Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 7/10 grafika: 8/10
fabuła: 8/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 12 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,58

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 436
Średnia: 8,27
σ=1,3

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kiseijuu: Sei no Kakuritsu

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2014
Czas trwania: 24×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Parasyte -the maxim-
  • 寄生獣 セイの格率
Tytuły powiązane:
Widownia: Seinen; Postaci: Obcy, Policja/oddziały specjalne, Uczniowie/studenci; Rating: Przemoc; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Supermoce
zrzutka

Kosmiczne pasożyty jedynym „lekarstwem” na niszczącą Ziemię ludzkość? Adaptacja mangi Hitoshiego Iwaakiego, pozbawiona większości wad pierwowzoru.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Efekt cieplarniany, dzikie wysypiska, zalane ropą oceany i wykarczowane lasy deszczowe. Postępujące niszczenie środowiska naturalnego przez gatunek ludzki nie mogło się obyć bez konsekwencji. Pomijając nowe choroby i coraz częstsze katastrofy naturalne, pojawiło się coś jeszcze, zagrożenie, które miało udowodnić, że człowiek mimo intelektu i technologii nie jest tak naprawdę na szczycie łańcucha pokarmowego.

Pasożyty spłynęły na Ziemię w nocy, niezauważone przez zwyczajnych obywateli śpiących smacznie w swoich pozornie bezpiecznych domach. Zielonkawe oślizłe larwy wgryzły się w żywicieli i przejęły kontrolę nad ich mózgami. Zainfekowani ludzie przeobrazili się w mięsożerne potwory, do złudzenia przypominające istoty z filmu Coś, bardziej w myśl wizji Matthijsa van Heijningena niż Johna Carpentera, ale o wiele groźniejsze, gdyż diabelnie inteligentne i błyskawicznie uczące się, jak wtapiać się w miejski tłum.

Nastoletni Shinichi miał stać się kolejnym żywicielem pasożyta, ponieważ jednak miał na uszach słuchawki, najszybsza droga dostępu do mózgu była zablokowana. Larwa wwierciła się więc w jego ramię, ale obudzony już chłopak, owinąwszy je kablem, zdołał powstrzymać stwora przed dostaniem się wyżej. Nie mogący przeżyć długo poza ciałem gospodarza intruz musiał zasymilować się z kończyną, w której go uwięziono. Chłopak i monstrum stanęli przed trudną rzeczywistością zmuszającą ich do współpracy. Obcy, ochrzczony imieniem „Migi”, miał teraz kontrolę nad prawą ręką Shinichiego, ale już na zawsze był od niego zależny i niezdolny do wypełnienia swojej pierwotnej misji. Z kolei dla nastolatka perspektywa zgłoszenia sprawy na policję albo pójścia do szpitala nie wydawała się rozsądna – w najlepszym przypadku zostałby królikiem doświadczalnym, poświęconym przez ludzkość w celu zdobycia informacji o wrogu.

Nietypowy duet miałby może szanse na w miarę pokojową koegzystencję, gdyby nie szósty zmysł pasożytów pozwalający im wyczuwać swą obecność z pewnej odległości. Zainfekowany człowiek, wciąż zachowujący swą świadomość, to dla w pełni zasymilowanych kosmitów zagrożenie, którego należy pozbyć się jak najszybciej. Shinichi i Migi stają w obliczu trudnej walki o przetrwanie i wcale nie łatwiejszego zadania ukrywania swej tożsamości. Notorycznie utrudniający to rozdźwięk między naiwnym, dobrodusznym nastolatkiem a pozbawionym ludzkiej moralności, zimnokrwistym stworem jest głównym tematem serialu. Twórcy starają się przedstawić równoważne racje obu stron, i nie bez satysfakcji stwierdziłem, że wyszło im to zgrabnie. Było to dla mnie spore zaskoczenie, głównie ze względu na znajomości mangi, która dość szybko przekształca się w ekobełkot, na każdym kroku podkreślając, że prawdziwymi potworami, a przy tym hipokrytami, są niszczący środowisko ludzie. Podobne stanowisko pojawia się też w anime, ale kontrargumenty są o wiele bardziej rozbudowane.

Ekipa studia Madhouse dokonała czegoś rzadko w adaptacjach mang spotykanego. Nie tylko nie zawahała się przed modyfikowaniem treści oryginału poprzez wycinanie niepotrzebnych wydarzeń i dialogów, ale też całkowicie zmieniła sposób, w jaki ich dzieło może być odbierane. Zachowano neutralność i wstrzymano się od odgórnych osądów, dopiero na koniec powracając do ekologicznego wydźwięku całości, zapewne z obawy przed zbytnią ingerencją w wydarzenia. Pominąwszy te słabowite ostatnie minuty, Kiseijuu: Sei no Kakuritsu jest tytułem inteligentnie przekazującym pytania mające skłonić widza do refleksji, ale nie narzucającym mu z góry określonego punktu widzenia. Można do pewnego stopnia wysunąć zarzut, że poruszane kwestie powtarzają się regularnie, głównie dotyczy to pytań o sens moralności, poświęcenia i ludzkiej supremacji, ale dopóki bohaterowie zachowują się wiarygodnie, wszystkie te rozterki daje się zaakceptować bez mrugnięcia okiem.

Postacie są kolejnym elementem, którego ktoś znający mangę nie pozna i co rusz będzie przecierał oczy ze zdumienia. Shinichi zaczyna jako strachliwy, naiwny idealista, ale szybko przekształca się w logicznie myślącego, opanowanego protagonistę, który jednak zachowuje ludzki pierwiastek i popełnia błędy. Choć opening przedstawia transformację nastolatka w superbohatera, w rzeczywistości jest to tylko złudzenie. Chłopak jest tylko małą cząstką otaczającego go świata i o ile może mieć bezpośredni wpływ na los bliskich, to nie zawróci kijem Wisły i nie wytępi wszystkich kosmitów w glorii i chwale. To samo tyczy się także pasożytów. Jakkolwiek przerażające i mordercze by nie były, ludzkość to kilka miliardów jednostek stanowiących zorganizowaną zbiorowość, która w obliczu zagrożenia staje się groźniejsza niż wszyscy kosmici razem wzięci. Kto nie potrafi się z tym pogodzić i dostosować, ginie marnie. A że zróżnicowanie osobowości wśród pasożytów jest takie samo, jak wśród ludzi, kilka bardziej buntowniczych i pewnych siebie jednostek bardzo szybko się o tym przekonuje na własnej skórze.

Jedyną oderwaną od rzeczywistości i wziętą jakby nie z tej bajki parką są dwie nastolatki zadurzone w Shinichim. Nieśmiała i ciągle zamartwiająca się Satomi potrafi doprowadzić do szewskiej pasji ciągłym upewnianiem się, że jej chłopaka nikt nie podmienił na kogoś innego, i zmianami nastroju mniej więcej co dwadzieścia sekund (złośliwi zapewne rzuciliby w tym miejscu szowinistyczny komentarz…). Shinichi trwa przy niej wiernie, co jest żywym dowodem na to, ze miłość jest ślepa, choć niebagatelne znacznie ma też fakt, że dziewczyna stanowi dla niego jedną z cennych więzi łączących z prostszymi, wolnymi od pasożytów czasami. Druga przyczyna moich katuszy w tym serialu zwie się Kana i do protagonisty przyczepia się z uwagi na swe paranormalne zdolności. Potrafi wyczuwać fale emitowane przez zainfekowanych, ale nie wie, co tak naprawdę oznaczają. Z ciekawości pakuje się w rozmaite kłopoty, i za nic w świecie nie daje się przekonać, że grozi jej niebezpieczeństwo. Wyczuwanie obecności głównego bohatera traktuje jak przeznaczenie i w praktyce zamienia się w bardziej wyrafinowaną stalkerkę, którą niełatwo tolerować.

Prawdziwie interesującą zbieraniną są natomiast pasożyty. Napomknąłem już o typach prymitywnych, dla których jedynym celem egzystencji jest polowanie na ludzi. Zazwyczaj szybko zostają unieszkodliwieni, ale nieliczni dostają się pod skrzydła bardziej inteligentnych potworów, takich, które od ludzi różnią się jedynie szczegółami anatomicznymi i apetytem. Zagrożenie wykryciem przez Homo sapiens sprawia, że drapieżniki zaczynają się organizować i zakładają struktury nieróżniące się od ludzkich związków, czy wręcz partii politycznych. Istoty pozornie zesłane na Ziemię, by wytępić coraz bardziej panoszącą się ludzkość, upodabniają się do swoich ofiar i osiągają pewną harmonię, która niekoniecznie może odpowiadać zjadanym, ale jest jak najbardziej właściwa z punktu widzenia praw natury. Powoduje to interesujące pytanie, czy cywilizacja człowieka, choćby najbardziej bezmyślnie niszczycielska i szkodliwa, nie jest po prostu naturalną koleją rzeczy i tylko stworzenia zdolne się dostosować mogą liczyć na przetrwanie, tak samo jak po pojawieniu się nowego, sprawniejszego mięsożercy, czy też wirusa. Inna jest tylko skala zjawiska. Tak jak główny bohater musi odnaleźć się w nowej sytuacji i zrozumieć obie strony konfliktu, by przetrwać, tak widz sam może podjąć decyzję, czy rzeczywiście taki, czy też zgoła odmienny wniosek nasunął mu się po seansie. To miła odmiana od łopatologicznego podziału na dobro i zło, ewentualnie typowych dla anime prób udowadniania, że nie ma ludzi złych, są tylko niezrozumiani i skrzywdzeni przez los.

Udział studia Madhouse w produkcji Kiseijuu dobrze zwiastował stronie audiowizualnej i nie zawiodłem się pod tym względem na gotowym produkcie. Kreskę mocno uwspółcześniono, modyfikując toporny styl komiksu. Widać nie tylko spore możliwości finansowe, ale i zaangażowanie ekipy. Przekształcone pasożyty, które w mandze niejednokrotnie wyglądały komicznie, w wersji animowanej nabrały o wiele groźniejszego charakteru. Także Shinichi w wersji rysowanej niezmieniony przez cały czas, niczym klonowany metodą „kopiuj/wklej” obraz, w serialu zmienia powierzchowność na skutek przemian fizycznych i ciężkich doświadczeń. Bez zarzutu przedstawione zostały także emocje postaci, dodatkowo spotęgowane przez świetną grę seiyuu – Ayę Hirano w roli Migiego po prostu trzeba usłyszeć! Nie napracowała się jedynie Kana Hanazawa, która jako Satomi jest równie bezbarwna i nijaka, co odgrywana przez nią postać, i mam wrażenie, że nie było to zamierzone.

Kiseijuu jest także pierwszym anime, jakie przyszło mi oglądać z dubstepową ścieżką dźwiękową. Być może trafiły się już inne tytuły, które poszły tą drogą, ale w tym przypadku był to strzał w dziesiątkę. Pomijając oczywistość, że taki typ muzyki pasuje do scen akcji jak znalazł, okazało się również, że dobrze sprawuje się w powolnym, acz systematycznym budowaniu napięcia. Niepocieszone będą chyba tylko osoby uznające ten typ twórczości za równie dźwięczny i fascynujący, co odgłosy pracy wiertarki udarowej. Warto też zwrócić uwagę na tekst openingu – gdy tylko uda się rozszyfrować wrzaski wokalisty okazuje się, że jest to dopasowany do treści anime, inteligentnie napisany utwór.

Pamiętając o licznych grzeszkach mangowej wersji z lat 90. (z nudą na czele) i przykrych doświadczeniach z większością seriali science­‑fiction mających nastolatków za bohaterów, byłem niezbyt pozytywnie nastawiony do dzieła studia Madhouse. Zostałem tymczasem przyjemnie zaskoczony, przede wszystkim śmiałością twórców i bezkompromisowością w forsowaniu własnej wizji i usuwaniu elementów, które oryginałowi chluby nie przynoszą. Do perfekcji i tytułu „anime roku” sporo brakuje, ale postęp jest kolosalny i gdyby taką różnicę poziomów prezentowała każda telewizyjna adaptacja, byłbym na długie lata spokojny o los japońskiego przemysłu rozrywkowego. Czekam teraz z niecierpliwością na kolejne anime reżyserowane przez Kenichiego Shimizu, który tutaj w zasadzie debiutował w kluczowej dla produkcji roli (epizod z filmowymi Avengersami pomijam, bo twory robione pod dyktando producentów nie są miarodajnym wyznacznikiem talentu). Ze swojej strony polecam Kiseijuu jako jedno z ciekawszych anime science­‑fiction w mej pamięci. Na pewno nie łapiące się do ścisłej czołówki, ale zdecydowanie zapadające w pamięć.

Tassadar, 12 maja 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Madhouse Studios
Autor: Hitoshi Iwaaki
Projekt: Tadashi Hiramatsu
Reżyser: Ken'ichi Shimizu
Scenariusz: Shouji Yonemura
Muzyka: Ken Arai

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Kiseijuu: Sei no Kakuritsu - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl