenie robią gigantyczne róże, dosłownie miażdżące nieszczęsnego przeciwnika. Całkiem ładne i w miarę proste są za to stroje Pretty Cure, trochę różniące się od tych, które zostały zaprezentowane w poprzedniej serii. Szkoda tylko, że efekt psują wspomniane wcześniej krzywe ujęcia sylwetek. Poza tym, ponieważ kolor niebieski „zajęła” już Cure Aqua, nowa Wojowniczka Błękitnej Róży występuje tutaj w gustownym fiolecie.

Jak zwykle nie podejmuję się oceniać, na ile muzyka Naokiego Satou powtarza kompozycje z poprzedniej serii. Cykl Precure ma generalnie szczęście do solidnych i może nie zapadających w pamięć, ale jednak bardzo porządnie zrobionych ścieżek dźwiękowych. Przyczepię się jednak do samych piosenek – czołówka, Precure 5, Full Throttle Go Go!, jest całkiem udana, ale zdecydowanie należało powierzyć jej odśpiewanie profesjonalistkom, a nie seiyuu bohaterek. Możliwe, że taki lekko amatorski efekt jest celowy, ale co z tego, kiedy piosenki po prostu źle się słucha? Poza tym wydaje się, jakby coś poszło nie tak z jej rozplanowaniem czasowym – to brzmi, jakby właściwa linia kończyła się kilkanaście sekund przed końcem czołówki i trzeba było dośpiewać kawałek, żeby wszystko się zgadzało. Podobnie amatorsko­‑udziecinnione wykonanie szkodzi pierwszej z piosenek w endingu, Te to Te Tsunaide Heart mo Link!!. Druga natomiast to kolejna wersja Ganbalance de Dance, utrzymana w zdecydowanie j­‑popowym stylu, ale znacznie lepsza od poprzedniej (chociaż ja jednak mam słabość do oryginalnej aranżacji z Futari wa Precure Splash Star). Większość seiyuu omówiłam w recenzji poprzedniej serii, tu wspomnę tylko, że częściej usłyszymy tutaj wcielającą się w Milky Rose Eri Sendai, zaś do roli Syrupa została zatrudniona Romi Paku (m.in. Ren z Króla Szamanów, Hitsugaya z Bleach, ale także Nana Oosaki z NANA).

O ile fabularnie jest chyba oczko lepiej niż poprzednio, o tyle nadal mamy tu do czynienia z wyjątkowo schematyczną serią mahou shoujo, a przewidywalności fabuły nie równoważą ani sympatyczne relacje między postaciami (które są nijakie), ani humor. Jeśli dołożyć do tego zdecydowanie niezachwycającą oprawę graficzną, otrzymujemy tytuł wyłącznie dla fanów cyklu oraz osób, którym akurat Yes! Precure 5 spodobało się na tyle, by miały ochotę poznać dalsze losy jego bohaterek. Pod warunkiem, oczywiście, że nie będzie im przeszkadzał brak jakiegokolwiek rozwoju postaci. Innym odradzam – to produkcja doskonale przeciętna, nie to, żeby szczególnie zła, ale jednak nie na tyle dobra, żeby warto było poświęcić te czterdzieści osiem odcinków na zapoznanie się z nią.

Avellana, 5 stycznia 2014

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Toei Animation
Autor: Izumi Toudou
Projekt: Toshie Kawamura
Reżyser: Toshiaki Komura
Scenariusz: Yoshimi Narita
Muzyka: Naoki Satou