Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 8/10 grafika: 7/10
fabuła: 7/10 muzyka: 5/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,25

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 40
Średnia: 7,42
σ=1,69

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Nobunaga Concerto

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2014
Czas trwania: 10×24 min
Tytuły alternatywne:
  • 信長協奏曲
Gatunki: Przygodowe
Widownia: Shounen; Postaci: Samuraje/ninja; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Przeszłość
zrzutka

Typowy japoński nastolatek w roli Ody Nobunagi, czyli seria o wiele ciekawsza niż wskazuje na to jej założenie fabularne.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Jeśli czegoś zazdroszczę Japończykom, to na pewno umiejętności twórczego wykorzystywania własnej historii w popkulturze. Gier, mang, anime, filmów i seriali aktorskich osadzonych w realiach Sengoku, Edo czy Meiji powstało od groma, ale nawet starsze, bardziej odległe okresy, jak np. Heian, pojawiają się w popkulturowych pozycjach regularnie. Oczywiście, nie oznacza to wysypu produkcji stricte historycznych – często są to pozycje mniej lub bardziej luźno nawiązujące do danych miejsc, postaci czy wydarzeń, przenoszące je w przyszłość (jak w Nobunaga the Fool) lub zmieniające płeć wszystkich kluczowych postaci (vide Sengoku Otome). Mimo to zaszczepiają one w umysłach młodszych najczęściej widzów pewne kluczowe dla dziejów Japonii hasła, edukując przy okazji, a nie docelowo. Tytuły mające ściśle historyczne ambicje, jak choćby świetne Hyouge Mono, stanowią tu raczej wyjątki.

Nobunaga Concerto zawieszone jest pomiędzy tymi dwoma podejściami. Z jednej strony dostajemy zawiązanie akcji znane nam już od ponad stu lat (bo wtedy Mark Twain napisał swojego Jankesa na dworze króla Artura) – Saburou, przeciętny, niezbyt lotny japoński nastolatek z XX wieku ma wypadek, w wyniku którego trafia nagle do Japonii z drugiej połowy XVI wieku. Chwilę po przeniesieniu spotyka jeźdźca wyglądającego jak jego brat bliźniak. Ten momentalnie dostrzega okazję i prosi Saburou, aby zastąpił go, bo ma ochotę odpocząć od ciążących na nim obowiązków. Zanim nasz bohater na dobrze pojmie, co i jak, zostaje na drodze sam, zaś chwilę potem przybywa pościg. Są to członkowie dworu Ody Nobunagi, poszukującymi swego pana – który wygląda identycznie jak Saburou.

Chcąc nie chcąc, Saburou przyjmuje rolę władcy Owari, choć idzie mu to jak po grudzie. Pal diabli kwestie etykiety i wychowania, całkowicie mu obce – na głowie ma wszak wojnę i politykę, o których ma równie znikome pojęcie. Początkowo jedyne, co mu w miarę dobrze wychodzi, to romansowanie z żoną, której jego poprzednik najwyraźniej okazywał niezbyt wiele zainteresowania. Saburou dość szybko zdobywa jej serce i gdyby tylko na tym miało polegać pełnienie obowiązków sengoku daimyou, to pewnie nie byłoby problemów. Niestety, w niespokojnych czasach nie ma o tym mowy, a choć Saburou nie błyszczał, delikatnie mówiąc, z historii, to zabrany z naszych czasów podręcznik uświadamia go – Oda Nobunaga zjednoczył większą część podzielonej Japonii. Czyli on także musi to zrobić.

Po tym dość fantastycznym i nieroszczącym sobie pretensji do roli edukacyjnej wstępie trudno było przewidzieć, jak dalej potoczy się akcja. Twórcy sporządzili osobliwy miszmasz, mieszając wierną historii kolejność wydarzeń, kreację części bohaterów oraz ich losy, z mocno fantastycznym podejściem do części postaci. Nie wdając się zbytnio w detale, powiem, że Saburou nie jest jedynym podróżnikiem w czasie, jaki pojawia się w tym anime, zaś oryginalny Nobunaga po krótkim czasie powraca i przyjmuje dość zaskakującą (dla znających dzieje tego okresu) tożsamość. Z drugiej strony – znajomość historii zabija część przyjemności z oglądania, bo z grubsza wiadomo, kto, kiedy, kogo i dlaczego – przynajmniej jeśli chodzi o najważniejszych bohaterów historycznych.

To jedna z tych serii, które bardziej niż na akcji skupiają się na postaciach – i to w ich kreacje włożono najwięcej starań. W przypadku Saburou trochę obawiałem się wizerunku „typowego japońskiego nastolatka”. Na szczęście pewna czupurność tej postaci, jego ignorancja, bezczelność i jednocześnie prostolinijność komponują się bardzo dobrze, przez co da się go lubić. Kontrapunktem dla niego jest Toyotomi Hideyoshi – bodaj najwybitniejszy z wodzów okresu Sengoku, pokazany tu jako postać dość negatywna, acz, co ciekawe, zmuszona bardziej z konieczności niż z wyboru do bycia sługą głównego bohatera. Jego przypadek to chyba najlepszy przykład swobodnego podejścia do historii, przy zachowaniu pewnych jej fragmentów (choćby fakt, iż faktycznie Hideyoshi był przykładem niesamowitej wręcz kariery – od człowieka z ludu po, ostatecznie, władcę Japonii). Sympatyczną postacią jest Mori Yoshinari, wzór wojownika idealnego. Niewiele mamy tu natomiast bohaterek – zaledwie dwie, z których żona Nobunagi jest raczej jednowymiarowa, natomiast jego siostra, dla odmiany, jest żywą i barwną postacią. Na tym tle dość blado wypada sam Nobunaga – przez większość fabuły jest mdły i nudny. Ciekawostką jest, iż rola Tokugawy Ieaysu została mocno ograniczona, choć kreując tę postać twórcy pozwolili sobie na sporo dystansu.

Jak na serię, której akcja toczy się w okresie niekończących się wojen, mało w tym anime walk i bitew, co wynika raczej z kwestii budżetowych niż fabularnych – sceny batalistyczne są tu krótkie i zwykle widziane z perspektywy konkretnych bohaterów, a jeśli już trzeba pokazać jakieś większe zwarcie, to robi się to schematycznie. Nie powiem, ciut mnie to rozczarowało, bo liczyłem na bardziej „wojenną” produkcję, ale cóż, wojnę zastąpiła tu polityka. Inna sprawa, że o ile w rzeczywistości polityka jest zawsze bardzo serio, to tutaj główny bohater (i nie tylko zresztą on) sprawia, iż negocjacje i pakty przybierają dość groteskowe i humorystyczne kształty. To zresztą może być dla niektórych problem – Nobunaga Concerto potrafi mocno skakać od poważnych scen do ujęć absurdalnych. Taka mieszanka nie każdemu musi smakować, choć zapewne znajdą się jej amatorzy.

Tworząc anime, zdecydowano się na ryzykowny krok, jakim było wykorzystanie grafiki rotoskopowej, która wśród fanów japońskiej animacji nie ma raczej zbyt wysokich not. Sam zresztą z tego powodu podchodziłem do tej serii nieufnie. Owszem, to wciąż jest jakaś inna, nowa jakość, do której trzeba się na początku przyzwyczaić. Inna inszość, że w Nobunaga Concerto grafika ta sprawdziła się chyba lepiej niż w jakimkolwiek innym znanym mi anime. Po prostu stylizacja historyczna jej dobrze posłużyła. Pewna „dziwność” dla ludzi przyzwyczajonych do klasycznych animacji komponuje się całkiem dobrze z „historycznością” anime. Gdyby była to seria współczesna, pewnie raziłoby to bardziej.

Myślę, że seria ta miała też nieco za mały budżet, aby w pełni wykorzystać potencjał, jaki tu tkwił. Choć starano się – przykładowo, nie lubię grafiki CG, ale tu ujęcia z jej wykorzystaniem wypadły całkiem stylowo. Zwracają też uwagę tła, eleganckie i dopracowane w detalach. Kto wie, może Nobunaga Concerto stanie się drogowskazem – serią, której podejście do grafiki docenione zostanie za jakiś czas, kiedy kolejni reżyserowie, korzystający z grafiki rotoskopowej, będą wskazywać na nią jako na inspirację? Zawodzi natomiast nieco ścieżka dźwiękowa – openingu tu właściwie nie ma, zaś ending przy niezwykle efektownej oprawie graficznej (już tylko z tego powodu warto go obejrzeć choć raz) nie robi szału. W trakcie samego anime muzyka pojawia się od czasu do czasu, ale jakoś nie zapada w pamięć – chociaż może to i dobrze, bo jeden z klasyków twierdził kiedyś, iż dobrej muzyki filmowej widz nie zapamiętuje. Pochwalić natomiast muszę pracę seiyuu – dobrano ich tak, aby pasowali do kreowanych przez siebie postaci – czuć w ich głosach emocje, a różnica między namaszczonymi, podniosłymi frazami postaci historycznych oraz luźnym, swobodnym tonem, jakim posługują się podróżnicy w czasie, jest wyczuwalna od razu.

Dobra, co nieco o wadach – tych bowiem tu nie uniknięto. Największą z nich jest… sama konstrukcja anime. Liczy ono dziesięć odcinków – liczba nietypowa, acz powoli pojawiająca się wśród serii. Każdy, kto choćby pobieżnie zna losy Nobunagi, domyśla się zakończenia. Zatem czekamy na ten dramatyczny finał w ostatnim odcinku… i nic, dostajemy zakończenie w rodzaju „ciąg dalszy (może) nastąpi”. No właśnie, może. Jeśli miałbym gwarancję, że Nobunaga Concerto dostanie drugi sezon (a nie obraziłbym się), to bym nie narzekał, ale takiej pewności nie mam. Istnieje ryzyko, że serial zostanie niedokończony, a wówczas połowę przyjemności z jego oglądania szlag trafia. Gwoli ścisłości dodajmy, że manga, na bazie której powstał, cały czas jest tworzona, doczekała się już także dwóch aktorskich adaptacji (telewizyjnej i kinowej). Mówiąc dalej o wadach – pewne postaci historyczne wprowadzane są tu bez żadnego tła, pospiesznie, i do końca na dobrą sprawę niewiele o nich wiemy. Ostatnia z postaci współczesnych sprawia wrażenie pomyłki – o ile jej poprzednicy mieli jakieś uzasadnienie fabularne i ciekawe osobowości, tak tu dostajemy coś, co przypomina silenie się na coś zabawnego, z czym nie wiadomo, co później zrobić. Ot, murzyn zrobił swoje, a murzyn nie ma gdzie odejść… Wreszcie, pewne kwestie potraktowano nader umownie, choćby to, że nasz typowy japoński mieszczuch wsiada na konia i galopuje na nim, jakby się urodził w siodle. Pomijam już sprawę podręcznika do historii, z którym zresztą sami twórcy mieli ewidentny problem. Związane z podróżą w czasie potencjalne problemy (jak choćby język, choroby itd.) całkowicie zignorowano, zrzucając je na karb konwencji – może i dobrze? Choć pewnie znajdą się i tacy, którzy będą zgrzytać zębami.

Ale niezależnie od tych uchybień, to dobre anime. Podejmuje udany dialog z historycznymi wydarzeniami, bawiąc się konwencją w ten sposób, że i bawi się przy tym sam widz. Nie zamęcza natłokiem faktów i nazwisk, kreuje dość ciekawych bohaterów i prowadzi fabułę tak, że można dać się w nią wciągnąć. Oczywiście, zakłada dość oryginalną konwencję graficzną oraz fabularną, jednak powiedzmy sobie szczerze – w dzisiejszych czasach, kiedy w anime najbardziej w cenie są plastik i powtarzalność, takie produkcje docenia się w dwójnasób. Dlatego, mimo wszystko, polecam Nobunaga Concerto, bo ma całkiem sporo do zaoferowania. I pewnie dlatego nie miało szans na ułamek tej popularności, co kolejne serie w rodzaju „debil o złotym sercu otoczony stadem dziuń” czy „mrożące krew w żyłach przygody pajaca przeniesionego do świata gry MMO”. Bo przecież, cytując klasycznego inżyniera Mamonia, „ludzie lubią te piosenki, które znają”.

Grisznak, 14 października 2014

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Fuji TV
Autor: Ayumi Ishii
Reżyser: Yuusuke Fujikawa
Scenariusz: Natsuko Takahashi
Muzyka: Masaru Yokoyama

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Nobunaga Concerto - wrażenia z pierwszego odcinka Nieoficjalny pl