Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 5/10 grafika: 7/10
fabuła: 4/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 6 Zobacz jak ocenili
Średnia: 4,67

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 144
Średnia: 6,44
σ=2,11

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Enevi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Makai Ouji: Devils and Realist

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2013
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • 魔界王子 devils and realist
Tytuły powiązane:
Gatunki: Fantasy, Komedia
Widownia: Shoujo; Postaci: Anioły/demony, Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Europa; Czas: Przeszłość; Inne: Elementy chrześcijańskie, Magia, Supermoce
zrzutka

Bóg dał Salomonowi mądrość i rozsądek nadzwyczajny oraz rozum nieogarniony, jak piasek na brzegu morza. (1 Krl 5, 9). Nie w tej historii, Kochani, nie w tej historii…

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

William Twining to młody i szalenie ambitny arystokrata, uczęszczający do prestiżowej szkoły męskiej. Chłopak ma prezencję, nazwisko, fortunę i świetnie się uczy. Jednak życie lubi płatać nieprzyjemne figle – w czasie przerwy świątecznej William dowiaduje się, że jego majątek przepadł i nie ma z czego zapłacić za następny semestr. Wraz z wiernym lokajem, Kevinem, postanawiają przeczesać rezydencję z nadzieją na znalezienie czegoś cennego, co można by sprzedać. W podziemiach domu trafiają na zamknięte pomieszczenie z wyrysowanym dziwnym kręgiem na podłodze. Kiedy bohater próbuje przeszukać tajemniczy pokój, przez przypadek przywołuje diabła o imieniu Dantalion. Demoniszcze twierdzi, że chłopak jest kolejnym wcieleniem króla Salomona i ma prawo wskazać następcę, który zasiądzie na piekielnym tronie. Cóż robi nasz biedny arystokrata? Wywala niechcianego gościa na zbity pysk, twierdząc że jest tylko kuglarzem i oszustem, ale że diabeł uparty, postanawia użyć podstępu, by zbliżyć się do Williama – zresztą nie tylko on…

Podeszłam do Makai Ouji: Devils and Realist bez większych oczekiwań, licząc co najwyżej na zabawne patrzydło ze stadem bishounenów. Niestety, piękni panowie to jedyna większa zaleta anime, które fabularnie szoruje po dnie, co odrobinę dziwi, gdyż historia miała potencjał. Motywy chrześcijańskie na dobre zadomowiły się w japońskim przemyśle animacyjnym – oczywiście są one traktowane jako pretekst do pokazania magii, przystojnych demonów czy puchatych aniołów i rzadko niosą ze sobą coś więcej. Nie inaczej jest w tym przypadku, acz starotestamentowy król i związane z nim wydarzenia wydają się naprawdę interesującym materiałem na scenariusz. Zwłaszcza że oprócz Biblii o Salomonie wspominają również Talmud, Koran oraz inne pisma – gwoli jasności, animowana wersja legendarnego króla Izraela oparta została właśnie na tych innych źródłach, o czym świadczy fakt, że to właśnie w nich jest on kreowany na „władającego” demonami. W związku z tym wokół Williama szybko zaczyna gromadzić się wianuszek rogatych pochlebców, liczących na to, że uda im się go namówić na wybranie władcy piekieł. Gromadzą się oni poniekąd z przymusu, bo gdzieś, kiedyś zawarli z Salomonem pakt i tak w sumie są mu winni posłuszeństwo. Naturalnie nadaktywność złych mocy nie podoba się mieszkańcom niebios, dlatego i oni postanawiają się ujawnić. Tu mała ciekawostka – autorka mangi uznała, że będzie atrakcyjniej, jeżeli to diabły okażą się szlachetniejszą i sympatyczniejszą partią, dlatego wśród aniołów dominują świry i służbiści, gotowi pozbawić biednego Williama życia w imię wyższego dobra. Dlaczego tak postąpiła, nie wiem, możliwe że rogatych łatwiej się rysuje i stanowią lepszy materiał do scen z fanserwisem. W każdym razie na niewiele się te kombinacje zdały, gdyż produkcja pozostaje dziełem nudnym i mdłym, wypełnionym bezbarwnymi bohaterami, będącymi zlepkiem kilku cech.

Najbardziej irytuje tytułowy realista, czyli William. Uparcie odmawia uwierzenia w diabły i piekło, nawet gdy do niego trafia, ale to akurat bywa zabawne. Gorzej, że według autorki bohater jest człowiekiem charyzmatycznym, wzbudzającym zazdrość i podziw kolegów, a także bardzo mądrym – w końcu dziedziczył po Salomonie. Nie inaczej myśli o sobie William, problem polega na tym, że widz tego nie dostrzega. Protagonista to wyjątkowy bufon, idiota i przeświadczony o własnej wyższości, rozpuszczony bachor. Ciągle kombinuje, wykorzystując przy tym innych, ale z jego dalekosiężnych planów rzadko coś wychodzi. Jest najzwyczajniej w świecie antypatyczny, chociaż twórcy z uporem maniaka wciskają, że jest inaczej. Równie mizernie wypadają demony, rzekomo potężne i pełniące w piekle ważne funkcje. Na co dzień Williamowi towarzyszą przebrani za uczniów Dantalion, Sytry oraz Camio, wysłani przez swoich patronów, by zapewnić sobie tron. Rzecz w tym, że panowie są diabłami tylko z nazwy – owszem, posiadają wielkie moce i czasem nawet ich używają do porachunków między sobą, ale gdy przychodzi do właściwej roboty, dostają małpiego rozumu. Jak na długowieczne demoniszcza, znane z okrutnych i przerażających czynów, są zaskakująco potulni i pokojowo nastawieni. Fakt, że nie wolno im skrzywdzić wcielenia Salomona, ale kto broni im sztuczek i podstępów? Tymczasem oni prostodusznie i naiwnie proszą chłopaka, by wybrał ich na władców i nawet do głowy im nie przyjdzie, by spróbować oszustwa. W efekcie snują się tylko za głównym bohaterem, czasem ratują go z opresji i dają się rozstawiać po kątach, licząc, że to przybliży ich do upragnionego celu. Równie nieciekawie wypada lokaj Williama, Kevin. Co prawda młody człowiek skrywa pewien sekret, ale kiedy w końcu wychodzi on na jaw, nie wpływa w poważniejszy sposób na poczynania bohaterów, poza tym, że stanowi jeszcze jedną szczyptę dramatyzmu, którym mangaczka stara się nieco wzbogacić fabułę.

Sytuacji nie ratują relacje, tak samo nijakie i płytkie jak bohaterowie. Zapatrzony w siebie William nie potrafi nawiązać z nikim głębszej więzi – nawet Kevin, który towarzyszy mu od dzieciństwa, jest traktowany przedmiotowo. Za taki stan rzeczy winę ponosi przede wszystkim autorka, niepotrafiąca przekonująco pokazać jakiegokolwiek związku między postaciami. Gdyby przywiązanie Dantaliona i reszty do protagonisty wynikało tylko i wyłącznie z kiedyś zawartego kontraktu, nie byłoby problemu, ale wszystko wskazuje na to, że demony autentycznie troszczą się o chłopaka i dbają o niego z własnej nieprzymuszonej woli, niezależnie od jego przydatności dla piekła. Przy czym widz cały czas nie ma pewności, czy chodzi o Williama, czy może Salomona. Pytanie jest o tyle istotne, że w mandze zastosowano popularny chwyt – obdarzono głównego bohatera podwójną osobowością. O ile William od biedy daje się lubić, tak za diabła nie mogę zrozumieć dlaczego demony tak uwielbiały jego przodka. Acz tutaj wszystko rozbija się o niewystarczającą ilość informacji – Salomon pojawia się rzadko, głównie w retrospekcjach i zaledwie raz „przejmuje” władzę nad ciałem protagonisty, tylko że trudno uznać go wtedy za pożądanego towarzysza. Inna sprawa, że między postaciami nie iskrzy, ich relacje są sztuczne i wyraźnie czuć tu wszechmocną wolę mangaczki oraz twórców anime. Zamiast normalnych emocji otrzymujemy mnóstwo fanserwisu shounen­‑ai i to kiepskiej jakości. Panowie często patrzą sobie głęboko w oczy i rumienią się w sytuacjach, w których nie powinni. Jeżeli ktoś preferuje zakazane lub toksyczne związki, także znajdzie tu coś dla siebie, acz nie ręczę za jakość. Wszelkie podobne zabiegi dosłownie krzyczą, że są tu tylko po to, by produkt lepiej się sprzedał, bo na fabułę nie mają żadnego wpływu.

Mamy następcę wielkiego króla Izraela, grupę potężnych demonów, a także nie mniej potężne istoty niebiańskie, jakim więc cudem w serii nie dzieje się praktycznie nic?! Początek nie zapowiada tragedii, ale tylko dlatego, że najpierw złe moce muszą się ujawnić, czyli dostajemy dosyć schematyczne formowanie się „drużyny”. Potem jest już tylko gorzej – codzienne szkolne życie, ataki pomniejszych diabłów i starożytne retrospekcje nie łączą się w spójną całość. Gdzieś w tle czai się jakaś zagadka związana z Salomonem i Dantalionem, w piekle poszczególni patroni coś tam knują, w niebie zaś knuje pewien anioł, ale koniec końców nic z tego nie wynika. Rozumiem, że mamy do czynienia z anime powstałym na podstawie wciąż ukazującej się mangi, ale Makai Ouji: Devils and Realist nie sprawdza się nawet jako reklama. Bo czy ktokolwiek ma chęć czytać komiks o niczym, wypełniony drewnianymi postaciami?

Cóż, zapewne znajdzie się grupa, przede wszystkim pań, które skuszą się na seans i to bynajmniej nie jest przytyk. Pod płaszczykiem przygodowej serii z elementami nadnaturalnymi skrywa się prawdziwa parada bishounenów obdarzonych znanymi imionami. Mamy więc Belzebuba (chociaż po lekturze Kossakowskiej jego smukła sylwetka i piękna blond grzywa trochę mi nie pasują), Baala w eleganckim mundurze czy ekstrawaganckiego Samaela. Generalnie grafika wypada całkiem nieźle, a projekty postaci są pomysłowe i ładne, chociaż stanowią miszmasz stylów i epok, przy okazji garściami czerpiąc z popkultury. Stroje nawiązują do średniowiecza, ale i współczesności – obok generałów plączą się gotyckie lolitki, zamotane w różowe kokardki i falbanki. Jeżeli ktoś spodziewa się wierności epoce, srogo się zawiedzie, acz fani japońskiej animacji powinni być przyzwyczajeni do podobnych mieszanek wybuchowych. Rysunek to jednak nie wszystko, obraz musi się jeszcze poruszać, im płynniej tym lepiej. Niestety w tym przypadku na animację zabrakło funduszy – efekty komputerowe są marnej jakości, a całość razi statycznością. Wszystkie przejawy magii są kiczowate i z pewnością widzieliście je w znacznie lepszym wydaniu. Graficy nagminnie wykorzystują te same ujęcia, nieruchomy tłum w tle to standard, a podczas pojedynków kamera zaskakująco często skupia się na twarzach walczących – lazy animation pełną gębą. Tła także są powtarzalne i gdyby nie informacja, że rzecz dzieje się w Anglii, równie dobrze można by umiejscowić akcję w każdym innym kraju na świecie. Jeśli jednak ktoś nie jest uczulony na pewne zagrania i wystarczą mu do szczęścia odpowiednio ładne buźki bohaterów, to powinien skończyć seans ukontentowany.

Muzyka zupełnie nie zapadła mi w pamięć, a ponieważ czołówka i ending to zdecydowanie zbyt mało, by ocenić ścieżkę dźwiękową, pozostanie ona bez oceny. Warto jednak napisać dwa słowa o wspomnianych utworach, czyli Believe My Dice i a shadow's love song – piosenki wykonywane przez seiyuu są specyficzne i rzadko zasługują na miano inne niż „przyzwoite”. W tym wypadku muszę jednak pochwalić panów Takumę Terashimę (Dantalion), Tetsuyę Kakiharę (Camio), Takuyę Eguchiego (William) oraz Yoshitsugu Matsuokę (Sytry), gdyż znakomicie wykonali powierzone im zadanie. Proszę mnie źle nie zrozumieć, to nie są arcydzieła muzyczne i nawet niewprawne ucho wychwyci, że kompozycje wykonują „amatorzy”, ale mimo wszystko obydwie piosenki wpadają w ucho i są jedną z niewielu zalet anime. To samo można zresztą powiedzieć o grze aktorskiej panów, ponieważ niezależnie od słabego scenariusza, naprawdę postarali się, by ich postacie wypadły przekonująco.

Makai Ouji: Devils and Realist trudno uznać za pełnoprawną produkcję, to zaledwie bardzo średnia reklama równie średniej mangi. Opowiedziana historia jest płytka i nużąca, postawione przez twórców pytania nie znajdują odpowiedzi, ale widzowi i tak jest to obojętne, podobnie jak los bohaterów. Produkcja rozczarowuje na wielu płaszczyznach, a jej jedyną zaletą jest pokaźne stadko bishounenów, ale nie mam wątpliwości, że i takie anime są potrzebne. Zabierając się za seans, nie liczyłam na nic więcej, jak właśnie galeria przystojniaków, co prawda miałam nadzieję na nieco bardziej rozbudowane osobowości, ale na bezrybiu i rak ryba. Da się toto oglądać, jednak tylko i wyłącznie jeśli jest się na bishounenowym głodzie i w stanie skrajnego odmóżdżenia.

moshi_moshi, 10 stycznia 2016

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Doga Kobo
Autor: Madoka Takadono, Utako Yukihiro
Projekt: Kikuko Sadakata
Reżyser: Chiaki Kon
Scenariusz: Michiko Yokote